Choć bez poparcia Polskiej Partii Socjalistycznej przewrót majowy mógł się nie powieść, Józef Piłsudski nie zamierzał po zwycięskim zamachu stanu stawiać na “lewą nogę". Wręcz przeciwnie: bratanie się z arystokracją i ziemiaństwem (słynna wizyta w Nieświeżu), udział w jego rządzie konserwatystów w rodzaju Aleksandra Meysztowicza - tego samego, który w 1904 roku odsłaniał w Wilnie pomnik carycy Katarzyny - itp. Wszystko to wskazywało, że Marszałek traktuje PPS w myśl zasady “to ja jestem wam potrzebny, nie wy mi". Nic dziwnego, że socjaliści stopniowo zaczęli przechodzić do opozycji, a przed wyborami parlamentarnymi w 1928 roku mniej lub bardziej otwarcie krytykowali sanację. “Komendant otrzymuje własnoręczne bileciki, a Komendantowa różańce" - tak komentował polityczne zbliżenie Piłsudskiego z Kościołem Ignacy Daszyński. Wtórowali mu lewicowcy z ruchu ludowego, z PSL "Wyzwolenie": “Bat, który już się rozmachał w maju, zrobił w stosunkach politycznych zawieruchę stepową, chociaż i w stepie między pastuchami obowiązuje pewne prawo" (Stanisław Thugutt).
Tymczasem sam Marszałek nie przywiązywał jakiejś wielkiej wagi do parlamentarnej elekcji. Owszem, liczył na jak najlepszy wynik swojego obozu, ale podstawowym celem miało być zdobycie takiej liczby mandatów, która blokowałaby wszelkie inicjatywy przeciwników. Jak mówił w zaufanym gronie, “chodziło mi o to, by mieć pewną grupę posłów umiejących zahamować życie Sejmu". To się do pewnego stopnia udało - sanacyjna partia, BBWR, wygrała wybory i ze składem ponad 120 posłów była najliczniejszym klubem w sejmie (w senacie sanatorzy obsadzili 46 miejsc). Co prawda teoretycznie opozycyjne partie miały większość w obu izbach, ale między, dajmy na to, socjalistami, a narodową demokracją było tyle złej krwi, że mogłaby wypełnić niejeden staw, jeśli nie większy akwen. Piłsudczycy mogli korzystać z tej wrogości do woli, ale do realizacji ambitniejszych ustawowych planów potrzeba było szerszego porozumienia. Wydawałoby się, że idealnym kandydatem jest PPS, która choć krytyczna, była gotowa na współpracę z obozem rządzącym.
Tyle, że w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. Piłsudski natomiast nawet po wyborach nie chciał iść na jakiekolwiek kompromisy z innymi siłami politycznymi. Zamierzał narzucić im swoją wolę, a pierwszym krokiem miał być wybór marszałka sejmu. Komendant wymyślił sobie na to stanowisko Kazimierza Bartla - matematyka, profesora Politechniki Lwowskiej i, co najważniejsze, pierwszego pomajowego premiera. Sejm, niczym maszynka do głosowania, miał po prostu podnieść zbiorowo rękę za tą kandydaturą. A jeśli nie? “Każdy marszałek Sejmu, nie wysunięty przez najliczniejszy klub BBWR, “wyleci", tzn. Komendant nie zechce z nim utrzymywać kontaktów i pójdzie od razu z nim do otwartej wojny" - takie słowa lidera sanacji zanotował późniejszy premier, Kazimierz Świtalski. Aby wymusić na posłach posłuszeństwo, były Naczelnik Państwa nie wahał się również wprowadzić do sejmowego gmachu policji. Na jego polecenie minister spraw wewnętrznych, Felicjan Sławoj Składkowski zebrał 2 grupy funkcjonariuszy. Obie po 10 policjantów, jedna wyposażony w pistolety, druga w karabiny.
