Katarzyna Pruszkowska: Jakich słów najlepiej używać w stosunku do przedmiotów związanych ze Zbrodnią Katyńską? Powszechnie funkcjonuje zwrot "pamiątki katyńskie", ale chyba nie jest zbyt fortunny.
Izabella Sariusz-Skąpska: - W pewnym sensie są to pamiątki, bo rzeczywiście upamiętniają człowieka, który zabrał te przedmioty na wojnę i miał je przy sobie, kiedy zginął. Jednak w gruncie rzeczy dziś należy je traktować jako dowody zbrodni - po zamordowanych nie ma już śladu, ale te rzeczy zostały. Dlatego w tym kontekście lepiej mówić o przedmiotach wydobytych z dołów śmierci niż o pamiątkach.
Skąd pochodzą te przedmioty?
- Z dwóch źródeł. Pierwszym są rzeczy znalezione przy szczątkach wydobytych przez polskie zespoły archeologów w latach 90. w Katyniu, Charkowie i Miednoje, a także, później, w Bykowni koło Kijowa. Przy okazji warto wspomnieć, że egzekucje Polaków odbywały się wyłącznie w Katyniu - tam ginęli i tam zostali pochowani. W przypadku pozostałych miejsc do zbiorowych, bezimiennych mogił trafiały ciała osób zamordowanych gdzie indziej - np. do Miednoje trafiali zabici w Kalininie (dzisiejszy Twer), a do Bykowni - w Kijowie. W trakcie prac ekshumacyjnych wydobyto łącznie kilkadziesiąt tysięcy obiektów, które przeleżały w ziemi ponad 50 lat - dziś są depozytem Rodzin Katyńskich, złożonym w Muzeum Katyńskim w Warszawie. Drugim źródłem są przedmioty zachowane w rodzinach Ofiar.
Jakie rzeczy znaleziono przy szczątkach?
- Trochę dokumentów, jednak niewiele z nich umożliwiało identyfikację - m.in. dlatego że w kontakcie ze świeżym powietrzem i światłem słonecznym atrament czy grafit ołówka natychmiast blaknął. Znajdowano metalowe i drewniane przedmioty, na których wyryto jakieś napisy, ale to niekoniecznie pozwalało na ustalenie właściciela. W tym kontekście najcenniejsze były nieśmiertelniki wojskowe, na których znajdowało się imię i nazwisko. Prócz tego z dołów wydobyto wiele przedmiotów codziennego użytku, takich jak sztućce, manierki, zegarki czy portfele. Zachowały się także resztki umundurowania, jak opisane w wierszu Zbigniewa Herberta guziki. Poza tym sygnety, krzyżyki, ryngrafy, klucze do domów, do których jeńcy wojenni mieli nadzieję wrócić. A także pamiątki rodzinne czy przedmioty wykonane w obozach specjalnych NKWD w Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie czy więzieniach Ukrainy - jak choćby zrobione z chleba czy kawałków drewna szachy i kafelki domino.
"Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie".
Fragment wiersza "Guziki" Zbigniewa Herberta
W jakich okolicznościach doszło do znalezienia pierwszych przedmiotów?
- Na początku lat 90., niedługo po tym, kiedy już oficjalnie Rosja przyznała się do odpowiedzialności za Zbrodnię Katyńską, Polska, w porozumieniu ze stroną rosyjskę, podjęła tzw. śledztwo katyńskie. Polskie ekipy miały najpierw zlokalizować masowe groby, nieoznaczone i położone na rozległym terenie, na którym od lat trzydziestych dokonywano masowych pochówków ofiar stalinowskich czystek, a następnie przeprowadzić ekshumacje. Wszystkie znajdowane wtedy przedmioty zabezpieczano właśnie jako dowody w toczącym się śledztwie. Ilość tych rzeczy była zaskakująca. Teoretycznie wszystko to powinno zostać tam, gdzie zostało wydobyte, czyli na terenie dzisiejszej Rosji i Ukrainy, ale Polacy czuli, że tak nie powinno być. Dlatego, działając na pograniczu prawa, spakowali, co się dało, i przywieźli do Polski.
