Nim polskie okręty wyruszyły, aby skonfrontować się z carską flotą, powstańcy podjęli próbę desantu u wybrzeży Litwy. W tym celu wynajęto, za 25 000 złotych, w Wielkiej Brytanii parowiec "Ward Jackson". Moc 300 koni, prędkość do 13 węzłów (ok. 30 km/h) - jednostka, która wcześniej służyła jako statek pasażerski, teraz miała dopłynąć w okolice dzisiejszego nadbałyckiego kurortu - Połągi. Tam wyładowujący się ochotnicy mieli połączyć siły z oddziałem generała Zygmunta Sierakowskiego, pseudonim “Dołęga". Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, było przetransportowanie na walczącą Litwę broni i amunicji - w związku z tym na pokładzie znalazło się 1000 karabinów, 750 pałaszy, 3 działa, 200 lanc, 3300 pocisków artyleryjskich, 1 000 000 nabojów karabinowych i 1000 ładownic. Nie zabrakło też miejsca na zapasy odzieży, m.in. 2000 płaszczy, 50 flanelowych koszul oraz 500 par butów.
Plan desantu na litewskim brzegu był z pewnością ambitny, ale czy wykonalny? Bałtyk, jako akwen zamknięty, łatwo mógł być zablokowany przez stacjonujące tam na co dzień floty - nie tylko rosyjską, ale również pruską. Polacy podjęli jednak wyzwanie, a na czele wyprawy stanął pułkownik Teofil Łapiński. Do 1863 roku wojskowy ten zdążył już zapisać szereg wojennych epizodów, składających się na barwny, a nawet lekko awanturniczy życiorys. Jego początek to Wiosna Ludów, podczas której walczył, w roli dowódcy artyleryjskiego, wraz z Węgrami przeciw Austriakom. Później poszedł w ślady Józefa Bema: został muzułmaninem i, jako Teffik-bej, wstąpił w szeregi armii tureckiej. Wreszcie, od 1857 roku dowodził polskim oddziałem na Kaukazie, wspierając antyrosyjskie powstanie Czerkiesów.
Pod jego komendą na pomoc powstańcom ruszyło około 150 żołnierzy, w większości Polaków, ale i znaczna liczba ludzi reprezentujących inne nacje. Najwięcej Francuzów (22) i Włochów (16), ale także Anglicy, Węgrzy, Szwajcarzy, Chorwaci, a nawet Niemcy i Rosjanie. Niestety, zanim ekipa Łapińskiego opuściła brytyjskie brzegi, o jej zamiarach dowiedzieli się Rosjanie. Carska agentura działała bowiem prężnie nad Tamizą, a zdobyte informacje przekazywała niezwłocznie do ambasady rosyjskiej w Londynie. Prawdopodobnie z zaborcą współpracował nawet sam sekretarz Łapińskiego, Rafał Tugendhold, który w Wielkiej Brytanii przyjął nazwisko Stefan Poles. W otoczeniu dowódcy pojawił się raptem kilka dni przed wyjściem w morze, przekonując go, że mimo młodego wieku ma doświadczenie godne niejednego wilka morskiego. Na dowód pokazał paszport, rzekomo świadczący o odbytych dotychczas kilku wyprawach drogą wodną.
Prawdopodobnie z podobnym dokumentem Poles nie przeszedłby dziś kontroli paszportowej, ale Łapiński okazał się nad wyraz ufny. Nie tylko zdecydował się zabrać świeżo poznanego towarzysza na pokład “Ward Jacksona", ale uczynił swoim osobistym asystentem. Zadziwiająca decyzja, tym bardziej że czas, który pozostał do wypłynięcia, sekretarz spędził w podrzędnych londyńskich lokalach, rozpowiadając na prawo i lewo o swojej podróży. Mało tego, emigracyjny rosyjski pisarz, Aleksander Hercen poinformował pułkownika, że Poles być może współpracuje z carskim wywiadem. Łapiński zignorował i ten już nie dzwonek, a dzwon alarmowy, odpowiedział tylko swojemu rozmówcy, że będzie miał na oku asystenta. Współcześnie historycy podejrzewają, że to właśnie bliski współpracownik oficera był czołowym (choć nie jedynym) agentem, który doniósł Rosjanom o planowanej przez Polaków akcji.