Gdyby tylko jacyś parlamentarzyści (najlepiej jeszcze przed formalnym objęciem mandatu, byli wówczas jeszcze zwykłymi obywatelami) zakłócali inauguracyjne posiedzenie izby, Sławoj otrzymał rozkaz siłowego wyciągnięcia ich z sali obrad. Taki scenariusz był nietrudny do wyobrażenia - za pewnik należało przyjąć, że widok Piłsudskiego za mównicą (miał odczytać orędzie prezydenta Ignacego Mościckiego) podziała na przyszłych posłów komunistycznych, jak płachta na byka. Sanacyjny przywódca nie zdołał rozpędzić się z przemówieniem, gdy usłyszał z tamtych ław “Precz z faszystowskim rządem Piłsudskiego!". Efekt? Relacja ministra Składkowskiego: “Wzniesieniem ręki zatrzymałem biegnących [policjantów] i krzyknąłem: “Chłopcy, ci skurwysyni komuniści przeszkadzają mówić Komendantowi. Wyrzucimy ich, za mną!". [...] Moi policjanci chwytają krzyczących komunistów, [...] każę odprowadzić ich do komisariatu policjantom z karabinami, a pierwszy rzut z pistoletami każę mieć, na wszelki wypadek, jeszcze w pogotowiu".
Wyprowadzenie komunistów próbowali uniemożliwić reprezentanci PPS i PSL “Wyzwolenie", ale zdołali się tylko poszarpać z mundurowymi. A co z resztą sali sejmowej? Pozostała bierna, ale rozgrywające się wydarzenia nie pozostały bez wpływu na jej postawę wobec głosowania na Bartla i jego konkurentów. Zamiast dać się zastraszyć, zdecydowali się na konfrontację z piłsudczykami i przeforsowali na marszałka Ignacego Daszyńskiego (206 głosów, Bartel 141). Piłsudski i jego podkomendni już wcześniej zastanawiali się nad reakcją, jeśli wybór przewodniczącego niższej izby parlamentu nie pójdzie po ich myśli. Stanęło na tym, że czołowi przedstawiciele ekipy rządzącej nabiorą wody w usta, milczenie miało zdezorientować opozycję, w tym Daszyńskiego. Z jednym wyjątkiem: na wieść o wyborze przeciwnika ministrowie i posłowie BBWR demonstracyjnie opuścili swoje ławy, wychodząc z sali. Nowy marszałek nie zamierzał się jednak tym przejmować - kolegę z PPS, Hermana Liebermana przekonywał, że “będzie walka zacięta o powagę Sejmu, ja lubię walkę, to mój żywioł, nie zginę, nie damy się".
A kim był polityk, który stanął na czele izby poselskiej? Dziś uznawany za jednego z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, już wówczas uchodził za legendę lewicy niepodległościowej. Mowa o jednym z przywódców PPS (Przewodniczący Rady Naczelnej), piastującym dotychczas w karierze m.in. stanowiska premiera (Tymczasowy Rząd Republiki Polskiej, 1918) i wicepremiera (Rząd Obrony Narodowej, 1920-1921), ale przede wszystkim pośle, z ponad 30-letnim doświadczeniem parlamentarnym. Daszyński przeszedł do historii jako mówca błyskotliwy do sześcianu, czujący się równie dobrze na wiecu robotniczym, jak i przed mównicą sejmową. O skali jego zdolności retorycznych niech świadczą słowa człowieka z drugiej strony politycznej barykady, konserwatysty Stanisława Cata-Mackiewicza. “Każde jego odezwanie się pokazywało to, co się nazywa lwi pazur. Sarkazmem, ironią w połączeniu z patosem i szlachetnym dźwiękiem głosu gniótł przeciwnika, jak świecę woskową" (artykuł “Ignacy Daszyński" z 1936 roku).
