"Sytuację panującą w dystrykcie warszawskim najlepiej oddaje fakt, że w lutym i marcu zamordowano 29 Niemców, a 40 odniosło różnego stopnia obrażenia. W ciągu 60 dni okresu sprawozdawczego ofiarami wrogich elementów padło zatem 69 Niemców. Większość zamachów miała miejsce w Warszawie [...]. Wobec powyższego, dalsze określanie sytuacji jako bezpiecznej byłoby całkowicie nieuzasadnioną bagatelizacją" - alarmował w kwietniu 1943 roku gubernator warszawski Ludwig Fischer.
I dodawał: "Do ataków na Niemców dochodzą nieustanne zamachy na Polaków pracujących w służbie niemieckiej. Polski ruch oporu i komuniści, poprzez powtarzające się napady, dążą do wywołania paniki wśród ludności niemieckiej i zniechęcenia lojalnej ludności polskiej do dalszej pracy w interesie niemieckim".
Podobnie stan bezpieczeństwa na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa (GG), obejmującego dystrykty: warszawski, radomski, lubelski, krakowski i lwowski, oceniali sztabowcy Wehrmachtu. "Należy się liczyć - zastrzegali w sporządzonym niemal równolegle raporcie - z zaostrzeniem sytuacji, wzmożeniem ataków terrorystycznych na Niemców oraz Polaków pozostających na naszych usługach, jak również ze zwiększeniem liczby zamachów na ważne pod względem wojskowym urządzenia i obiekty".
Prognozy niemieckich wojskowych szybko okazały się trafne. O ile w marcu 1943 roku łączna liczba różnego rodzaju napadów odnotowanych na terenie GG wynosiła blisko 2,5 tys., a w kwietniu 3,3 tys., o tyle w maju przekroczyła już granicę 4 tys.
Jeden z owych "terrorystycznych ataków", przeprowadzony nocą z 19 na 20 maja 1943 roku w Celestynowie nieopodal Otwocka, miał znaczenie szczególne. Jego celem był bowiem pociąg osobowy, do którego dołączony został wagon specjalny (tzw. więźniarka), przewożący 49 więźniów politycznych z Lublina, skierowanych - przez Warszawę, gdzie transport przypuszczalne mógł zostać uzupełniony - do KL Auschwitz.
W kręgach dowódczych Armii Krajowej (AK) rozważania na temat możliwości uwalniania więźniów przewożonych do obozów koncentracyjnych podjęto na początku roku 1943. Wiązały się z zarządzoną wówczas przez Komendę Główną ogólną intensyfikacją akcji zbrojnej - dotąd bowiem, od początku okupacji, niepodległościowe podziemie koncentrowało się na działalności wywiadowczej, propagandowej i sabotażowej.
Zasadniczym motywem takiej strategii było dążenie do nieeskalowania niemieckiego terroru. Jednak wobec natężenia działań represyjnych i eksterminacyjnych okupanta, pomimo sporadycznego tylko stosowania oporu zbrojnego, zapadła decyzja o przejściu do etapu "walki ograniczonej", mającej zarazem przygotować struktury AK do planowanego powstania w momencie załamania się Niemiec.
Jednym z pierwszych przejawów zachodzącej zmiany było - wcześniej w zasadzie nieznane - zjawisko zbrojnego odbijania więźniów i robotników przymusowych. Na przełomie lat 1942 i 1943 żołnierze AK przeprowadzili kilka takich uderzeń, z których najgłośniejszym było rozbicie więzienia w Pińsku na Polesiu, skąd uwolniono ponad 40 osób, w tym grupę akowskich specjalistów od dywersji.
Wkrótce generał Stefan Rowecki "Grot", komendant główny AK, postanowił pójść dalej i pod koniec stycznia 1943 roku rozkazał opracować plany ewentualnych uderzeń bezpośrednio na obozy w Majdanku i Trawnikach na Lubelszczyźnie. Równolegle przystąpiono do badania możliwości przeprowadzenia ataku na mniejsza skalę, m.in. na linii kolejowej Lublin - Warszawa, którą przechodziły transporty z więźniami.
O ile pomysł otwartego uderzenia na same obozy szybko okazał się wykraczać poza możliwości podziemia, o tyle zaatakowanie obozowego transportu zaczęło jawić się jako perspektywa jak najbardziej realna.
