Minęło kilka minut. Każdy, kto miał tego dnia przybyć do Parku Ludowego, już to zrobił. Panuje ścisk. Powoli przechadzam się pomiędzy uczestnikami targu, ukradkiem robiąc zdjęcia prezentowanym przez nich ofertom. Następnie jedną z nich wrzucam do tłumacza i czytam:
"Mężczyzna, 40 lat, bez dzieci, magister prestiżowej uczelni, badacz w przedsiębiorstwie państwowym, zarabia ponad 50 tysięcy juanów miesięcznie, posiada własne mieszkanie, ojciec jest prezesem firmy prywatnej".
Nad kartką stoi dwoje starszych Chińczyków. To rodzice kawalera. Najpewniej zaniepokojeni tym, że ich syn - pomimo 40 wiosen na karku - wciąż nie założył rodziny. W filozofii Dalekiego Wschodu to afront.
- W Chinach do dzisiaj małżeństwo nie jest postrzegane jako dowód miłości, ale jako szansa na awans społeczny dwóch rodzin. Ogromny nacisk kładzie się więc na to, żeby rody były z tej samej półki, miały mniej więcej podobny stan posiadania. Kluczowe jest też oczywiście pochodzenie: Szanghajczycy raczej nie żenią się na zewnątrz - mówi mi Weronika Truszczyńska, mieszkająca w Szanghaju sinolożka, współautorka książki "Chiny Jednego Dziecka".
W chińskim porządku świata wyrazem rodzicielskiej troski o dziecko jest wyselekcjonowanie mu partnera lub partnerki życiowej. To przeciwieństwo kanonu zachodniego, w którym kwestie miłosne są sprawami indywidualnymi. A od ojców i matek oczekuje się zrozumienia oraz akceptacji dla dokonanego przez potomka bądź potomkinię wyboru.
- Podczas moich studiów w Szanghaju odbyła się bardzo ciekawa dyskusja pomiędzy nami, studentami. Pytaniem, od którego wyszliśmy, było: czy warto przeciwstawić się rodzicom w imię miłości? Każdy obcokrajowiec, który był w mojej grupie, powiedział, że jeśli ojciec i matka naprawdę kochają swoje dziecko, nie będą wskazywać mu, z kim ma żyć. Tymczasem Chińczycy widzieli tę sprawę zupełnie inaczej - ich zdaniem jeśli rodzic kocha, to zablokuje związek, który mu się nie podoba, bo właśnie to jest wyrazem miłości. Ta rozmowa szeroko otworzyła mi oczy na tę ogromną różnicę kulturową - podkreśla Truszczyńska.
Tymczasem ja idę dalej. Przysiadam na ławce, gdy widzę grupkę czterech osób żywo ze sobą dyskutujących. Przyglądam się tej scenie i dostrzegam coraz więcej szczegółów. Dwie kobiety trzymają w rękach wspomniane już karteczki. Pokazują sobie nawzajem poszczególne słowa, po czym wyciągają telefony. Wygląda na to, że zapisują swoje numery. Mężczyźni mówią mniej, ale na koniec podają sobie ręce.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie obserwowałem pierwszą fazę matrymonialnych negocjacji. Jest wstępne porozumienie. Teraz, być może, przyjdzie czas, aby poinformować o swojej selekcji dzieci. Tych bowiem, rzecz jasna, w Parku Ludowym nie ma.
- Na targu więcej do powiedzenia mają matki. To one szukają odpowiednich kandydatów czy kandydatek, zazwyczaj prowadzą też rozmowy i negocjacje. Rola ojców jest inna, są oni swego rodzaju czytnikiem, który ma zweryfikować, czy potencjalny partner nie będzie zbyt dominujący. Albo czy będzie wystarczająco odpowiedzialny - tłumaczy mi Kordian Jan Malinowski, który przez pięć lat mieszkał w Szanghaju.
Miałem szczęście móc obserwować taką scenę. Wbrew pozorom nie zdarzają się one bowiem zbyt często.
- Kilka razy w roku przechadzam się tam i widzę ciągle te same ogłoszenia. Zastanawiam się wtedy, czy faktycznie ci rodzice chcą znaleźć dzieciom partnerów, czy po prostu polubili taką formę spędzania wolnego czasu. Użycie aplikacji randkowej byłoby przecież zdecydowanie bardziej efektywne - wyjaśnia Weronika Truszczyńska.
A tych w Chinach nie brakuje. Jest nawet specjalna aplikacja, do której wpuszczani są tylko absolwenci najlepszych chińskich uczelni. Aby móc się tam zarejestrować, trzeba wysłać dyplom ukończenia jednej z nich. Wówczas można szukać partnera lub partnerki w swoim elitarnym gronie.
- Jeśli natomiast chodzi o targ, najczęściej jest tak, że jeśli rodzice znajdą już tam kandydata/kandydatkę, wówczas ich dzieci idą na randkę dla świętego spokoju. Sama poznałam kilka osób, które mówiły, że nie mają czasu na związek, ale żeby zadowolić rodziców, umawiały się na spotkania, z których później oczywiście nic nie wychodziło - dopowiada moja rozmówczyni.