Rosyjscy urzędnicy natomiast nie marnowali ani sekundy: dyplomaci z Londynu nadali odpowiedni telegram do Petersburga, a car i jego współpracownicy wiedzieli, jakie środki przedsięwziąć przeciw powstańczemu parowcowi. Wysłali mu mianowicie “towarzystwo" w postaci korwety “Ałmaz", która zatrzymała się w brytyjskim porcie tuż obok, szykującego się do odpłynięcia, “Ward Jacksona". Załoga nieprzyjacielskiej jednostki otrzymała bezwzględny rozkaz - jak tylko statek z polskimi żołnierzami znajdzie się poza wodami terytorialnymi Zjednoczonego Królestwa, ma do niego otworzyć ogień. W razie potrzeby korweta miała ścigać Polaków aż do wód rosyjskich i tam dopełnić dzieła zniszczenia. Mogło się zatem wydawać, że Łapiński i jego ekipa zostali uziemieni na dobre, zwłaszcza że “Ałmaz" miał na wyposażeniu armaty i rozwijał prędkość nie gorszą niż “Ward Jackson".
Pułkownik nie zamierzał ryzykować niepewnego starcia swojego okrętu i przez kilka dni zastanawiał się, co zrobić. Od czego ma się jednak przyjaciół - pomocną dłoń wyciągnął do naszych bohaterów włoski dziennikarz i prawnik, Giuseppe Mazzini. Zorganizował kilkoro swoich rodaków i tak złożony zespół zaproponował marynarzom “Ałmaza" spotkanie towarzyskie, oczywiście, suto zakrapiane alkoholem. Choć Włosi, w tym przypadku zachowali nadzwyczaj zimną krew i gdy Rosjanie po imprezie posnęli znużeni, skierowali swe kroki do maszynowni. Tam zaś uszkodzili kotły - korweta została unieruchomiona na minimum kilka dni, a w tym czasie Polacy i ich towarzysze bezpiecznie ruszyli na wschód. Był 22 marca 1863 roku.
To, że "Ward Jackson" znalazł się na drodze do celu, nie oznaczało wcale, że skończyły się kłopoty. Wręcz przeciwnie - podczas chwilowego przystanku w porcie w Helsingborgu (Szwecja) Łapiński dowiedział się, że Morze Bałtyckie zostało w międzyczasie zmilitaryzowane zarówno przez Rosjan, jak i Niemców. Z jednej strony, w Połądze stacjonował pułk kozacki, pobliski odcinek wybrzeża wypełniło sześć kompanii strzelców plus półbateria dział, a Bałtyk w rejonie między Lipawą i Kłajpedą kontrolowały dwa rosyjskie patrolowce. Z drugiej, wokół Kłajpedy rozlokował się 24. pułk grenadierów wschodniopruskich, do tego w okolicy pojawiły się patrole kawaleryjskie. W tych warunkach dowódcy nie pozostało nic innego, jak zmienić miejsce wyładunku żołnierzy i sprzętu - ostatecznie desant miał się dokonać na Mierzei Kurońskiej.
Wtedy nastąpił kolejny zwrot akcji, i to z najmniej spodziewanej strony. Zbuntowali się bowiem kapitan okrętu, Robert Weatherley i jego marynarze. Anglik argumentował: "wojenne okręta moskiewskie ruszyły już [...], aby na nas polować, a ujść im przy tak krótkich brzegach, jak wasze, jest absolutnem niepodobieństwem". Następnie zszedł z pokładu, a za nim cała marynarska załoga - czyżby kapitan był niespełna rozumu, skoro dopiero teraz zdał sobie sprawę z ryzyka podróży? Absolutnie nie, ustalenia badaczy wskazują, że to po prostu kolejna osoba na liście płac caratu - w helsingborgskim porcie Weatherley miał się spotkać z konsulem rosyjskim. Raczej nie po to, aby szlifować język Puszkina, natomiast to, jak blisko Łapińskiego dotarli agenci, świadczy niestety i o nim, i o Polakach z jego otoczenia jak najgorzej.