Problemem pozostawał dylemat, postawiony przez anonimowego wywiadowcę, badającego możliwość przeprowadzenia podobnej akcji właśnie na linii Lublin - Warszawa. W zachowanym - opublikowanym przez doktora Adama Puławskiego - meldunku stwierdzał on:
"Ze swej strony uważam, że akcja nie jest trudna w wykonaniu i w każdym wypadku może się udać. Zachodzi tylko pytanie, czy w obecnej chwili (pierwsze nieliczne transporty) warto jest przeprowadzać tę akcję, dekonspirując jeden z najłatwiejszych sposobów wykonania (wykluczone jest opanowanie transportu przez zatrzymanie pociągu i sterroryzowanie postronnych pasażerów), jeśli możemy się spodziewać, że transporty takie w większych składach będą jeszcze odchodziły.
Poza tym uważam, że odbijanie jednego czy 2-ch wagonów może być tylko demonstracją, która wyjdzie na dobre kilkudziesięciu ludziom, natomiast może być przykra w skutkach dla pozostałych więźniów oraz może uniemożliwić akcję w wypadkach koniecznych".
Nie wiemy, jak początkowo do wątpliwości tych odnieśli się zwierzchnicy akowskiego wywiadowcy. Zaraz bowiem po sporządzeniu rzeczonego meldunku transporty z Lublina - via Warszawa - do obozu w Oświęcimiu ustały. Według obozowej kartoteki, ostatni z nich, przewożący 74 mężczyzn, dodarł do KL Auschwitz 3 lutego 1943 roku.
Wiemy natomiast, że gdy trzy miesiące później do akowskiej "góry" dotarła informacja o niemieckich planach wznowienia tego typu konwojów, decyzja była jednoznaczna: uderzać.
Do przeprowadzenia akcji wyznaczono elitarny Oddział Dyspozycyjny Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK o kryptonimie "Motor 30" pod dowództwem kapitana Mieczysława Kurkowskiego "Mietka". Z kolei do bezpośredniego kierowania uderzeniem wyznaczeni zostali Tadeusz Zawadzki "Zośka" i Sławomir Bittner "Maciek" - akowcy, a zarazem harcerze "Szarych Szeregów", mający na koncie głośną, przeprowadzoną zaledwie przed dwoma miesiącami, akcję odbicia 24 więźniów pod warszawskim Arsenałem. Grupa uderzeniowa liczyła w sumie blisko 50 osób, a na miejsce ataku wybrano stację w Celestynowie.
Późnym wieczorem 19 maja w jej okolicy, poza wykonawcami, zjawiły się samochody, które miały wkrótce zabrać część uwolnionych. Dla osób uciekających dalej na własną rękę zorganizowano ubrania i czapki, mogące zasłonić charakterystycznie ogolone głowy. Na krótko przed uderzeniem zajęte zostały budynki stacyjne, zerwano też - aby uniemożliwić szybkie ściągnięcie pomocy - połączenia telefoniczne.
Wbrew pierwotnym rozważaniom, zakładającym odczepienie wagonu więziennego podstępem od głównej części składu, a dopiero potem zaatakowanie konwojentów, finalnie zdecydowano się na otwarty szturm na więźniarkę zaraz po zatrzymaniu jej na stacji. Próbą nerwów okazało się czekanie na pociąg, który - w wyniku zakłóceń na trasie - przybył z opóźnieniem blisko trzech godzin. Gdy tylko się pojawił, akowcy, już zgodnie z planem, ruszyli do ataku.
Według sporządzonego nazajutrz meldunku niemieckiej Żandarmerii, uderzenie nastąpiło o godzinie 1:52. Wobec podjętej przez konwojentów obrony, akcja zaczęła się jednak niepokojąco przedłużać. Do wymiany ognia włączyli się ponadto uzbrojeni Niemcy jadący innymi wagonami zatrzymanego składu.
W krytycznym momencie odwagą wykazał się Stanisław Jaster "Hel" - notabene zbiegły rok wcześniej z KL Auschwitz - który, wykorzystując swój ponadprzeciętny wzrost, zdołał wrzucić przez zakratowane okno przedziału więźniarki, z którego ostrzeliwali się konwojenci, granaty. Próbujący wydostać się na zewnątrz funkcjonariusze Sicherheitspolizei (Sipo; Policja Bezpieczeństwa) zginęli od ognia akowców. Opór został przełamany.
Zdezorientowani więźniowie, zupełnie niespodziewający się odbicia, na odgłosy strzałów i wybuchów zareagowali... barykadowaniem od wewnątrz drzwi. Z przerażenia - jak relacjonował jeden z uwolnionych, komunista Władysław Mrozowski - wyrwały ich dopiero wezwania: "Otwierajcie, to Polacy - myśmy was wyzwolili".
W wyniku akcji uwolnionych zostało 49 więźniów politycznych, głównie konspiratorów AK, Batalionów Chłopskich i komunistycznej Gwardii Ludowej. Ewakuacja z miejsca akcji - pomimo licznych problemów i niesprzyjających zbiegów okoliczności - ostatecznie przebiegła szczęśliwie, nikt spośród wykonawców oraz uwolnionych nie został schwytany przez Niemców. O precedensowym sukcesie generał "Grot" zadepeszował wkrótce do Londynu.