Czy ten proces wydobywania i zabezpieczania przedmiotów był dobrze zorganizowany?
- Według mojej wiedzy bardzo profesjonalnie i z pełnym poszanowaniem. To był czas, kiedy w Polsce po 1989 roku były silne dążenia do odkłamywania historii i przywracania świadomości na temat losów Polaków na wschodzie, w szczególności Zbrodni Katyńskiej. Dlatego strona polska była bardzo zdeterminowana, aby podczas poszukiwań znaleźć jak najwięcej szczątków i przedmiotów należących do ofiar. Dzięki pracom zespołów powołanych przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (istniejąca od 1947 do 2016 roku instytucja państwowa, której celem było m.in., upamiętnianie miejsc walk i męczeństwa narodu polskiego - przyp. red.) oraz wielu ludzi nauki udało się skompletować ekipy fachowców, którzy umieli sobie poradzić z warunkami panującymi w Rosji i w Ukrainie.
- Pracami w Katyniu kierował profesor Marian Głosek, wybitny archeolog z Uniwersytetu Łódzkiego, specjalizujący się w archeologii średniowiecznej. Kiedyś podczas rozmowy powiedział mi: "Myśmy cały czas improwizowali". Ta specyficzna gałąź archeologii, jaką jest archeologia zbrodni, dopiero powstawała, a podobnych działań i na taką skalę, jak w Katyniu czy potem Charkowie, Miednoje i Bykowni, nikt wcześniej nie przeprowadzał. Kiedy szukano osoby, która pokieruje pracami w Charkowie, sytuacja była podobna. Nie było osoby doświadczonej w prowadzeniu wykopalisk na podmokłym terenie, więc propozycję złożono profesorowi Andrzejowi Koli, z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, bo specjalizował się w archeologii podwodnej; nurkował z akwalungiem w Morzu Śródziemnym, badał akweny Europy Środkowej i Wschodniej. Dziś to może brzmieć jak anegdota, ale wybory specjalistów były jak najbardziej logiczne - po prostu szukano ludzi, którzy mają umiejętności przydatne podczas poszukiwań.
Jak wyglądały początki prac?
- Ekipy wchodziły do lasu z informacją, gdzie, mniej-więcej, znajdują się groby Polaków. Przy czym, jak już wspomniałam, całe te tereny były wielkimi cmentarzyskami - np. w lesie w Bykowni pogrzebano od 30 do 120 tysięcy osób (w większości Ukraińców zamordowanych w czasach tzw. Wielkiej Czystki 1937-1938 - przyp. red.), liczby różnią się w zależności od tego, czy dane podają historycy, czy archeolodzy. Wiedzieliśmy, że spoczywają tam także Polacy, przynajmniej część osób z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej (znajdowało się na niej 3435 nazwisk - przyp. red.). Znalezienie grobów obywateli II RP było więc trudne - a jednak się udało, znaleziono tysiące polskich przedmiotów. Pracujący tam specjaliści - szczególnie archeolodzy, na bieżąco inwentaryzowali znaleziska i starali się je, na ile mogli, zabezpieczyć - choćby przed niszczycielskim wpływem światła i zmianami temperatury. Dzięki ich pracy powstało ogromnym archiwum na temat badań, którym dawniej rozporządzała Rada Ochrony Pamięci, a które po likwidacji Rady zostało podzielone - część podobno znajduje się w IPN, część w dyspozycji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Można więc powiedzieć, że działania na miejscach pochówku ofiar Zbrodni Katyńskiej przyczyniły się do rozwoju archeologii zbrodni?
- Tak, w pewnym sensie metodologia archeologii zbrodni została opracowana przez polskich specjalistów, którzy byli pionierami prowadzenia prac w miejscach zbrodni masowych sprzed lat. Można więc uznać, że Zbrodnia Katyńska przyczyniła się do powstania nowego kierunku nauki. Niestety to, co zostało wypracowane przez Polaków w Katyniu, Charkowie, Miednoje i Bykowni, bardzo się przydało - czy to na Bałkanach, czy w Rwandzie.