Niemniej, jeśli odejście kapitana statku i jego ludzi potraktować jako burzę, to prawdziwe tornado miało się dopiero rozpętać. Nowych marynarzy w końcu udało się jakoś zorganizować, parowiec pokonywał kolejne morskie fale, ale postój w szwedzkim Malmö, który miał trwać 24 godziny, przeciągnął się do ponad 2 miesięcy. Aby nie zadrażniać swoich stosunków z Rosją, władze spod znaku trzech koron zatrzymały bowiem okręt do wyjaśnienia (pod pretekstem braku odpowiednich dokumentów) i zarekwirowały jego ładunek. Ostatecznie Szwedzi puścili “Ward Jacksona" wolno 4 czerwca, ale bez skonfiskowanych zapasów - statek pozbawiony broni i amunicji stał się jedynie kulą u nogi. Nic dziwnego, że Łapiński po konsultacjach z najbliższymi współpracownikami zdecydował o przeokrętowaniu - bohaterowie tego tekstu przenieśli się najpierw na parowiec "Fulton", a potem na żaglowiec "Christina Lorenza".
Ten ostatni bynajmniej nie wyczerpał listy statków, którymi płynęła ekipa Łapińskiego. Należy do niej również szkuner "Emilia" - "Christina Lorenza" podeszła do niego na otwartym morzu, a gdy jednostki znalazły się niemal burta w burtę, panowie błyskawicznie zmienili pokład. Barwnie opisał ten moment jeden z uczestników: “około 24 z hukiem wpadł do morza łańcuch kotwiczny [...]. Jak prawdziwi korsarze wdrapaliśmy się na liny u burt, wznosząc okrzyk: “Niech żyje Polska!". "Emilia" była naładowana bronią i amunicją, nabytą w Kopenhadze. W mgnieniu oka ułożyliśmy bagaże i szkuner ruszył dalej". Przy okazji Polakom udało się zagrać na nosie Rosjanom - obserwowana przez nich czujnie, opustoszała już “Christina" odpłynęła na zachód, podczas gdy pozostawiona w spokoju "Emilia", z żołnierzami i sprzętem wojskowym, kontynuowała podróż w kierunku Imperium Rosyjskiego.
Gdy 11 czerwca wyprawa dotarła wreszcie do Mierzei Kurońskiej, przyszła pora na desant. Pod osłoną nocy Łapiński nakazał przygotować dwie łodzie - do jednej wsiadła pierwsza tura ochotników, na drugą załadowali się oficerowie. Wszystko działo się w wyjątkowo trudnych warunkach atmosferycznych - szalejąca bryza i wzburzone pod jej wpływem fale nie zwiastowały niczego dobrego. Aby dodatkowo się zabezpieczyć, obie łodzie połączono za pomocą liny - ta z oficerami holowała tę z resztą uczestników. Niestety, i tak doszło do tragedii: jedna z jednostek znalazła się pod wodą. Relacja jednego z żołnierzy: “Wioślarze [...] wiosłowali ze wszystkich sił, lecz szliśmy pod wiatr, a łódź była prawie pełna. Była to chwila pełna grozy. 32 ludzi wznosiło wzrok z rozpaczą do nieba, a Bóg słuchał ich niemych i uroczystych modlitw. Wtem fala pokryła wszystko. Rozległo się kilka okrzyków i w ciągu paru minut widać było dzielnych pływaków walczących mężnie, lecz bezskutecznie z wściekłością fal".
Na domiar złego tonąca łódź zaczęła ciągnąć za sobą towarzyszkę wypełnioną oficerami. Łapiński, nie widząc w tym momencie innego wyjścia, podbiegł z toporem do liny holowniczej i ją przeciął - krok radykalny, ale chyba konieczny, i co najważniejsze, skuteczny. Później wspominał te chwile grozy: "powróz przyczepiony do wielkiej łodzi zabiera tył pierwszej na dół, zanurza go w wodę, podczas gdy przodek dębem się podnosi. Jeszcze sekunda, a wszyscy jesteśmy straceni. W tej chwili porywam topór leżący u nóg moich i z siłą i zręcznością, której w sobie się nie spodziewałem, przecinam linę, łódź się podnosi, majtkowie się wyprężają i odsadzamy od miejsca katastrofy". Co ważne, oficerowie ratowali siebie, ale nie zostawili kolegów w potrzebie - gdy dopłynęli do “Emilii" i powiadomili pozostałych o tragedii, ruszyła akcja ratunkowa. Niestety, nie udało się ocalić wszystkich - Bałtyk pochłonął 24 żołnierzy.
