Po wybuchu rewolucji lutowej w marcu 1917 roku (według kalendarza gregoriańskiego) car Mikołaj II został zmuszony do abdykacji. Wraz z żoną Aleksandrą Fiodorowną oraz pięciorgiem dzieci - Olgą, Tatianą, Marią, Anastazją i carewiczem Aleksym - początkowo przebywał w areszcie domowym w Carskim Siole pod Piotrogrodem. Rząd Tymczasowy rozważał wysłanie rodziny na emigrację, między innymi do Wielkiej Brytanii, jednak z powodów politycznych i obawy przed reakcją społeczeństwa plan ten nie został zrealizowany.
Tragiczny koniec i plotki o ocalałej córce
Po przejęciu władzy przez bolszewików w październiku 1917 roku sytuacja Romanowów uległa pogorszeniu. Zostali przewiezieni najpierw do Tobolska na Syberii, a wiosną 1918 roku do Jekaterynburga na Uralu. Tam umieszczono ich w domu kupca Ipatiewa, który bolszewicy nazwali "Domem Specjalnego Przeznaczenia". Warunki były coraz okropne. Carska rodzina miała ograniczony kontakt ze światem. Wyznaczano im godziny spacerów, które mogli odbywać jedynie przez krótki czas w małym, zamkniętym i ogrodzonym dziedzińcu pod nadzorem uzbrojonej straży. Okna w pokojach rodziny carskiej były zamalowane lub zabite deskami, co drastycznie ograniczało dostęp światła słonecznego, a budynek otoczono podwójnym wysokim płotem.
W lipcu 1918 roku wojska tzw. Białych, walczących z bolszewikami w wojnie domowej, zbliżały się do Jekaterynburga. Władze bolszewickie obawiały się, że rodzina carska zostanie odbita i stanie się symbolem kontrrewolucji. W tych okolicznościach podjęto decyzję o ich likwidacji. Nadal trwa spór, czy rozkaz wydał bezpośrednio Lenin i Jakow Swierdłow, czy też Uralska Rada Robotnicza, jednak większość badaczy uważa, że tak ważna kwestia nie mogła być w gestii lokalnych władz, więc o pozbyciu się carskiej rodziny musiało wiedzieć najwyższe kierownictwo bolszewików.


W nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku komendant domu, Jakow Jurowski, obudził rodzinę, tłumacząc, że z powodu walk w mieście trzeba przenieść ich do bezpieczniejszego miejsca. Mikołaj II niósł na rękach chorego Aleksego. Cała rodzina wraz z lekarzem Eugeniuszem Botkinem, pokojówką Anną Demidową, kucharzem Iwanem Charitonowem i lokajem Aleksiejem Truppem została sprowadzona do piwnicy.
Po krótkiej chwili Jurowski odczytał oświadczenie, że "w związku z tym, iż wasi krewni kontynuują atak na Rosję Radziecką, Uralski Komitet Wykonawczy postanowił was rozstrzelać". Mikołaj II zdążył jedynie zapytać: "Co? Co?". Natychmiast padły pierwsze strzały.
Egzekucja okazała się chaotyczna. Część wielkich księżnych miała wszyte w gorsety diamenty i inne kosztowności, które działały jak prowizoryczne kamizelki kuloodporne - pociski odbijały się od nich lub traciły siłę. W rezultacie niektóre ofiary dobijano bagnetami i kolejnymi strzałami.
"Powiedziałem wszystkim, by wstali. Zrobili to, zajmując całą szerokość ściany i jedną z bocznych ścian. Pokój był bardzo mały. Mikołaj stał odwrócony do mnie plecami. Oświadczyłem im, że Komitet Wykonawczy Uralskiej Rady Deputowanych Robotniczych, Chłopskich i Żołnierskich wydał rozkaz ich rozstrzelania. Mikołaj odwrócił się i zapytał. Powtórzyłem wyrok i wydałem rozkaz: pal!". Wystrzeliłem pierwszy, Mikołaj zginął na miejscu. Strzelanina trwała bardzo długo (…) Aleksy, Tatiana, Anastazja i Olga jeszcze żyli. Żyła też Diemidowa. Towarzysz Jermakow chciał zakończyć sprawę bagnetem. To się jednak nie udawało. Powód poznaliśmy później (córki miały na sobie brylantowe pancerze przypominające gorsety). Byłem zmuszony po kolei każdego rozstrzeliwać" - pisał Jako Jurowski w wyjątkowo chłodnej relacji, zachowanej w dokumentach.