Nie obyło się jednak bez ofiar. Podczas ataku śmiertelne rany odniosło dwóch oficerów AK: podporucznik cichociemny Stanisław Kotorowicz "Crown" oraz podporucznik Włodzimierz Stysło "Jan II". Obaj zostali pośmiertnie odznaczeni Krzyżem Walecznych. Straty niemieckie były jednak wyższe.
Jakie? Według opublikowanego wkrótce w podziemnej prasie komunikatu Kierownictwa Walki Konspiracyjnej miały wynieść "czterech gestapowców z eskorty". O "czterech poległych funkcjonariuszach Sicherheitspolizei z Lublina" wspominał również meldunek niemieckiej Żandarmerii. Wersję tę potwierdzała wreszcie lakoniczna adnotacja w sprawozdaniu dowództwa Wehrmachtu na terenie GG za ostatnią dekadę maja 1943 roku: "Na stacji Celestynów (pod Otwockiem) dokonano napadu na pociąg, do którego dołączony był transport więźniów. 4 esesmanów z eskorty zostało zabitych".
Nic zatem dziwnego, że taka właśnie informacja utrwaliła się w literaturze.
Nie był to jednak rachunek ostateczny. W zbiorach berlińskiego Bundesarchiv zachowało się bowiem służbowe zawiadomienie o pogrzebie konwojentów, zabitych 20 maja 1943 roku podczas "wymiany ognia z bandytami w pobliżu Warszawy". W dokumencie podpisanym przez dowódcę lubelskiego urzędu Sicherheitspolizei, SS-Sturmbannführera Johannesa Müllera, z nazwiska wymienionych zostało pięciu, a nie czterech, funkcjonariuszy.
Ogłoszenie kończyła informacja: "Pogrzeb odbędzie się zgodnie z ceremoniałem SS. Wszyscy polegli byli członkami NSDAP".
Wbrew obawom organizatorów uderzenia w Celestynowie, zaskoczeni Niemcy tym razem nie zdecydowali się na zastosowanie odwetowych działań represyjnych. Zarówno wobec innych więźniów, zakładników, czy też okolicznej ludności cywilnej. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Być może, aby nie nagłaśniać kompromitującej dla siebie porażki, a tym samym - nie zachęcać rosnącego w siłę podziemia do kolejnych podobnych uderzeń? Niezależnie jednak od motywu, czyniło to akowską akcję tym większym sukcesem.
Kończąc, warto zaznaczyć, że co najmniej 30 spośród 49 osób uwolnionych w Celestynowie przeżyło wojnę.
* * *
Zagadką pozostaje - dlaczego kręgi dowódcze AK, ale także innych organizacji podziemnych, po sukcesie odniesionym w Celestynowie nie zdecydowały się, choćby w ograniczonej skali, na kontynuowanie podobnych uderzeń?
Akcja elitarnego "Motoru 30" - poza tym, że udana, to skutecznie, za sprawą podziemnej prasy, nagłośniona i wyzyskana propagandowo - miała się bowiem okazać pierwszą, ale zarazem ostatnią tego typu, obliczoną na uwolnienie więźniów skazanych na obóz koncentracyjny.
O ile ataki na same obozy, których domagali się choćby konspiratorzy przebywający za drutami - w tym rotmistrz Witold Pilecki "Witold" - niewątpliwie pozostawały poza zasięgiem bardzo ograniczonych możliwości podziemia, o tyle obozowe transporty kolejowe przechodziły przez linie, na których zwłaszcza od lata 1943 roku regularnie dochodziło do aktów dywersji. Zdarzało się, że kilku dziennie.
Wydaje się, że wszystkie ewentualne argumenty za tym, by takich działań nie przeprowadzać - weźmy choćby ogrom logistycznych trudności, narażanie na represje okolicznej ludności cywilnej czy też brak pełnej kontroli nad tym, kogo de facto się uwalnia - w mniejszym lub większym stopniu występował również w odniesieniu do zjawiska rozbijania aresztów, więzień czy obozów Baudienstu (Służba Budowlana; organizacja pracy przymusowej dla młodych Polaków).
A jednak, tego typu działania - za sprawą podziemia akowskiego, ale także ludowego czy komunistycznego - począwszy od schyłku roku 1942 prowadzone były właściwie regularnie. Niejednokrotnie zresztą osiągając spektakularne rezultaty. Odbicie transportu więźniów do obozu koncentracyjnego więcej się już nie powtórzyło.