Katastrofa stanowiła de facto koniec wyprawy - ekipa Łapińskiego wycofała się na wyspę Gotlandię, gdzie wszystkich pozbawiono broni i internowano. Po pewnym czasie członkowie niedoszłej odsieczy trafili na szwedzką korwetę, która przetransportowała ich na wyspy brytyjskie. Tam zostali praktycznie pozostawieni sami sobie i trudno się dziwić gorzkim słowom Henryka Rougemonta, uczestnika opisywanych wydarzeń. W jednym z listów pisał: "Nie mam bielizny, spodni i płaszcza [...]. Zamoyski [generał Władysław Zamoyski, w trakcie powstania dyplomata w Wielkiej Brytanii] radzi nam zamiatać ulice w Londynie, ale nam to nie wypada. Ratujcie mnie, panie [...]! Ja chcę zginąć po bohatersku za Polskę, a nie umierać tutaj w nędzy". Bilans całej eskapady jest dramatyczny: do 24 ofiar należy dodać bezpowrotną stratę około 100 000 franków oraz dwóch ładunków broni i sprzętu wojennego.
Wyprawa od wodzą Łapińskiego to najtragiczniejszy epizod powstańczych działań na morzu, ale nie jedyny. Polacy działali także na Morzu Czarnym, szczególnie że po wojnie krymskiej (1853-1856) Rosja zobowiązała się do utrzymywania na tym akwenie wyłącznie jednostek patrolowych. Ponadto, morze zyskało status neutralnego, tym samym mogły na nie wpływać przeróżne statki, w tym polskie. Powstańcy nie zamierzali zmarnować tej szansy i w czerwcu 1863 port w Newcastle opuścił "Chesapeake" (na pokładzie m.in. 6 armat i 150 karabinów, dowódcą pułkownik Klemens Przewłocki). Niebawem jednostka pojawiła się na czarnomorskich wodach, a jej celem był rekonesans tutejszych rosyjskich sił. Gdy to zadanie udało się zrealizować, Przewłocki i jego ludzie ruszyli dalej - przez Stambuł i Trabzon dotarli do Czerkiesji, gdzie włączyli się w antyrosyjskie powstanie.
Marynarka od Szanghaju po Nowy Jork
Ambitniejsze akcje wymagały zaangażowania, a przynajmniej poparcia, mocarstw zachodnich, zatem nasi dyplomaci usilnie zabiegali o nie we Francji i Wielkiej Brytanii. Politycy obu europejskich potęg nie kwapili się jednak do interwencji w "kwestii polskiej", idących dalej niż słowne sympatyzowanie. Jeden ze współpracowników cesarza Napoleona III zakomunikował nawet księciu Władysławowi Czartoryskiemu, że na poważniejsze ruchy ze strony Paryża może liczyć tylko, jeśli przedstawi projekt “czegoś militarnie błyskotliwego". Zasugerował przy tym, że może to być np. zdobycie przez Polaków Odessy i Czartoryskiemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Wkrótce wrócił z gotowym planem, przewidującym, że Francuzi zorganizują statek wraz z załogą, który zatrzyma się w jednym z portów Dobrudży (kraina na terenie dzisiejszych Bułgarii i Rumunii). Tam do marynarzy dołączy 1500-2000 ochotników: Polaków i Kozaków, a kolejne etapy to atak na Odessę, przejęcie kontroli nad miastem i portem oraz wypady w kierunku Podola.