Kordian Jan Malinowski jest jednym z nielicznych Polaków, którzy oferowali samych siebie na targu matrymonialnym w Szanghaju.
- Poszedłem kiedyś na targ i koordynatorka całego przedsięwzięcia zauważyła, że mówię po chińsku. Natychmiast zapytała mnie, czy jestem singlem i czy może nie chciałbym dopisać się na listę uczestników. Stwierdziłem, że może to być ciekawe doświadczenie, więc zgodziłem się - zaczyna opowieść Malinowski.
Jego oferta bez wątpienia przykuwała uwagę. Był jedynym niechińskim uczestnikiem targu. Turystów, którzy - podobnie jak ja - przechadzają się tam biernie, nie liczymy.
- Jedna Chinka zainteresowała się mną na poważnie i chciała zeswatać ze swoją córką. Podczas targu umówiliśmy się na kolejne spotkanie między mną a nią. Mieliśmy omówić szczegóły, a później miałem być już przedstawiony córce. Zamiast tego trzykrotnie spotkałem się jednak z matką, która wypytywała mnie o wszystko, ale nie czułem, że posuwamy się naprzód. Powiedziałem w końcu, że przyszedłem po konkrety, a ich nie było widać. Wtedy kontakt się zerwał. Swojej potencjalnej żony nigdy nie zobaczyłem - opowiada mój rozmówca.
- Mieszane małżeństwa europejsko-chińskie mają zdecydowanie więcej racji bytu, kiedy dwie osoby poznają się w Europie, a nie w Chinach. Dopiero poza granicami swojego kraju Chińczycy mogą bowiem odciąć się od presji rodziców i zyskać pełną decyzyjność - konkluduje swoją historię Kordian.
Po jednorazowej przygodzie na targu Malinowski dał sobie spokój. W Chinach nie brakuje jednak osób, które podejmują dziesiątki, a nawet setki prób założenia rodziny.
- Czasem poszukiwania partnera lub partnerki wyglądają, jakby były robione niemalże od linijki. Wiem, że są mężczyźni, którzy co tydzień spotykają się z kolejnymi kandydatkami. Czytałam też o dziewczynie, która w ciągu roku poszła na 150 randek, a po każdej z nich wpisywała dane potencjalnych partnerów do tabelki. Zapisywała wszystkie najważniejsze informacje: pochodzenie, zawód, adres zamieszkania, status materialny rodziców. Był tylko jeden problem. Nikt ze 150 kandydatów ostatecznie nie nadawał się. Wymagania były chyba zbyt wysokie - opowiada współautorka książki "Chiny Jednego Dziecka".
Dalej karmię wzrok. Dyskretnie tłumaczę sobie kolejne ogłoszenia, próbuję robić też zdjęcia i filmy ukazujące szerzej cały targ. Kiedy zauważa to jeden z uczestników, głośno i wyraźnie daje mi do zrozumienia, abym przestał. Mówi - a raczej krzyczy - w języku chińskim, ale doskonale rozumiem, o co mu chodzi.
Aby załagodzić sytuację, kłaniam się i pokazuję przepraszająco rękę. Sugeruję też, że za moment usunę nagrania z telefonu. W rzeczywistości odchodzę jednak po prostu kilkanaście metrów dalej i wciąż dokumentuję zjawisko. Reporterski zmysł nie pozwala mi zrobić inaczej.
- Takie reakcje mogą się zdarzyć, to nic dziwnego. Targi na ogół są spokojne, nie ma chamskich zachowań, natomiast niektórzy uczestnicy nie życzą sobie zdjęć i nagrań - mówi Kordian Jan Malinowski.
- Sporo Chińczyków wstydzi pójść na targ matrymonialny. Boją się, że przypadkiem zobaczy ich na przykład sąsiad i będzie z tego żartował - dodaje Weronika Truszczyńska.
***
Odwiedzając Szanghaj, a później pisząc niniejszy reportaż, nie potrafiłem - i nadal nie potrafię - jednoznacznie ocenić idei aranżowanych małżeństw. Choć podczas pracy nad materiałem zagłębiłem się w temat, w mojej głowie wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi.
Dlatego też postanowiłem, że zamiast zwyczajowego dla tej formy dziennikarskiej swoistego odautorskiego posłowia, tym razem tekst zamkną wypowiedzi moich rozmówców.
- Widziałam kiedyś badania, według których małżeństwa transakcyjne, które mają zadowolić przede wszystkim rodziców, są wbrew pozorom zgodne. Z drugiej jednak strony ludzie w nich będący pozostają uzależnieni od ojca i matki, którzy mogą ich szantażować. Na przykład poprzez odmowę zakupu mieszkania lub wstrzymania innego rodzaju pomocy materialnej - mówi Weronika Truszczyńska.
- To, że w Europie aranżacja małżeństw wypadła poza mainstream, nie oznacza, że w ogóle zaniknęła. To nadal się dzieje, zwłaszcza poza wielkimi miastami. Co do Chin - kulturowo młodzi ludzie wiedzą, że aranżacja małżeństw odbywa się regularnie, ale pewnie mają cichą nadzieję, że akurat ich to nie dotyczy - dodaje Malinowski.