"W powstaniu na południu powiatu Zamość oraz we wschodniej części powiatu Biłgoraj udział wzięło szacunkowo od 700 do 800 uzbrojonych członków ruchu oporu. Ludność całego tego obszaru wspierała powstańców na wszelkie możliwe sposoby.
Wszystkie zaangażowane [do kontrakcji] jednostki własne wielokrotnie potwierdzały, że byli oni dowodzeni na wzór wojskowy. Zachowanie poszczególnych oddziałów powstańczych pozwala również stwierdzić, że zorganizowano je zgodnie z zasadami wojskowymi i odpowiednio wprowadzano do walki.
[...] Powstańcy nosili własne, chłopskie ubrania. Nie stwierdzono żadnych oznak rozpoznawczych czy opasek. Zabici nie mieli przy sobie dowodów osobistych. Zeznania ludności, jakoby bandyci mówili po rosyjsku, były celowym wprowadzaniem w błąd" - raportował w połowie lutego 1943 roku major Erich Schwieger, dowódca I Zmotoryzowanego Batalionu Żandarmerii, skierowanego do realizacji działań wysiedleńczych na Zamojszczyźnie.
To właśnie ten region, zgodnie z rozkazem samego Reichsführera SS Heinricha Himmlera, przeznaczono bowiem na pierwszy, niejako doświadczalny teren wielkiej akcji germanizacyjnej w Generalnym Gubernatorstwie (GG), utworzonym przez Niemców na ziemiach okupowanej Polski.
Okoliczną ludność w blisko 75 procent zamierzano skierować do przymusowej pracy, głównie w Rzeszy. Z kolei resztę, w miarę spełniania warunków rasowych, planowano zniemczyć (według prognoz 5 proc.) lub zesłać do obozów koncentracyjnych (20 proc.). Dotychczasowych mieszkańców zastąpić mieli głównie volksdeutsche z różnych części Europy Środkowo-Wschodniej, m.in. z Rumunii czy Jugosławii, a tymczasowo - był to element niemieckiej polityki antagonizacji - także ludność ukraińska.
Przystępując jesienią 1942 roku do precedensowej operacji, w wyniku której tylko w przeciągu najbliższego półrocza zamierzano wysiedlić aż 300 wsi, władze okupacyjne nie spodziewały się jednak napotkać oporu. Dotąd podbite ziemie polskie uchodziły bowiem za generalnie spokojne i niestwarzające problemów.
Tymczasem okoliczna ludność odpowiedziała masowymi ucieczkami do lasu. Z kolei lokalne struktury Armii Krajowej (AK) i Batalionów Chłopskich (BCh), a w mniejszym stopniu także komunistycznej Gwardii Ludowej (GL) wspieranej przez oddziały złożone ze zbiegłych sowieckich jeńców, przystąpiły do zbrojnego paraliżowania posunięć władz okupacyjnych.


"Akcję prowadzi SS, za próby sprzeciwu - rozstrzeliwania
Wysiedlenia rozpoczęły się nocą z 27 na 28 listopada 1942 roku. Kierował nimi dowódca SS i policji na dystrykt lubelski, SS-Gruppenführer Odilo Globocnik. Wśród zaskoczonej ludności powszechna stała się obawa, że Niemcy po masowej akcji eksterminacyjnej Żydów przystąpili do analogicznej zbrodni na Polakach. Podsycała ją brutalność wkraczających do kolejnych wsi kolumn wysiedleńczych.
"Akcję prowadzi SS, za próby sprzeciwu - rozstrzeliwania. Osiedlają przeważnie Niemców rumuńskich. Chłopów spędzają do obozów wojennych, skąd część idzie na roboty, część zostaje przesiedlona, inni wprost przepędzani. Rodziny rozbijają. Dzieci, zwłaszcza małe do lat 6 zabierają do Rzeszy. Zabijają matki nie chcące oddać dzieci. Starców i chorych wywożą w niewiadomym kierunku" - alarmował wkrótce władze polskie w Londynie generał Stefan Rowecki "Grot", dowódca AK.