Wspomniała pani, że niewiele zachowało się dokumentów, które pozwoliły zidentyfikować ich właściciela. A czy w przypadku innych przedmiotów było inaczej? Mam tu na myśli rozpoznawanie tożsamości na podstawie jakiejś charakterystycznej rzeczy.
- Najbardziej znany jest przypadek Ewy Gruner-Żarnoch, córki Juliana Grunera, znanego lekarza pediatry i wybitnego przedwojennego lekkoatlety. Na wieść o planowanych ekshumacjach, Ewa, również lekarka, zdecydowała się pojechać do Charkowa i służyć tam swoją wiedzą. Któregoś dnia odeszła na chwilę od stołu ekshumacyjnego, na którym badała wydobywane szczątki. Po powrocie zauważyła wśród znalezionych przedmiotów sygnet ojca. Rozpoznała go natychmiast, bo wiele razy widziała rodowy pierścień na fotografiach. Ewa przeżyła wtedy szok.... A w Charkowie szczątki były w strasznym stanie, ponieważ w latach 70. władze sowieckie niszczyły masowe groby kwasami i przy mocy świdrów geologicznych. Po konserwacji sygnet Juliana Grunera trafił do rodziny, a Ewa nosiła go do końca życia.
- To jednak wyjątkowa opowieść, bo przypadków, w których można było ustalić tożsamość na podstawie rzeczy, było niewiele. Na przykład znaleziono podpisaną, drewnianą papierośnicę. Ale podpisów było na niej kilkanaście, więc nie da się ustalić, kto był właścicielem. Podobnie było w przypadku innych podpisanych przedmiotów - nie można mieć dziś pewności, czyj naprawdę jest podpis.
A czy członkowie rodzin domagali się zwrotu jakichś przedmiotów?
- Pojedyncze obiekty, co do których nie było wątpliwości, trafiły w ręce rodzin. Jednak jako środowisko Rodzin Katyńskich, które w latach 90. było bardzo liczne, uradziliśmy, że ze względu na to, że większość przedmiotów jest anonimowa, nie będziemy rościli sobie do nich pretensji. Zadeklarowaliśmy, że to nasz wspólny depozyt rodzinny, który przekazujemy w całości do Muzeum Katyńskiego, aby był materialnym świadectwem Zbrodni Katyńskiej. Początkowo muzeum znajdowało się w Forcie Czerniaków na warszawskiej Sadybie, jednak przestrzeń była za mała i nie spełniała wymogów bezpieczeństwa, jeśli chodzi o warunki odpowiednie dla cennych artefaktów. W 2015 roku zbiory przeniesiono do nowej siedziby, w kaponierze warszawskiej Cytadeli, która ma o wiele większe zaplecze, dlatego możliwe jest prowadzenie prac konserwacyjnych i wymiana przedmiotów na ekspozycji. Zresztą prace nad rzeczami pochodzącymi z dołów śmierci prowadzone są także w innych miejscach, bo obecnie dysponujemy technologią nieznaną jeszcze w latach 90. Na przykład możemy odczytywać mocno zatarte dokumenty, prześwietlać nadniszczone nieśmiertelniki czy powierzchnię metalowych przedmiotów - i w ten sposób odkrywać nowe napisy, mogące posłużyć do ustalenia tożsamości właściciela.
W listopadzie 2025 roku głośno było o aukcji, zorganizowanej przed niemiecki dom aukcyjny Felzmann w Neuss, na której pojawiły się przedmioty związane ze Zbrodnią Katyńską. Skąd takie obiekty biorą się w rękach prywatnych kolekcjonerów czy antykwariuszy?