Ciała wywieziono do lasu w okolicach Koptiaków. Sprawcy próbowali zatrzeć ślady: zwłoki rozebrano, oblano kwasem siarkowym, częściowo spalono i zakopano w kilku miejscach. Przez wiele dziesięcioleci władze radzieckie zaprzeczały pełnym okolicznościom zbrodni, a oficjalnie przyznawano się jedynie do śmierci Mikołaja II.
Dopiero po upadku Związku Radzieckiego rozpoczęto szeroko zakrojone badania. W 1991 roku odnaleziono główny grób, a badania DNA potwierdziły tożsamość większości ofiar. W 2007 roku odnaleziono szczątki carewicza Aleksego i jednej z jego sióstr. Analizy genetyczne, prowadzone między innymi z wykorzystaniem materiału DNA krewnych Romanowów, ostatecznie potwierdziły ich identyfikację.
Jednak jeszcze przez wiele lat po egzekucji Romanowów bolszewicy ukrywali szczegóły zbrodni. Nie było wiadomo, kto dokładnie zginął, ani też nie znano miejsca pochówku ciał. Panował ogromny chaos informacyjny. To stworzyło idealne warunki do powstawania spiskowych teorii, że jedno z carskich dzieci przeżyło.
Plotki o tym, że jedna z córek Mikołaja II uciekła przed egzekucją, krążyły w całej Europie. Nagminnie pojawiały się kolejne Anastazje, Olgi, Tatiany, Marie, które twierdziły, że uciekły z Jekaterynburga. Ich oszustwa jednak szybko wychodziły na jaw. Jednej tylko osobie udało się przekonać sporą rzeszę ludzi, do tego, że jest ocalałą Anastazją Romanową. A to dlatego, że długo milczała.


Tak narodziła się legenda
Wszystko zaczęło się 17 lutego 1920 roku w Berlinie. Młoda kobieta próbowała popełnić samobójstwo, skacząc do kanału Landwehr. Została uratowana i przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Nie miała przy sobie dokumentów, nie chciała zdradzić swojego nazwiska i przez wiele miesięcy niemal się nie odzywała. Personel nazywał ją po prostu "Nieznaną".
W szpitalu jedna z pacjentek stwierdziła, że tajemnicza kobieta przypomina Anastazję Romanową. Informacja o cudownie odnalezionej księżniczce zaczęła krążyć między personelem i pacjentami. Wkrótce do szpitala zaczęli przychodzić rosyjscy emigranci, którzy po rewolucji znaleźli schronienie w Berlinie. Niektórzy z nich byli przekonani, że kobieta przypomina najmłodszą córkę cara.
Początkowo "Nieznana", która kilka lat później przyjęła oficjalne nazwisko Anna Anderson, nie twierdziła jednoznacznie, że jest Anastazją. Dopiero z czasem zaczęła akceptować tę tożsamość, a następnie przedstawiała coraz bardziej rozbudowaną historię swojej rzekomej ucieczki z Jekaterynburga.
W 1927 roku sprawą zainteresował się Ernest Ludwik Heski, brat carycy Aleksandry Fiodorowny. Nie wierząc, że odnaleziona kobieta jest jego siostrzenicą, wynajął prywatnego detektywa Martina Knopfa. Ten przeprowadził niezwykle szczegółowe śledztwo, docierając do dokumentów policyjnych, szpitalnych oraz świadków z Pomorza i Berlina. Ustalił, że Anna Anderson w rzeczywistości nazywa się Franciszka Szankowska. Urodziła się w 1896 roku w okolicach Gdańska, w Borowym Lesie, w rodzinie rolnika. Gdy ojciec umarł, wyjechała do Berlina i była robotnicą w fabryce amunicji. Po ciężkim wypadku cierpiała na zaburzenia psychiczne. Detektyw przedstawił nawet osoby znające Franciszkę jeszcze przed jej zniknięciem. Jedna z przyjaciółek miała nawet opowiadać, że Franciszka uciekła z rodzinnego domu, bo jej relacje z ojcem były zbyt bliskie. Na dodatek zawsze opowiadała, że musi zmienić życie i kiedyś będzie kimś. Niestety dokumenty i relacje świadków na nic się zdały. Problem polegał na tym, że raport detektywa miał charakter prywatny a Knopf działał na zlecenie rodziny Romanowów, której zależało na uniknięciu wypłaty ogromnego spadku.


