Łańcuch i beton
Koh Chang, trzecia co do wielkości wyspa Tajlandii. Jej nazwę tłumaczy się jako "Wyspa Słonia", ze względu na to, że swoim kształtem przypomina głowę tego zwierzęcia - choć słonie nigdy nie występowały w tych okolicach jako gatunek wolnożyjący. Idę po zakupy do lokalnego sklepu, gdy dość nieoczekiwanie trafiam na coś w rodzaju zagrody. Betonowa wylewka, dach z blachy falistej i solidne pnie podtrzymujące konstrukcję, na których stoją charakterystyczne siedziska do wożenia turystów.
Przywiązane łańcuchami, które dyndają im na szyi, słonie stoją we własnych odchodach. W hamaku drobny mężczyzna buja się leniwie, paląc papierosa i patrząc w ekran smartfona. Nie jest zbyt chętny, aby porozmawiać. Zwierzęta kołyszą się na boki, machają trąbami, kiwają głowami. Co jakiś czas mężczyzna wstaje i rzuca słoniom liście ananasa. Nie każde zwierzę potrafi jednak sięgnąć po jedzenie, ponieważ łańcuchy znacznie ograniczają ruchy. Pomruki niezadowolenia przecinają powietrze.
Zaglądam tu każdego dnia idąc do sklepu. Czasem stanowiska są puste, czasem widzę mężczyznę jadącego na słoniu przez ulice miasteczka. Niezależnie od znaków i przepisów, słoń, nawet na najbardziej ruchliwej drodze, ma pierwszeństwo. Zawsze. Słonie pojawiają się też na plaży obok największych hotelowych kurortów. Turyści chętnie podchodzą do zwierząt, siadają im na trąbach, robią sobie zdjęcia. Opiekun stoi z boku, w ręku dzierży hak zamocowany na drewnianej żerdzi; obok kilkuletnie maluchy stawiają zamki z piasku. Wprowadzanie słoni na ulice miast i wykorzystywanie ich do żebractwa zostało w Tajlandii zakazane przez prawo w 2009 roku, jednak takie obrazki wciąż nie są rzadkością. Zwierzęta najczęściej widać przy drodze, często unieruchomione, wystawione na słońce, wpisane w krajobraz, niemal jak element infrastruktury.
Gdy w okolicy pytam o słonie, ludzie nie mówią zbyt wiele. - Nie jest im tam źle, oni czasem nawet biorą je na spacer do dżungli - mówi mi kobieta spotkana w lokalnej komunikacji. - Słonie są drogie, więc muszą na siebie zarobić - tłumaczy mężczyzna, którego zagaduję w sklepie. - Muszą być uwiązane, inaczej zdemolowałyby miasteczko - słyszę od kogoś innego. - Za bardzo się przejmujesz. Wy w tej Europie myślicie innymi kategoriami. Tu ludzie żyją w gorszych warunkach niż te słonie - pada jeszcze.


Słoń jaki jest, każdy widzi
W Tajlandii słonie symbolizują władzę, siłę i spokój. Są nierozerwalnie związane z buddyjską sztuką i architekturą, dla Tajów są też symbolem narodowej tożsamości, ściśle powiązanej z historią kraju. Pod koniec XVII wieku tajski król dysponował armią 20 tys. wyszkolonych słoni bojowych. Dziś na wolności, głównie w 16 kompleksach leśnych i na 91 obszarach chronionych, żyje tu około 4 tys. osobników. Drugie tyle znajduje się w rękach prywatnych.
Od początku XX wieku w Tajlandii wykarczowano 70 proc. lasów. Do pracy używano perfekcyjnych robotników - silnych i wytrzymałych słoni. Niewolnicza praca i eksploatacja ponad miarę, wyniszczała nie tylko ziemię, ale i zwierzęta, nieprzystosowane do przerzucania i ciągnięcia za sobą ton drewna dziennie. Brak pożywienia i wody skutkował chorobami układu pokarmowego i niedożywieniem, a w konsekwencji - powolną śmiercią. Dzikich słoni było jednak dużo, każdego można więc było zastąpić kolejnym.
Słonie pociągowe, słonie rozrywkowe
Rok 1989 stanowił punkt zwrotny dla sytuacji słoni w Tajlandii. Z powodu gwałtownego wylesiania kraju wprowadzono wówczas całkowity zakaz komercyjnej wycinki lasów. Decyzja ta z dnia na dzień pozbawiła pracy tysiące udomowionych zwierząt oraz ich opiekunów (mahoutów), którzy przez pokolenia od wieków wykorzystywali siłę olbrzymów do transportu drewna tekowego.