Marszałek w swoim pierwszym przemówieniu przekonywał: “Będę strzegł praw i godności tej Wysokiej Izby, kierując się na urzędzie marszałkowskim zasadami słuszności i sprawiedliwości. Wiem dobrze, że moje urzędowanie marszałkowskie nie będzie funkcją beztroskiego życia. [...] Polityka jest rzeczą walczących często ze sobą stronnictw, ale nigdy Marszałka Sejmu". Jak wywiązał się z tych obietnic? Złośliwcy kierowali pod jego adresem epitety typu “klasowy marszałek", ale Ignacy zrobił wiele, aby reprezentować możliwie jak największą liczbę posłów. Choć wciąż uczestniczył w pracach macierzystej partii, (np. informując członków Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS o swoich kontaktach z belgijskimi i francuskimi socjalistami), zrezygnował niemal z wszystkich funkcji partyjnych. Pozostawił sobie tylko przewodniczenie Zarządowi Głównemu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (organizacja PPS, szerząca kulturę i oświatę wśród robotników - od prowadzenia bibliotek po tworzenie amatorskich chórów i teatrów).
Jak argumentował, “troska o upowszechnienie oświaty nie koliduje ze stanowiskiem marszałka". Co do samej pracy w parlamencie, posiedzenia pod jego przewodnictwem przebiegały zasadniczo sprawnie, większe kontrowersje tyczyły się jego bezstronności. O ile posłowie lewicowi rozpływali się nad jego umiejętnościami (“znawca duszy Sejmu, mistrz, któremu Sejm często ze zgrzytaniem zębów ulega" - Lieberman), ci z centrum i prawej strony byli o wiele bardziej powściągliwi w ocenach. Niekiedy Daszyński dostarczał im zresztą powodów, jak przy dyskusji o historycznej roli ziemiaństwa. Gdy jeden z BBWR-owców zarzucił mu, że nie reaguje na antyziemiańskie wywody PPS (“całowali buty cesarzy i carów"), odparł: “Nie chcę wymieniać nazwisk tych, którzy brali ordery od obcych i którzy szli święcić pomniki największych gwałcicieli naszej wolności". Niemniej, starał się rozładowywać napiętą atmosferę między różnymi stronnictwami, zwłaszcza gdy w grę wchodziło ryzyko przelewu krwi, choćby w przypadku pojedynków.
Daszyński interweniował np. przy konflikcie na linii Mieczysław Niedziałkowski (PPS) - Walery Sławek (BBWR). Zaczęło się od, na pozór, niezbyt brutalnego komentarza posła-socjalisty, Zygmunta Marka, o “łabędzim śpiewie" rządów sanacyjnych. Wzbudziło to ripostę Walerego: “cały ustęp przemówienia p. posła Marka [...] uważam za bezczelne łajdactwo", a dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Klub PPS na czele z Niedziałkowskim uznający Sławka za osobę niegodną szacunku, Walery wyzywający Mieczysława na pojedynek i wysyłający do niego swoich sekundantów, wreszcie wkroczenie Daszyńskiego. Marszałek opublikował na łamach prasy oświadczenie, w którym czytamy m.in.: "Pojedynek jest prawem zakazany, przez religię jako mord potępiony, przez opinię publiczną w olbrzymiej większości społeczeństwa naszego nie uznawany jako właściwy środek załatwiania sporów i różnic, zwłaszcza sporów i różnic politycznych".
W efekcie cała sprawa rozeszła się po kościach: PPS-owcy zamiast strzelania się zaproponowali sąd obywatelski, Sławek i inni piłsudczycy propozycję odrzucili, spisali zaś protokół na temat nieodbytego pojedynku. “Złotousty Ignacy" dał się natomiast także zapamiętać ze swojej dbałości o kulturę poselskich wypowiedzi. Wystarczy lektura kilkunastu, może kilkudziesięciu stron sprawozdań stenograficznych z obrad sejmu, aby natknąć się na tonujące zdania Daszyńskiego. Paradoks, że ten szermierz słowa, gotowy do walki na śmierć i życie za pomocą ripost, szyderstw i metafor, teraz nawoływał: “Muszę prosić Wysoką Izbę o umiarkowanie swoich wybuchów zadowolenia lub niezadowolenia. Obecny nasz Sejm jest jeszcze młody i musimy się jakoś zżyć, musimy mieć dla siebie trochę tolerancji wzajemnej". Zarazem z konsekwencjami musieli się liczyć nie tylko zbyt agresywni mówcy, ale i tacy, którzy np. podważali integralność terytorialną Polski.