Pismo z opisem ekspedycji trafiło do cesarskich rąk, Napoleon III obiecał, że rozważy projekt i...tyle. Wprawdzie później francuscy politycy przekazali na “wyprawę odeską" 150 000 franków, ale jak stwierdza znawca styczniowego zrywu, profesor Stefan Kieniewicz, “było to ukryte odczepne, zamiast otwartej pomocy". Z czasem władze nad Sekwaną i nad Tamizą zadeklarowały, że polski rząd doczeka się realnej pomocy, jeśli zbuduje własną flotę. Ale to nie wszystko - flota ta musiałaby przestrzegać postanowień traktatu paryskiego, kończącego wojnę krymską. Zgodnie z nim, polskie statki miały pływać tylko pod oficjalną banderą, świadczącą o przynależności państwowej. W związku z tym, 1 lutego 1864 roku ogłoszono Przepisy Organizacji Sił Zbrojnych Morskich, głoszące m.in.: “Flaga statków [...] będzie dwukolorowa, biała i amarantowa z herbem państwa takim, jakiego Rząd Narodowy na pieczęciach swoich używa". Ów herb, zgodnie z ideą Rzeczpospolitej Trojga Narodów, przedstawiał trzy figury: Orła (symbolizującego Koronę), Pogoń (symbolizującą Litwę) i Archanioła Michała (symbolizującego Ruś).
Nowe prawo regulowało również kwestię munduru żołnierza polskiej marynarki wojennej. Wzór stanowiło tutaj umundurowanie francuskie, niemniej autorzy zapisów wprowadzili kilka narodowych akcentów. Marynarski uniform miał więc granatowy kolor, srebrne i amarantowe ozdoby, guziki srebrne, ale za to z państwowym herbem oraz koroną jagiellońską. Ale, ale - symbole polskości ważna rzecz, ale co z kadrami? Początkowo ich tworzeniem zajął się, wskazany przez Francuzów, komandor André Magnan. Jego morskie CV było z jednej strony imponujące, z drugiej nie mogło wzbudzać zaufania. Magnan miał bowiem w dorobku i handel niewolnikami, i rajdy pirackie, i epizod z przemytem broni. Przyszłość pokazała, że jego nominacja była jedną wielką pomyłką: wbrew wszelkim zasadom konspiracji ogłaszał się we francuskiej prasie komendantem polskiej marynarki, do tego okazał się zwykłym malwersantem. Jego miejsce szybko zajął zatem komandor podporucznik Władysław Zbyszewski (pseudonim “Feliks Karp").
Absolwent Akademii Morskiej w Petersburgu, zrobił karierę w carskiej flocie m.in. jako dowódca korwety “Ameryka". Utrzymywał jednak kontakty z polską konspiracją jeszcze przez styczniem 1863, a na wieść o wybuchu powstania nie miał wątpliwości, po której stronie się opowiedzieć. Rosyjski mundur zrzucił w Szanghaju, minęło więc trochę czasu, nim postawił swe kroki na paryskim bruku (Paryż przewidziano na centralny ośrodek sił morskich). Jak już jednak to zrobił, z miejsca przystąpił do działania i to jakże energicznego! Jako Główny Organizator Sił Morskich i Narodowych, doprowadził np. do utworzenia w Szanghaju, Melbourne, San Francisco i Nowym Jorku agencji prowadzących nabór do polskiej marynarki. To także Zbyszewski opracował przepisy dotyczące struktury floty, umundurowania, oznak stopni wojskowych itd.
Niestety, "Kiliński" - pierwszy okręt, który wypłynął na szerokie wody z polską flagą i marynarzami w polskich mundurach, zakończył swój rejs w ciągu dwóch tygodni. Dalszą drogę zablokowały mu hiszpańskie władze podczas postoju w Maladze w lutym 1864 roku. Nie dość, że aresztowały parowiec, to jeszcze przejęły jego wyposażenie (m.in. 14 dział, 150 karabinów, 150 rewolwerów i 400 szabel). Wraz z bronią przepadły szanse na budowę niepodległej marynarki, “w jakichkolwiek portach kuli ziemskiej, gdzie głos sprawiedliwości znajdzie uznanie" (fragment jednego z pism Zbyszewskiego). Na szczęście nie na długo - z fundamentów położonych przez “Karpia" i innych skorzystał po kilkudziesięciu latach Józef Piłsudski.
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: “Powstanie styczniowe 1863-1864. Wrzenie. Bój. Europa. Wizje" pod redakcją Sławomira Kalembki, “Powstanie styczniowe" Stefana Kieniewicza, “Przygotowania do wyprawy morskiej z Londynu na Litwę Teofila Łapińskiego w 1863 roku" Piotra Koprowskiego, “Powstanie styczniowe na morzu" Andrzeja Koteckiego, “Powstańcza flota" i “Wyprawa morska Teofila Łapińskiego" Sylwii Szarejko.