Kierownictwo podziemia w pierwszym odruchu było zdezorientowane. Podjęcie czynnego oporu na Zamojszczyźnie groziło bowiem utratą kontroli nad sytuacją i rozprzestrzenieniem się żywiołowego zrywu na inne obszary okupowanej Polski. W realiach końca roku 1942, kiedy Niemcy stali niespełna 200 km od Moskwy, wystąpienie takie - niemogące liczyć na żądną pomoc z zewnątrz - skazane byłoby na klęskę i wiązało się z ogromnymi stratami.
Z drugiej strony narastała oddolna presja, by nie pozostawać dłużej biernym i na niemiecki terror zacząć odpowiadać zbrojnie. W przypadku Zamojszczyzny za samoobroną opowiedział się przede wszystkim ruch ludowy, czyli największa siła polityczna konspiracji. Ludowcy przystąpili zresztą do formowania własnych oddziałów, mających dezorganizować akcję wysiedleńczą. Do walki - co nie było bez znaczenia - wzywali również komuniści, którzy ku zaniepokojeniu władz Polski Podziemnej, zyskiwali na popularności i znaczeniu.
Dodatkowo bezskuteczne pozostawały kierowane do Londynu apele o podjęcie przez alianckie lotnictwo odwetowych - za zbrodnie dokonywane w Polsce - bombardowań miast niemieckich.
Po specjalnej konferencji zwołanej w grudniu 1942 roku na wniosek rządu polskiego, aby przeciwdziałać brutalnej akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie, zanotowano: "Brytyjczycy uważają, że akcja w Lubelskiem jest przez nas celowo wyolbrzymiana; [...] odnoszą się nieprzychylnie do akcji bombardowań odwetowych i [uważają], że jedynie mocny nacisk z naszej strony [czyli samoobrona zbrojna - BW] może w tej sprawie dać pozytywne wyniki".
W takich okolicznościach, wobec narastającego terroru, zapadła decyzja o przystąpieniu do działań zbrojnych. Obronnych, ale także odwetowych.


Bronić życia i mienia pazurami
"Ludność ma stawiać opór bierny i czynny. Palić zagrody, niszczyć dobytek zostawiony, tak żeby okupantowi zostały zgliszcza. Nie pozwolić na dzielenie rodzin. Na bicie, gwałt i znęcanie się odpowiadać siekierą, widłami lub kłonicą. Bronić życia i mienia pazurami, do ostateczności" - rozkazał w wigilię Bożego Narodzenia 1942 roku generał "Grot".
Zarazem zarządził przystąpienie okolicznych struktur AK do atakowania sił policyjnych oraz likwidowania kierowników akcji przesiedleńczej, a także organizowania pomocy dla ludności wsi dotąd nieprzesiedlonych. "W żadnym wypadku - zastrzegał jednak - nie rozszerzać walki na tereny nie objęte akcją wysiedlania, dążyć do lokalizowania jej i utrzymania w charakterze samoobrony".
Do aktów oporu, sabotujących niemieckie zarządzenia, dochodzić zaczęło jednak i przed wydaniem rzeczonego rozkazu. Pierwsze starcia z siłami wysiedleńczymi i przypadki niszczenia infrastruktury miały bowiem miejsce już na przełomie listopada oraz grudnia.
W kolejnych tygodniach atakowano m.in. mosty, stacje kolejowe i zlokalizowane przy nich wieże ciśnień, co utrudnić miało Niemcom organizację ruchu i transportów. Zniszczone zostały tego typu obiekty m.in. w Ruskich Piaskach, Szczebrzeszynie, Krasnobrodzie czy Suścu. W odpowiedzi SS-Obergruppenführer Friedrich Wilhelm Krüger - dowódca SS i policji w GG, nakazał podległym sobie jednostkom przyłożyć specjalną uwagę do zabezpieczania tego rodzaju infrastruktury.
Innym przejawem samoobrony były ataki na posterunki policji i żandarmerii, a także akcje odbijania więźniów. W połowie grudnia partyzanci BCh opanowali areszt gminny w Krynicach, uwalniając 18 aresztowanych chłopów. Zaraz po Nowym Roku podobną akcję w Grabowcu - wydostając 8 osób - przeprowadzili akowcy, a wkrótce rozbity został również areszt w Zwierzyńcu.