Gdy więc ukraiński poseł Michał Zachidnyj stwierdził, że Galicja (Małopolska) Wschodnia powinna przynależeć do Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, marszałek nakazał pominąć to zdanie w stenogramie. Pretensje Zachidnyja skwitował krótko: “Państwo ma prawo żądać od mniejszości narodowych, by liczyły się z jego istnieniem i racją stanu". Daszyński bronił również swobód obywatelskich społeczeństwa, by wspomnieć jego osobiste zaangażowanie w sprawę uczestników uroczystości na stokach warszawskiej Cytadeli, poturbowanych przez policję. Członkowie i sympatycy PPS spotkali się tam 1 listopada 1929, aby uczcić pamięć socjalistów, którzy stracili życie z rąk caratu. Gdy zaczęli się rozchodzić, zaatakowali ich policjanci, płazując tłum szablami na prawo i lewo. Marszałek zaprotestował przeciw takim praktykom, wystosowując oficjalne pisma do Komisariatu Rządu, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz premiera Świtalskiego. Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że trudno, żeby stary PPS-owiec nie bronił swoich, ale wolno przypuszczać, że Daszyński zachowałby się podobnie np. w stosunku do napadniętych ludowców.
Jak widać, zajęć naszemu bohaterowi nie brakowało. Czy w tym polityczno-urzędniczym wirze znajdował czas dla siebie? Nawet gdy próbował, i tak dopadała go partyjna codzienność, jak w listopadzie 1929 roku. Socjalista pojawił się wtedy w uzdrowisku w Bystrej Śląskiej, aby wypocząć po dramatycznych sejmowych wydarzeniach (tzw. “najście oficerów na sejm", które jeszcze omówimy). Tylko cóż z tego odpoczynku, gdy nie zdążył się rozgościć, a już musiał słuchać "Czerwonego sztandaru" w wykonaniu orkiestry robotniczej. Z jednej strony miłe, z drugiej chyba jednak uciążliwe...Tak czy siak, wolne chwile Ignacy lubił spędzać spacerując, najlepiej po dzisiejszej dzielnicy Krakowa - Kazimierzu. Biografka Daszyńskiego, Walentyna Najdus, zauważyła, że przyciągały go “renesansowe kamieniczki, ozielenione wzgórza nad szarawą, niespieszną Wisłą, ogródki w sinawej mgiełce dojrzewających śliwek". Polityka często można było też widywać na spotkaniach Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza.
O kazimierzowskich epizodach w życiu naszego socjalisty pisała także, na łamach “Wiadomości Literackich", Maria Kuncewiczowa. Choć autorka “Cudzoziemki" wspominała o swoich rozmowach z Ignacym, nie przybliżała ich treści, koncentrując się raczej na wyglądzie zasłużonego PPS-owca i okolicznym krajobrazie. “Patrzyłam na głębokie oczodoły, na których dnie, jak na dnie kotlin, błyszczały wskroś wąziutkie oczy, na zbrożdżone policzki, na czoło, po którym myśli chodziły tak wyraźnie, jak cienie po górach". Zachowane fotografie Daszyńskiego z przełomu lat 20. i 30. mogą stanowić potwierdzenie tego cytatu: widać na nich zmęczonego, schorowanego, choć wciąż o bystrym spojrzeniu, człowieka. Czy jednak można się dziwić temu stanowi, jeśli przeciwnicy polityczni uderzali nie tylko w niego samego, ale i jego najbliższych? Tylko jeden przykład: w czerwcu 1929 roku marszałek sejmu odebrał przerażający telegram z informacją, że jego syn Jan odniósł ciężkie rany podczas rozruchów we Lwowie. Wiarygodności depeszy dodawał podpis “matka" [chodziło o żonę Marię] i dopiero telefony do małżonki i starostwa lwowskiego pozwoliły wyjaśnić sytuację. Okazało się, że socjalista miał do czynienia, jakby to dziś ująć, z fake newsem.