- Jeśli chodzi o wspomnianą aukcję, te przedmioty znalazły się wśród innych artefaktów należących przede wszystkim do byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. Chodziło o korespondencję z sowieckich obozów jenieckich. Kiedy dowiedziałam się o tych przedmiotach, od razu interweniowałam, do protestu dołączył Szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Lech Parell. Niedługo potem udało nam się dotrzeć do wnuka polskiego oficera, do którego należał jeden z wystawionych na aukcji przedmiotów. Ten człowiek był szczerze zdziwiony, nie wiedział, jak to się stało, że taka pamiątka znalazła się w niemieckim domu aukcyjnym.
- Wracając jednak do pytania - na czarnym rynku pojawiały się i będą pojawiać przedmioty wydobyte nielegalnie wprost z dołów śmierci. Trzeba pamiętać, że oficjalne ekshumacje trwały w ciągu kilku lat, ale za każdym razem po kilka tygodni. Ekipy ekshumacyjne pracowały w dzień, ale po zapadnięciu zmroku zabierały swój sprzęt i wracały do hoteli. Trudno było pilnować tych miejsc w lesie, a poza czasem badań dostęp był łatwiejszy. Szabrownicy przeszukiwali groby w nadziei na znalezienie jakichś kosztowności. Poza tym, jak mówiłam, te tereny to gigantyczne cmentarzyska, więc sądzę, że wiele rzeczy w latach 90. znajdowano niejako "przy okazji". Oczywiście nie wszystko, co stamtąd pochodzi, automatycznie ma związek ze Zbrodnią Katyńską. Żeby takie związki podejrzewać, rzecz musi mieć związki z Polską - być guzikiem od polskiego munduru, nieśmiertelnikiem z polskimi napisami, przedmiotem, na którym widnieje nazwa polskiego producenta albo czytelne logo. Przedmioty należące do obu kategorii - czyli "pochodzące z Katynia" i "należące do polskich ofiar" są w obiegu. Kiedyś można je było znaleźć na targowisku na Stadionie Dziesięciolecia, dziś sprzedaż przeniosła się do sieci. Wydaje mi się, że monitorowanie wszystkich ofert i ściganie sprzedawców jest nierealne.
Czy upływ czasu ma wpływ na pojawianie się przedmiotów na czarnym rynku? Małżonkowie i dzieci Ofiar Zbrodni Katyńskiej odchodzą, więc w czyjejś głowie może pojawić się myśl: "Teraz sprzedam, bo nikt się nie upomni, nic mi już nie grozi".
- Ten mechanizm już działa. Muzeum Katyńskie funkcjonuje na podobnych zasadach, jak inne muzea, czyli dysponuje budżetem na zakup artefaktów. Wiem z pierwszej ręki, że instytucja jest adresatem wielu "biznesowych propozycji", których liczba wcale nie maleje - wprost przeciwnie. Jeśli muzeum nie będzie czymś zainteresowane lub nie będzie mieć pieniędzy, sprzedający pójdzie gdzie indziej, na przykład do antykwariatu. Jeśli trafi na specjalistę, ten w mig się zorientuje, że trafiła mu się "perełka", więc zaoferuje dobre pieniądze, bo wie, że za kartkę wysłaną z obozu w Kozielsku, gdzie znajdował się obóz specjalny NKWD dla polskich jeńców wojennych, zabitych później w Katyniu, prywatni kolekcjonerzy zapłacą o wiele więcej. Zdarza się oczywiście, że antykwariusze sami kreują wartość tych przedmiotów, bo na aukcjach wystawiają np. list do Kozielska, z adnotacją "adresat nieznany", co oznacza, że korespondencja pochodzi z czasu po śmierci adresata. Wtedy ktoś, kto wszedł w posiadanie tych przedmiotów przez przypadek, sprzeda je, zamiast zanieść do muzeum.
Co ma pani na myśli, mówiąc "przez przypadek"?