"W nocy z 27 na 28 stycznia ok. 20 uzbrojonych bandytów napadło na urząd gminny w Zwierzyńcu (20 km na północny wschód od Biłgoraja) i uwolniło 7 więźniów. Polscy strażnicy zostali związani, skradziono 400 złotych i kartki żywnościowe. Dochodzenie w toku" - donosił stosowny meldunek dzienny dowództwa Wehrmachtu na terenie GG.
Ponadto w noc sylwestrową z 1942 na 1943 rok, na rozkaz Komendy Głównej AK, przeprowadzono akcję "Odwet za Zamojszczyznę". W jej ramach dokonano szeregu aktów dywersji na liniach kolejowych dystryktów lubelskiego, ale także warszawskiego.
"W noc noworoczną ruch oporu przeprowadził serię zamachów bombowych na obiekty i mosty kolejowe, przede wszystkim na trasach: Lublin - Kraśnik, Lublin - Chełm, Zamość - Rawa Ruska, Zamość - Hrubieszów i Łuków - Brześć Litewski, w rejonie Białej Podlaskiej" - raportowała lubelska nadkomendantura Wehrmachtu. Najdotkliwsze dla Niemców rezultaty miał zamach przeprowadzony 15 kilometrów na wschód od Lublina, polegający na wysadzeniu mostu tuż przed nadjeżdżającym transportem towarowym. W efekcie - jak donosił wojskowy meldunek - zniszczeniu lub wykolejeniu uległo tu w sumie aż 20 wagonów.
Związany z akcją wysiedleńczą gwałtowny wzrost aktywności polskiego ruchu oporu przełożył się na eskalację napięć w łonie niemieckich struktur okupacyjnych. Zarówno bowiem część administracji cywilnej, jak i sfery wojskowe, z rezerwą odnosiły się do destabilizujących sytuację działań SS i policji. Zwłaszcza w obliczu znacznego pogorszenia się nastrojów, związanego z sytuacją na froncie - w tym czasie bowiem dobiegała końca bitwa pod Stalingradem.
"W związku z nadzwyczajnymi zarządzeniami policji, mającymi na celu pozyskanie siły roboczej (na wywóz do Rzeszy) oraz w następstwie prowadzonej obecnie w powiecie Zamość akcji przesiedleńczej powstało wśród ludności polskiej ogromne poruszenie. Różnego rodzaju [podziemne] ugrupowania polityczne połączyły wysiłki. [...] Sytuacja jest napięta i wymaga największej czujności" - alarmowali w sprawozdaniu za styczeń 1943 roku sztabowcy dowództwa Wehrmachtu w GG.


Pojawiły się bandy liczące po kilkaset osób
Najbardziej spektakularnym przejawem oporu podjętego na Zamojszczyźnie były jednak tzw. bitwy partyzanckie, stoczone z większymi oddziałami niemieckimi. Zjawisko dotąd niespotykane w okupowanej Polsce.
Do pierwszej z nich, trwającej kilka godzin, między siłami żandarmerii a partyzantami BCh wspieranymi przez oddział zbiegłych z niewoli jeńców sowieckich, doszło u schyłku grudnia 1942 roku pod Wojdą w pobliżu Zwierzyńca. Do drugiej, de facto kilkudniowej, gdzie walkę z jednostkami pacyfikacyjnymi podjęły z kolei oddziały BCh i AK - na początku lutego pod Zaborecznem i Różą w rejonie Krasnobrodu.
Właśnie rzeczone starcia uległy zarazem największej mitologizacji. Już na bieżąco - i nie ma w tym nic dziwnego - urosły bowiem do rangi sensacji, szeroko komentowanych przez okoliczną ludność.