W rzeczywistości "Jasiek" był cały i zdrowy, a że dla ojca, chorego na serce, cała historia mogła skończyć się tragicznie? Autorów telegramu obowiązywała chyba jedna zasada: brak zasad...Mimo takich i podobnych przeżyć, a także nieustannego zmagania się z sanacją, Ignacy, szczególnie prywatnie, starał się zachować pogodę ducha. Tu wypada ponownie powołać się na Kuncewiczową i wizytę, jaką pewnego razu jej i mężowi złożył bohater tego tekstu. Przybył do nich ubrany na czarno, bynajmniej nie dlatego, że miał żałobę, ale z powodu obowiązków służbowych - nazajutrz gościła u niego delegacja francuskich parlamentarzystów. W związku z tym, prosto od Kuncewiczów miał jechać do Warszawy, a że był głodny, ruszył prosto do stołu, zostawiając palto i kapelusz na werandzie. Tam zaś po pewnym czasie pojawił się owczarek niemiecki gospodarzy - czy on był głodny, nie wiadomo, ale i tak zatopił swe zęby w garderobie Daszyńskiego.
Polityk zorientował się w sytuacji, gdy zbierał się już do wyjścia. Było już jednak za późno: “Jedna poła była obgryziona, na plecach przeświecały dziury, a obok poniewierał się kapelusz z obdartymi kresami". W takim stroju jedna z najważniejszych osób w państwie wyglądałaby nie jak z żurnala, a jak obdartus. Nie dziwi zatem, że Kuncewiczowie poczęli się kajać, ale Ignacy w moment zredukował napięcie. Oddajmy głos jego biografce - “Dwoma słowami ustalił, co należało, zarzucił na plecy łach, którzy przed paru godzinami był paltem, włożył denko od kapelusza na głowę i odszedł taki sam, jak przyszedł". Źródła nie podają, aby wskutek spotkania Daszyńskiego z przybyszami znad Sekwany ucierpiał sojusz polsko-francuski. Najwyraźniej marszałek zdążył się przebrać...
O ile relacje Warszawa-Paryż pozostały bez zmian, o tyle stosunki Ignacego z Józefem Piłsudskim, od momentu objęcia przezeń marszałkowskiego fotela, systematycznie się pogarszały. Lider sanacji pozostał wierny słowom wypowiedzianym do Świtalskiego i niemal na każdym kroku demonstrował wrogość wobec swojego adwersarza. Odmawiał mu nawet godności “marszałka", tytułując w dokumentach “Prezesem Sejmu" - wspomniany tytuł miał się należeć tylko zwycięskiemu wodzowi spod Warszawy i znad Niemna. Niechęć byłego Naczelnika Państwa nasz bohater z pewnością boleśnie odczuwał. W końcu znali się od ponad 30 lat, pozostając przez ten czas w bardzo ciepłych relacjach. Kilka faktów: “Bibuła" Piłsudskiego, czyli książka opisujący kulisy pracy towarzysza “Wiktora" nad podziemnym pismem PPS, “Robotnikiem" (pisanie tekstów, druk, dystrybucja itd.) powstała pierwotnie jako cykl felietonów na zamówienie Daszyńskiego, Ignacy pozostawał jedną z kilkunastu osób, z którymi Józef był na “ty", ponadto na ojca chrzestnego jednego ze swoich synów, wymienionego wyżej “Jaśka", wybrał właśnie Piłsudskiego.