Przeciwnicy i zwolennicy odnalezionej
Wśród osób, które znały rodzinę Romanowów, nie było zgody co do tożsamości Anny Anderson. Jej nauczyciel języka francuskiego Pierre Gilliard oraz Sydney Gibbes po bezpośrednich spotkaniach nie uwierzyli w przedstawianą historię i uznali kobietę za oszustkę. Podobnie siostra cara, Olga Aleksandrowna Romanowa, po osobistej rozmowie stwierdziła, że Anna w niczym nie przypomina jej bratanicy.
Księżniczka Irena po spotkaniu przyznała, że wyobrażenie Anastazji, jaką pamiętała, było do niej łudząco podobne. Przy pożegnaniu ucałowała ją i obiecała napisać. Rzeczywiście napisała kilka listów, ale później korespondencja się urwała i w styczniu 1926 roku księżna zaprzeczyła, jakoby była to jej krewna. Do 1928 roku aż 12 członków rodziny Romanowów uznało ją za oszustkę.
Książę Feliks Jusupow, mąż księżniczki Ireny Aleksandrownej, napisał w liście do jednego z krewnych: "Twierdzę kategorycznie, że to nie Anastazja Nikołajewna, tylko awanturniczka, chora histeryczka i straszna aktorka. Po prostu nie mogę zrozumieć, jak ktoś może mieć co do tego wątpliwości. Jestem przekonany, że gdybyś ją zobaczył, wzdrygnąłbyś się z przerażenia na myśl, że ta straszna istota może być córka naszego cara".
Z drugiej strony nie brakowało osób głęboko przekonanych, że mają przed sobą prawdziwą carewiczównę. Franciszka Szankowska nie imponowała może znajomością wielkich wydarzeń historycznych, lecz przede wszystkim drobnych, codziennych szczegółów z życia Romanowów. To właśnie te drobiazgi zadecydowały, że wiele osób myślało, iż rzeczywiście była Anastazją.
Potrafiła opisywać pokoje w Pałacu Aleksandrowskim w Carskim Siole, wskazywać, gdzie znajdowały się schody, drzwi i poszczególne meble. Opowiadała o codziennym rytmie dnia Romanowów - wspólnych posiłkach, modlitwach, sposobie spędzania wieczorów oraz o tym, że dzieci nie były wychowywane w przesadnym luksusie. Wiedziała, że córki cara spały na prostych łóżkach polowych, brały zimne kąpiele i wykonywały codzienne obowiązki. Twierdziła, że pamięta rozmowy z ojcem, zabawy z rodzeństwem czy pobyt na jachcie parowym czy wakacje na Krymie.
Historycy są jednak zgodni, że trudno dziś rozstrzygnąć, ile z tych informacji znała od początku, a ile przyswoiła w ciągu kilkudziesięciu lat, obracając się w środowisku rosyjskich emigrantów.
Najbardziej znanym zwolennikiem Franciszki Szankowskiej vel. Anny Anderson był Gleb Botkin, syn osobistego lekarza cara Mikołaja II, Eugeniusza Botkina. Ojciec Gleba od 1908 roku opiekował się rodziną cesarską, zwłaszcza cierpiącym na hemofilię carewiczem Aleksym. Botkinowie często przebywali na dworze, a dzieci lekarza bawiły się z dziećmi cara. Gleb znał więc Olgę, Tatianę, Marię, Anastazję i Aleksego od najmłodszych lat.