"W nocy jechało przez miasto dużo samochodów z wojskiem, jak powiadają, w kierunku na Krasnobród i Tomaszów przez Zwierzyniec. Dochodzą głuche wieści o staczanej tam ciężkiej walce. Nie wiem, ile w tym prawdy. Notuję tylko to, o czym ludzie mówią dzisiaj w mieście" - relacjonował w swoim dzienniku pod datą 4 lutego 1943 roku Zygmunt Klukowski, współpracujący z AK lekarz i społecznik ze Szczebrzeszyna. Dwa dni później dodawał: "Opowiadają ludzie całe legendy o licznym desancie radzieckim [sic!], o doskonałym uzbrojeniu partyzantów. Mówią też, że wśród Niemców dużo jest zabitych i rannych".
Jakie były faktyczne rezultaty owych starć? Mniej zachowawcze, już na pierwszy rzut oka budzące wątpliwości, przekazy polskie mówią o nawet 200 poległych i rannych łącznie, w obu bitwach, Niemcach. Te bardziej wstrzemięźliwe wskazują na rząd ok. 100 ofiar, przy co najmniej dwukrotnie mniejszych stratach własnych. Także je uznać należy jednak za znacznie zawyżone.
Zachowany, wewnętrzny - a więc pozbawiony znaczenia propagandowego - raport policyjny z walk pod Wojdą mówił przykładowo o 6 zabitych i rannych (1+5) funkcjonariuszach, przy czym wszyscy zostali wymienieni z nazwiska. Nawet jeśli nie były to straty kompletne - a istnieje taka możliwość; niewykluczone, że większe ofiary ponieśli osadnicy niemieccy, walczący tam u boku policji - ich suma nie mogła być diametralnie wyższa.
Pod Zaborecznem i Różą, gdzie starcia trwały nie kilka godzin, lecz kilka dni, Niemcy niewątpliwie stracili więcej ludzi, ale nie zachowały się dokumenty precyzujące wymiar tych strat. Mało prawdopodobne, by sięgały aż 40 zabitych, jak donosił ogłoszony wkrótce w podziemnej prasie komunikat Kierownictwa Walki Konspiracyjnej.
Abstrahując jednak od wyolbrzymień, cechujących przekazy polskie, władze okupacyjne bynajmniej nie bagatelizowały wagi precedensowych walk, które - zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. bój pod Krasnobrodem - rozniosły się po okupowanej Polsce szerokim echem. Niemcy byli nimi zaniepokojeni. Obawiali się efektu psychologicznego tak otwartych wystąpień.
Dowodzący siłami policyjnymi major Erich Schwieger w cytowanym na początku, kilkustronicowym raporcie poświęconym sytuacji na Zamojszczyźnie, oceniał, że miały one charakter lokalnego powstania. Nie mniej wymowne było sporządzone w połowie lutego 1943 roku sprawozdanie gubernatora dystryktu lubelskiego GG, Ernsta Zörnera, w którym nazistowski namiestnik stwierdzał:
"Można już mówić o ludowym ruchu zorganizowanym na sposób wojskowy, zdolnym wciągać zwarte oddziały policji w walki przynoszące straty, a nawet odpierać ich ataki. Dotyczy to zwłaszcza południa powiatu Zamość oraz południowego zachodu powiatu Biłgoraj, gdzie niedawno przeprowadzono większą akcję Wehrmachtu i policji, w trakcie której zastrzelono około 250 bandytów, a przede wszystkim zdobyto znaczną liczbę broni. Z powodu braku wystarczających sił nie można jednak mówić o całkowitym zniszczeniu band działających na tych terenach".
Zdecydowaną większość spośród wspomnianych ofiar w rzeczywistości stanowili cywile uznawani za "pomocników band". Straty bojowe partyzantów były sporo mniejsze, prawdopodobnie nie przekraczając 50 zabitych i rannych.


Osiedlonym Niemcom nie dać żyć
Zbrojny opór to jedno. Ponadto odstraszająco - zarówno wobec okupacyjnych władz, jak i osadników - podziałać miały akcje odwetowe na wsie zasiedlane przez niemieckich kolonistów. W myśl rozkazu dowódcy AK: "Zniszczyć zabudowania i dobytek w tych osiedlach, w których ludność sama nie mogła tego zrobić. Osiedlonym Niemcom nie dać żyć".