Na dawną zażyłość dwóch marszałków jasno wskazuje też ich korespondencja. Weźmy choćby listy z 1905 roku, gdzie Daszyński zwraca się do swojego socjalistycznego druha per “Kochany Ziuku!". Jeden z nich również kończy się charakterystycznie: “Serdeczny uścisk dłoni. Pani Marii [ówczesnej żonie Piłsudskiego] i Wandzi [pasierbicy] bardzo piękne pozdrowienia! Wasz Ignacy". Jeszcze w 1925 roku spod ręki tego ostatniego wychodzi “Wielki człowiek w Polsce" - książkowy portret Piłsudskiego, opisujący go w samych superlatywach. Po przewrocie majowym, a zwłaszcza po 1928 roku z tych poufałości nie pozostało zgoła nic. Daszyński, jako marszałek, musiał się za to mierzyć z bulwersującymi wypowiedziami Komendanta na temat izby, której przewodził. “Sejm ladacznic, “sejm korupcji". “kuźnia zdrady państwa", sugestie, że posłowie wydają publiczne pieniądze na libacje z udziałem prostytutek - obelgom wobec sejmu nie było końca.
Ignacy odpowiadał na te wyzwiska z możliwie wysoką kulturą: “parlament, który nie jest żałosną karykaturą, musi być miejscem wolnego słowa, ścierania się poglądów na sprawy państwa i społeczeństwa, i miejscem krytyki. Parlament niemy jest nonsensem". Wyciągnął również rękę do zgody, proponując Piłsudskiemu w czerwcu 1929, w Belwederze, utworzenie koalicji BBWR-PPS-PSL “Wyzwolenie". Marszałek nie był tym zainteresowany, bowiem nie zamierzał się z nikim dzielić władzą, a sejm i senat chciał prędzej czy później sprowadzić do roli posłusznego narzędzia. Ręka Daszyńskiego napotkała zatem próżnię, a relacje obydwu panów załamały się bezpowrotnie 31 października 1929 roku. Doszło wówczas do tzw. “najścia oficerów na sejm" - wydarzenia, które doczekało się w historiografii przeróżnych interpretacji. Włącznie z takimi, że niewykluczone, iż Piłsudski ściągnął kilkudziesięciu mundurowych na ulicę Wiejską po to, aby dokonać rzezi na posłach opozycji (Andrzej Garlicki, Czesław Brzoza, Andrzej Sowa).
Badania Pawła Dubera i Mariusza Wołosa wskazują tymczasem, że obecność oficerów w sejmowym holu mogła być dziełem...przypadku. Ale po kolei - 31 października niższa izba parlamentu miała obradować nad budżetem państwa, a być może także nad tzw. “sprawą Czechowicza" (bezprawne wydatkowanie przez piłsudczyków państwowych funduszy na kampanię wyborczą). Posiedzenie zaplanowano na godzinę 16:00, ale po 15:00 w gmachu (konkretnie w holu) zaczęli się zbierać, uzbrojeni w szable i rewolwery, żołnierze. Ilu? Tu szacunki są rozbieżne: zdaniem rządzących około 50, według opozycji nawet ponad 100. Niezależnie od właściwej liczby, zgromadzenie się tak wielu wojskowych wzbudziło konsternację polityków - pamięć o siłowym potraktowaniu przez policję komunistów była jeszcze żywa. Póki co, oficerowie nie robili niczego nagannego: jedni kręcili się po holu, inni ze sobą rozmawiali, jeszcze inni...kupowali znaczki pocztowe (w poczekalni funkcjonowało biuro pocztowe).