"Przez dziesięć lat sądziłem - a raczej wiedziałem - że ona nie żyje. A teraz stała przede mną. Jej błyszczące, niebieskie oczy patrzyły prosto w moje oczy i jej drobna, piękna ręka, z długimi, szczupłymi palcami, zbliżała się do moich warg w tym jej niemal automatycznym geście, który tak dobrze znałem. Tak właśnie jej dłoń dotknęła niemal moich warg, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, gdyż chociaż byliśmy wtedy dziećmi - ona o jedenaście miesięcy młodsza ode mnie - to jednak była wielką księżną, córką mojego Imperatora, a ja tylko dziedzicznym szlachcicem Rosyjskiego Imperium. Tak więc oboje przestrzegaliśmy etykiety" - napisał Botkin o Anastazji w książce "Kobieta, która się znów narodziła".
Gleb do końca życia pozostał pewien jej prawdziwej tożsamości. Annę Anderson wspierało również kilku dalszych krewnych Romanowów oraz przedstawiciele rosyjskiej emigracji. Wszystkie mankamenty Anny, czy też brak wiedzy o pewnych faktach z życia carskiej rodziny zrzucali na jej stan zdrowia. Opierali się głównie na raporcie cenionego lekarza Lecznicy Mommsena w Berlinie Lothara Nobla, który przebadał Franciszkę Szankowską vel. Annę Anderson już w 1925 roku.
"Na pytania dotyczące jej przeszłości odpowiada powoli i z wahaniem, rozważa je przez dłuższy czas z wyrazem napięcia na twarzy i z trudem przychodzi jej przypominanie sobie nazwisk i nazw miejscowości. (…) Zdarza się również, że ona sama zapomina o wielu rzeczach, o których opowiedziała i kiedy ponownie o nich wspomina, dziwi się, skąd się o nich dowiedziałem... Trudno byłoby ostatecznie stwierdzić, w jakiej mierze ta utrata pamięci pozostaje w związku z ranami głowy, gdyż nie jest możliwe dokładne ustalenie, jak ciężkie były te rany. (…) Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, by jej wspomnienia uzależnione były od sugestii i by znajomość wielu pozbawionych znaczenia szczegółów można było przypisać czemukolwiek innemu, aniżeli jej własnym doświadczeniom. Bardzo małe jest też psychologiczne prawdopodobieństwo, aby ktokolwiek, kto z tego czy innego powodu odgrywa rolę kogoś innego, postępował tak, jak to czyni ta pacjentka, i przejawiał podobnie nikłą inicjatywę w realizacji swych planów" - pisał Lothar Nobel.
W latach 20. i 30. XX wieku Anderson stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet w Europie. Prasa regularnie relacjonowała kolejne spotkania z członkami rodziny Romanowów, wypowiedzi świadków i rozwój sporu. Każdy, kto twierdził, że ją rozpoznał lub przeciwnie - zdemaskował - trafiał na pierwsze strony gazet. Ją samą określano jako osobę, która miała w sobie tajemnicę.
James Blair Lovell, który poznał Annę Anderson, gdy już jako stara kobieta mieszkała w Charlottesville w stanie Wirginia, opisał jej wręcz hipnotyczną moc oddziaływania w swej książce pt. Anastazja, zaginiona księżniczka.
"Kiedy skoncentrowała na tobie swój wzrok, przyciągała cię do siebie natychmiast i całkowicie. Kolor jej oczu miał taką głębię, jak głębokie były jej cierpienia, ale widać w nich było także jakiś blask, jakieś światło; dostrzegało się w nich wyraz oczekiwania, taki jaki daje się zauważyć w oczach niemowląt, które dopiero co zaczęły patrzeć na świat. Ale nawet wtedy, gdy te swoje niezwykłe oczy kierowała wyraźnie na ciebie, jednocześnie widziała też wszystko, co się wokół niej działo. Jeśli oczy są naprawdę wrotami duszy, to z jej oczu wyczytać można było wielki smutek, a także głębokie zdziwienie".