Na terror tym razem odpowiedzią miał być terror. Podobne założenia już wcześniej przyjęły lokalne struktury BCh. W grudniu 1942 i styczniu 1943 roku akowcy i bechowcy spalili zabudowania w kilku przeznaczonych do objęcia przez volkdesutschów wsiach, m.in. Nawozie, Wolicy, Horyszowie Polskim, Cieszynie, Złojcu czy Wierzbiu. W tym ostatnim przykładowo, jak donosił meldunek Wehrmachtu: "w wyniku wielkiego pożaru spłonęło 17 zagród". W rezultacie części takich akcji ginęli także koloniści.
Najgłośniejszym zdarzeniem był tu tzw. drugi atak na Cieszyn, przeprowadzony pod koniec stycznia 1943 roku przez oddziały AK. Co ciekawe, przed niemieckimi osadnikami wieś tę zamieszkiwała, również objęta przesiedleniami, ludność ukraińska. W podziemnej prasie wkrótce ukazał się komunikat Kierownictwa Walki Konspiracyjnej, w którym dowództwo AK poinformowało o odwetowym ataku na Cieszyn, stwierdzając, jakoby w rezultacie "zginęło do 60 rodzin [sic!] kolonistów niemieckich i 8 SS-manów".
Szacunek ten - trudno powiedzieć, czy nieświadomie, czy też celowo, dla podniesienia na duchu ludności polskiej, przez wykazanie, że nie tylko ona ponosi straty - był znacznie zawyżony. Do dziś zresztą często można spotkać się z fałszywą informacją, jakoby w Cieszynie zginęło aż 150 osób. Niemniej zdarzenie faktycznie wstrząsnęło Niemcami. Dowodzący strukturami policji w GG SS-Obergruppenführer Krüger osobiście zadepeszował o nim do Himmlera:
"Reichsführer, kilka dni temu polscy chłopi, prawdopodobnie wysiedleni z powiatu Zamość, napadli późnym wieczorem na wieś Cieszyn w powiecie Hrubieszów, położoną na południowo-wschodnim krańcu niemieckiego obszaru osiedleńczego, splądrowali domy i zamordowali 30 volksdeutschów, w tym kobiety".
Także inne źródła niemieckie o charakterze wewnętrznym potwierdzają ten rząd skali ofiar ataku. Wydaje się, że najbardziej precyzyjny był w tej kwestii raport Wehrmachtu, w którym wskazano: "W wyniku [ataku uzbrojonych Polaków] spaleniu uległo 60 gospodarstw, 16 strażników wiejskich i 18 osób cywilnych zostało zabitych".
W odpowiedzi Himmler polecił: "Należy z całą surowością przeprowadzić zamierzone sankcje odwetowe i to tak , aby napad ten był ostatnim na niemieckim obszarze osiedleńczym. Jeśli będzie to konieczne, należy wytępić całe polskie wsie". Polskie wsie tępiono jednak i wcześniej. Przykładowo, jeszcze przed uderzeniem AK na Cieszyn, w Kitowie Niemcy zamordowali ponad 160 osób, w Suminie - 50, Dzierążni i sąsiednich wioskach - ponad 110. "Zamojszczyzna płonie i krwawi" - kwitowano sytuację w okresowym sprawozdaniu Delegatury Rządu na Kraj.
Mimo dalszych represji i stosowania przez Niemców zasady zbiorowej odpowiedzialności, żądanie Himmlera, aby podobne akcje ze strony "polskich bandytów" już się nie powtórzyły, nie zostało zrealizowane. Aż do wiosny 1944 roku, kiedy w obliczu zbliżania się frontu Niemcy zarządzili ewakuację osadników, napady na objęte przez volksdetuschów wsie regularnie się powtarzały.
Podczas jednego z takich ataków, z rąk partyzantów AK zginął zresztą kierownik zamojskiego oddziału niemieckiej Centrali Przesiedleńczej, SS-Sturmbannführer Herold. W stosownym meldunku Wehrmachtu stwierdzono: "6 czerwca [1943 roku] dokonano napadu na wysiedloną wieś Siedliska (1 km zach. Zamość). Spalono 60 zagród. Zabito kierownika Centrali Przesiedleńczej Zamość, 2 Niemców SS-manów, 10 Niemców - kolonistów i 3 Polaków".