Mijały kolejne sekundy, potem minuty, a żołnierze nie ruszali się z miejsca. Wezwani do opuszczenia budynku, odmówili: najpierw straży marszałkowskiej, później dyrektorowi sejmowej kancelarii. Nastał pat, gdyż Daszyński nie zamierzał rozpocząć sesji, pod, jak mu się zdawało, wojskową presją. Jego odpowiednik w senacie, profesor Julian Szymański (członek BBWR, ale politycznie naiwny jak dziecko), postanowił za to zadbać o zdrowie oficerów. Na jego polecenie grupa strażników przyniosła im...krzesła, a także tace z herbatą i biszkoptami. Tu marszałka izby wyższej czekało jednak rozczarowanie: mundurowi grzecznie, ale stanowczo podziękowali za meblowo-słodyczowy zestaw. Ożywili się natomiast, gdy w gmachu pojawił się Piłsudski - powitali go szpalerem i okrzykami “Niech żyje Pan Marszałek!", “Wiwat Wodzu!" itd. Komendant jakiś czas czekał na otwarcie obrad, po czym, zniecierpliwiony i poirytowany, skierował swe kroki do gabinetu Daszyńskiego. Między panami wywiązała się wówczas ostra wymiana zdań, która przeszła do historii.
"Piłsudski: “Więc proszę Pana o trzymanie języka [za zębami]! (uderzenie w stół ręką) i pytam Pana, czy zamierza Pan otworzyć sesję?", Daszyński: “Pod szablami i rewolwerami nie otworzę posiedzenia", Piłsudski: “To Pańskie ostatnie słowo?", Daszyński: “Tak jest", Piłsudski (bierze czapkę, białe rękawiczki i [...], nie podając ręki marszałkowi Daszyńskiemu, opuszcza jego gabinet): “Dureń". Ostatecznie tego dnia posiedzenie się nie odbyło, a wojskowi wyszli z sejmu koło 20:00. Co ciekawe, dokumenty opublikowane przez duet Duber-Wołos sugerują, że Piłsudski nie tylko nie nadzorował akcji “najścia", ale był wręcz zaskoczony obecnością oficerów w parlamencie. A skąd się tam wzięli? Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski przeprowadził w tej sprawie śledztwo i raportował Komendantowi: “Jak zdążyłem ustalić, poszczególni oficerowie znaleźli się w Sejmie [...] z przyczyn rozmaitych; niektórzy mieli osobiste interesy do poszczególnych posłów; większość chciała się dostać na galerię, by przysłuchać się obradom, [...] część zaś ściągnęła do Sejmu wiadomość, że Pan Marszałek ma się osobiście udać do Sejmu".
Czyżby więc "najście oficerów na sejm" było sumą zbiegów okoliczności? Wydaje się, że taki scenariusz należy przynajmniej rozważyć, ale jedno należy przyjąć za pewnik: weto Daszyńskiego co do startu obrad było jednym z ostatnich takich posunięć. Po, częściowo sfałszowanych, wyborach "brzeskich" (1930), sanacja dysponowała niezagrożoną większością i w sejmie, i w senacie. Tym samym spełniły się słowa Hermana Liebermana (PPS): “Pierwszy parlament nie podobał mu [Piłsudskiemu] się - ladacznica. [...] Drugi Sejm - plugawy, trzeci Sejm - głupi, czy jak tam, nie wiem. Który Sejm zdobędzie sobie wreszcie łaski pana marszałka Piłsudskiego? Żaden. Chyba, że się znajdzie Sejm, którego posłowie stawać będą na baczność przed ministrem spraw wojskowych, i będą tak mówili, jak mówił tu minister Składkowski [...]: Ja nic nie zeznam, rozkaz pana marszałka Piłsudskiego i ja się tego trzymam. Taki parlament znajdzie łaskę, sympatię i szacunek pana marszałka Piłsudskiego".
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: “Wydarzenia w Sejmie z 31 października 1929 r. w świetle nowych dokumentów" Pawła Dubera i Mariusza Wołosa, “Piękne lata trzydzieste" Andrzeja Garlickiego, “Ignacy Daszyński 1866-1936" Walentyny Najdus, “Mundur na nim szary...Rzecz o Józefie Piłsudskim (1867-1935)" Włodzimierza Sulei, “Diariusz 1919-1935" Kazimierza Świtalskiego oraz “Józef Piłsudski. Rzecz o nieprzeciętności" Mariusza Wołosa.