30 lat walki w sądzie
Franciszka Szankowska tak bardzo uwierzyła w to, że może przekonać cały świat, iż jest zaginioną Anastazją, że w 1938 roku rozpoczęła postępowanie przed niemieckim sądem, domagając się oficjalnego uznania ją za wielką księżną Anastazję. W tle oczywiście było prawo do spadku po carze Mikołaju II. Batalia sądowa trwała z przerwami aż do 1970 roku, stając się jednym z najdłuższych postępowań cywilnych w historii niemieckiego sądownictwa. Podczas trwającego ponad trzy dekady procesu drobiazgowo analizowano niemal każdy element, w tym fotografie z dzieciństwa Anastazji, proporcje jej twarzy, kształt uszu, blizny, charakter pisma, znajomość języków, wspomnienia świadków oraz wiedzę o życiu na carskim dworze. Przesłuchano dziesiątki osób, z których jedne dostrzegały u Anny Anderson uderzające podobieństwo do Anastazji, a inne kategorycznie je wykluczały. Poważną przeszkodą była postawa samej zainteresowanej, która odmawiała odpowiedzi na wiele pytań, często wpadała w gniew, zmieniała wersje wydarzeń i nie potrafiła przekonująco opisać niektórych epizodów z dzieciństwa. Jednocześnie znała zaskakująco wiele szczegółów z życia Romanowów, co mocno utrudniało jednoznaczną ocenę.
Przez cały ten czas rzekoma Anastazja żyła na koszt swoich zwolenników. Gościła u nich albo mieszkała w domach opieki czy sanatoriach. Jedną z osób, które ją finansowały, a nawet zafundowały pobyt w Stanach Zjednoczonych, był pianista i kompozytor Siergiej Rachmaninow.
Ostatecznie w 1970 roku sąd wydał orzeczenie, które jednak niczego nie rozstrzygnęło. Sędziowie nie uznali Anny Anderson za Anastazję, ale też formalnie nie orzekli, że nią nie jest. Stwierdzono jedynie, że powódka nie przedstawiła dowodów wystarczających do udowodnienia swoich roszczeń, a zgodnie z niemieckim prawem to na niej spoczywał ciężar dowodu. Tak niejednoznaczny wyrok sprawił, że zwolennicy Anderson ogłosili sukces, a jej przeciwnicy - porażkę oszustki, przez co legenda żyła nadal.


Przełom w sprawie
Przełom nastąpił dopiero po śmierci Anderson w 1984 roku. Podczas operacji, którą przeszła w 1979 roku, zachowano fragment jej jelita, dodatkowo zachowały się próbki jej włosów. W latach 90. naukowcy porównali mitochondrialne DNA kobiety z materiałem genetycznym żyjących krewnych Romanowów, w tym osób z linii spokrewnionej z carycą Aleksandrą. Wyniki jednoznacznie wykluczyły jakiekolwiek pokrewieństwo. Zgodność wykryto natomiast po zestawieniu DNA Anderson z materiałem pobranym od Karla Mauchera, potomka siostry Franciszki Szankowskiej. Prawie pełna zgodność genetyczna ostatecznie potwierdziła, że Anna Anderson była w rzeczywistości polską robotnicą.
Mimo że wyniki badań DNA zostały potwierdzone przez kilka niezależnych laboratoriów i są powszechnie uznawane za rozstrzygające, część najbardziej zagorzałych zwolenników Anderson nie zmieniła zdania, twierdząc, że próbki pomylono lub sfałszowano. Dziś jednak współczesna nauka nie pozostawia wątpliwości, definitywnie kończąc jeden z najsłynniejszych sporów o tożsamość w historii XX wieku.
Na dodatek w 2007 roku archeolodzy odkryli niewielki grób oddalony o kilkadziesiąt metrów od miejsca pochowania cara Mikołaja II. Znajdowały się w nim szczątki dwojga młodych osób. Badania DNA przeprowadzone przez kilka niezależnych laboratoriów wykazały, że należały one do carewicza Aleksego oraz jednej z jego sióstr. Ostatecznie potwierdzono, że odnalezione szczątki należą do Anastazji. Badania genetyczne udowodniły, że żadna z córek Mikołaja II nie przeżyła egzekucji.
Nadal jednak historia Franciszki Szankowskiej nie daje odpowiedzi na jedną niezwykle frapującą zagadkę - w jaki sposób córce rolnika z Borowego Lasu udało się zdobyć poufne informacje z życia carskiej rodziny?