Zamość stał się ogniskiem
Podjęty na Zamojszczyźnie opór wprawdzie nie przekreślił niemieckich planów kolonizacji tych ziem, ale - podobnie jak zjawisko masowych ucieczek do lasów - przyczynił się do tego, że przebieg i rezultaty pierwszego etapu akcji okazały się dalekie od planów i oczekiwań jej inicjatorów. Do marca 1943 roku, kiedy to działania przesiedleńcze, wobec nadchodzącej akcji siewnej, zostały okresowo zawieszone, zdołano objąć nimi zaledwie 1/3 spośród planowanych 300 wsi, wysiedlając przy tym podobny odsetek ogólnej liczby 140 tys. osób.
Niepowodzenia, którym towarzyszył gwałtowny spadek bezpieczeństwa - wykraczający zresztą poza teren objęty operacją nadzorowaną przez SS - generowały liczne trudności i eskalowały konflikty na różnych szczeblach okupacyjnej administracji.
Dowodem tego był krytyczny raport gubernatora lubelskiego Zörnera z lutego 1943 roku, w którym apelował on do urzędującego w Krakowie generalnego gubernatora Hansa Franka o przerwanie akcji przesiedleńczej. Ostrzegał przed związaną z buntem polskich chłopów perspektywą załamania się gospodarki żywnościowej i surowcowej w podległym sobie, najbardziej rolniczym z dystryktów GG, a także przed dalszym wzrostem i rozprzestrzenianiem się zjawiska zbrojnego ruchu oporu.
"Zamość stał się ogniskiem promieniującym daleko poza granice terenu przesiedleńczego oraz dystryktu. Bolszewizm z kolei stał się [w obliczu niemieckiej akcji wysiedleńczej - BW] dla ludności polskiej o wiele słabszym straszakiem" - alarmował Zörner.
I konstatował: "Kontynuowanie przesiedlania spowodowałoby dalsze, dotkliwe ofiary wśród nowych osadników oraz wśród policji, gdyż chłopi, wypędzeni ze swych zagród oraz oderwani od swych rodzin, są w swej rozpaczy zdolni do wszystkiego. Dwa najważniejsze zadania dystryktu lubelskiego w czasie toczącej się wojny polegają na zapewnieniu bezpieczeństwa na zapleczu wojsk walczących na froncie wschodnim i na uzyskaniu możliwie najwyższych zbiorów dla wyżywienia Rzeszy. W obecnym stadium wojny totalnej nie wolno dopuścić do tego, by wypełnienie tych dwóch ważnych zadań stanęło pod znakiem zapytania".
Zasadność powyższych obaw gubernatora - wkrótce zresztą, za sprawą Himmlera, odwołanego - potwierdza porównawcze zestawienie lubelskiej żandarmerii, poświęcone statystykom z akcji "zwalczania bandytyzmu" na terenie dystryktu w latach 1942 i 1943.
W jego świetle liczba aktów sabotażu w skali roku wzrosła o ponad 900 proc.; ataków na linie kolejowe o ponad 220 proc.; podpaleń - 100 proc.; z kolei strat osobowych wśród funkcjonariuszy o 60%. Na poziomie stałym utrzymały się za to liczby "zastrzelonych bandytów i ich pomocników" czy też przechwyconej przez siły żandarmerii broni.
Cena okupacyjnego terroru, wraz z zapoczątkowanym wydarzeniami na Zamojszczyźnie zjawiskiem gwałtownego rozwoju oporu zbrojnego, wzrosła diametralnie.
Pomimo pogarszającej się sytuacji na froncie, wewnętrznych konfliktów i narastających w szeregach okupacyjnej administracji obaw co do konsekwencji, wczesnym latem 1943 roku Niemcy wznowili działania wysiedleńcze. W sumie - wraz z pierwszą fazą - miały one objąć swych zasięgiem ponad 100 tys. osób. Podziemie ponownie odpowiedziało siłą. Właściwie do końca okupacji Zamojszczyzna pozostała jednym z bastionów oporu w okupowanej Polsce.