- Zdarza się, że członkowie Rodzin Katyńskich nie zadbali odpowiednio o pamiątki: albo nie mieli ich komu przekazać, albo nie pomyśleli o tym, co stanie się z tymi obiektami po ich śmierci. Być może myśleli, że rzeczy, które były dla nich cenne, nie mogą zostać przez spadkobierców wyrzucone. W wielu przypadkach takie artefakty na szczęście trafiają albo bezpośrednio do muzeum, albo do lokalnych Rodzin Katyńskich. Jednak bywa i tak, że ktoś nie miał potomków, jego mieszkanie likwiduje znajomy lub obca osoba. W jednym scenariuszu będzie to ktoś, kto nie zna rodzinnej historii i nie wie, z jak ważnymi rzeczami ma do czynienia. Wtedy najpewniej wszystko trafia na śmietnik. W drugim - ta osoba wie, że przedmioty mają jakąś wartość, więc zanosi je do antykwariusza.
- To jeden z powodów, dla którego Federacja Rodzin Katyńskich inicjuje akcję "Pamięć nie jest na sprzedaż". Chcemy uświadomić ludziom, którzy dysponują majątkiem swoich dalekich krewnych czy samotnych sąsiadów, że są przedmioty, których miejsce jest w muzeum. Po to, by kolejne i kolejne pokolenia, które odwiedzą to miejsce, mogły dzięki tym przedmiotom zbliżyć się do historii Polaków zamordowanych w Rosji i Ukrainie.
Kiedy pani słucham, przychodzi mi na myśl szmaciana laleczka, wystawiana w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, uszyta z resztek polskich mundurów w Kazachstanie. Na pierwszy rzut oka ot, po prostu bardzo zniszczona, niezbyt ładna jak na dzisiejsze standardy zabawka. A jednak - bezcenna.
- To tak, jak ze znaczkiem z koperty, w której mój dziadek nadał do rodziny list z obozu w Kozielsku. A konkretniej - brakiem znaczka, który został przez kogoś wycięty w czasie wojny. Za każdym razem, kiedy mój Ojciec patrzył na tę kopertę, denerwował się. Ktoś mógłby powiedzieć: "O co chodzi z tym znaczkiem, skoro macie list". Ale to był znaczek, który przyszedł STAMTĄD. A na nim był stempel z datą, który też coś znaczył. A dla Taty znaczył bardzo dużo.
Na początku rozmowy wspomniała pani o dwóch źródłach przedmiotów związanych ze Zbrodnią Katyńską. Czy tym drugim są właśnie rodziny?
- Tak. To obiekty, które udało nam się przechować w domach przez ponad 50 lat kłamstwa katyńskiego. Dziś może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w PRL-u każdy związek z historią katyńską mógł się skończyć rozmaitymi represjami, od kłopotów w szkole, przez niemożność dostania się na studia przez dzieci po utratę pracy. Dlatego warto pamiętać, że za coś, co potencjalnie chcemy wyrzucić lub oddać, nasi przodkowie byli gotowi naprawdę dużo zaryzykować. Najcenniejsze są oczywiście listy i kartki, które przychodziły z obozu, ale mówimy także o innym typie przedmiotów - tych, które są pamiątkami po żywych. Zdjęcia, które pokazują, jak wyglądali w dzieciństwie, podczas ślubu, z dziećmi u boku. Dokumenty świadczące o tym, jak wyglądało ich życie - jakie szkoły ukończyli, jakie zawody wykonywali. Odznaczenia z pracy służbowej, służby wojskowej z czasów I wojny światowej, medale za osiągnięcia sportowe. Jedną z niewielu pamiątek po moim dziadku jest serwetnik z jego imieniem. Ale najcenniejszy jest list - pamiętam, że Tata trzymał go w zamknięciu i wyjmował raz w roku, w Wigilię, bo konfrontacja z pamiątkami po jego ojcu, a moim dziadku - Bolesławie Skąpskim, była trudnym przeżyciem.
Chciałabym na chwilę wrócić do przechowywania przedmiotów związanych z Katyniem. Kiedy pracowałam nad książką z wywiadami z polskimi Sprawiedliwymi wśród Narodów, kilka osób powiedziało mi, że przychodzę za późno, bo zostało ich niewiele. "Ale z drugiej strony dawniej nic bym pani nie powiedziała/powiedział. Za bardzo się bałam/em" - dodawali. Czy taki strach towarzyszył członkom Rodzin Katyńskich już po roku 1989?
- Bez wątpienia. Czasy komuny nie były jednorodne, okresy nieco łatwiejsze przeplatały się z czasami zaostrzeń. Żyło się od odwilży do odwilży, ale z tą myślą, że znowu będzie trudniej, pytanie tylko - kiedy. Po 1989 roku ludzie wcale nie byli przekonani, że rzeczywiście doszło do trwałej zmiany. Myślę, że wielu bało się, że wszystko się jeszcze odwróci - tym bardziej, że ostatnie oddziały armii sowieckiej na dobre opuściły Polskę dopiero w 1993 roku. Pamiętam, że kiedy byliśmy z Ojcem na zebraniu inauguracyjnym krakowskiej Rodziny Katyńskiej, sami zastanawialiśmy się, czy to na pewno dobry czas, by zacząć mówić o Katyniu. Dlatego nie można upraszczać i mówić, że ludzie, którzy przeżyli Holokaust czy wojnę, byli "przewrażliwieni", coś sobie uroili, trauma uniemożliwiała im trzeźwy ogląd sytuacji. Nie, ten lęk wynikał z konkretnego doświadczenia życiowego.
- Po czasie myślę, że już samo przełamanie się i ujawnienie było wielkim sukcesem Rodzin Katyńskich. Bo ludzie nagle poczuli, że nie są sami, mogą z kimś dzielić podobną historię. Kiedyś Tata na jednym ze spotkań Rodzin Katyńskiej zobaczył kolegę ze studiów. Zdziwił się, podszedł i zapytał: "To twój ojciec także?", a tamten pokiwał głową. W ich czasach szkolnych czy studenckich, jeśli ktoś mówił "ojciec zginął na wojnie", to lepiej było nie dopytywać, w jakich okolicznościach. Efekt był oczywiście taki, że ludzie sobie dość bliscy, którzy spędzali ze sobą mnóstwo czasu i mogli się przecież wspierać - milczeli i strzegli rodzinnych tajemnic.
Pamiątki dla pani ojca szczególne znaczenie. A czym są dla pani?
- Na pewno ważnymi rzeczami, które chronię, póki mogę, a potem przekażę moim siostrzenicom - wiem, że dla nich to również nie są "zwykłe" przedmioty i nie wylądują na śmietniku, a co najwyżej w muzeum. Jednak ze względu na to, że przez moje ręce przeszły setki przedmiotów związanych ze Zbrodnią Katyńską, mam już do nich inny stosunek. Widzę to wszystko w szerszej perspektywie - nie jako wyłącznie naszą domową historię, ale jako część o wiele większej, tragicznej opowieści. Dość często trafiają do mnie listy, kartki, niektóre z transkrypcją, inne nie - wtedy sama zlecam odczytanie, na przykład moim studentom. Wiem od nich, jakie to trudne, bo czytają intymne zapiski, w których są słowa miłości, tęsknoty, nadziei na to, że piszący w końcu wrócą do rodzin, że wojna się skończy.
- Na przykład dwudziestokilkuletni chłopak pisze do ciężarnej żony, żeby pomocy szukała u sąsiada, który jest im winien pieniądze. I żeby się nie martwiła, bo jak on wróci z niewoli, to się wszystkim zajmie. A my już wiemy, że nie wrócił i się nie zajął. Ta lektura bywa naprawdę obciążająca psychicznie, ale pokazuje zupełnie inne oblicze tych, którzy zginęli. Czym innym jest opowieść o ofiarach, a czym innym o żywych - którzy, tak samo jak my, kochali, marzyli i mieli swoje plany. Myślę, że właśnie te opowieści najlepiej przybliżają członków Rodzin Katyńskich - tak, jak doskonale zrobił to w filmie "Katyń" Andrzej Wajda. W tym kontekście przypomina mi się film, którego nie lubię, ale który doceniam i uważam za przełomowy - "Życie jest piękne" w reżyserii Roberto Benigniego, który opowiadał i o Holokauście i o życiu. Tragediom zawsze towarzyszyło przecież życie.