Bez dostępu do lasów i środków na kosztowne utrzymanie zwierząt, właściciele musieli szukać nowych form zarobku. Stało się to bezpośrednią przyczyną masowego zaangażowania słoni do pracy w przemyśle turystycznym. Zwierzęta, które wcześniej pracowały w trudnym terenie leśnym, trafiły do obozów oferujących przejażdżki, do cyrków oraz na ulice miast, gdzie zmuszano je do żebractwa jako "atrakcje" do zdjęć.
Ten nagły zwrot stworzył fundamenty pod dzisiejszą sytuację, w której niemal 4 tys. słoni żyje w niewoli. Mimo zakończenia pracy w lesie ich status prawny nie uległ zmianie - od czasów ustawy z 1939 roku wciąż są klasyfikowane jako zwierzęta pociągowe, co czyni je własnością prywatną i komplikuje państwowe działania ochronne. Z drugiej strony niszczenie upraw przez słonie to jeden z najpoważniejszych konfliktów na linii człowiek-zwierzę w tym kraju. Kurczące się naturalne siedliska i wycinka dżungli pod plantacje sprawiają, że głodne stada w poszukiwaniu pożywienia regularnie wkraczają na tereny rolnicze.


Phajaan, czyli łamanie duszy
W Tajlandii bywałam wielokrotnie, ale ten pierwszy raz pamiętam doskonale, głównie dlatego, że właśnie wtedy na żywo zobaczyłam słonie, które uratowano z post-leśnego systemu przemysłu turystycznego. W położonym na północy sanktuarium w Chang Mai, w którym ratuje się słonie, z kilkumiesięczną córką, zawiązaną w chuście, patrzyłam na opiekunów zajmujących się tymi łagodnymi olbrzymami i płakałam, słuchając opowieści o procesie, który nazywa się "phajaan", co znaczy tyle, co "łamanie duszy". To mroczny fundament, na którym opierał się cały przemysł rozrywkowy wykorzystujący słonie w Tajlandii. Bez tego brutalnego procederu żadna jazda na grzbiecie, malowanie obrazów trąbą czy występy cyrkowe nie byłyby możliwe.
Proces zaczyna się od odebrania kilkumiesięcznego słoniątka matce, gdy zwierzę wciąż potrzebuje jej mleka do przeżycia. Mały słoń zostaje uwięziony w ciasnej drewnianej klatce lub skrzyni, której rozmiary są tak dobrane, aby uniemożliwić mu jakikolwiek ruch, obrót, a nawet wyprostowanie się. To fizyczne unieruchomienie jest pierwszym etapem łamania oporu.
Przez kolejne tygodnie słoniątko jest głodzone, pozbawiane wody i snu, co prowadzi do skrajnego wycieńczenia. Oprawcy używają bullhooków - metalowych haków zakończonych ostrzem, którymi biją i kłują zwierzę w najbardziej wrażliwe miejsca: za uszami, w głowę i trąbę. Często dochodzi też do bicia kijami i innych form przemocy, aż opór zwierzęcia zostaje złamany.
Celem phajaan jest wywołanie tak silnego strachu, by słoń stał się całkowicie uległy. Gdy przestaje reagować, pojawia się mahout, który podaje wodę i jedzenie, budując więź opartą na zależności i wcześniejszej traumie. Od tej chwili zwierzę wykonuje polecenia, a sam widok haka wystarcza, by przywołać pamięć przemocy.
Skutki tego procesu są nieodwracalne. Słonie, które przeszły phajaan, cierpią na zespół stresu pourazowego, wykazują apatię lub wykonują charakterystyczne ruchy, takie jak rytmiczne kiwanie głową. Za każdym "magicznym" zdjęciem z wakacji czy przejażdżką w koszu, kryje się to ciche cierpienie narodowego symbolu Tajlandii, o którym turyści często nie mają pojęcia.
Zaklinaczka słoni
Na północy Tajlandii działa Saengduean "Lek" Chailert, znana na całym świecie jako "zaklinaczka słoni". Osoba, której życie stało się synonimem walki o godność i wolność azjatyckich gigantów. Jej przydomek "Lek" oznacza po tajsku "malutka", co odnosi się do jej filigranowej postury, lecz stoi w jaskrawej sprzeczności z potęgą zmian, jakie zapoczątkowała w podejściu do ochrony zwierząt.
W 1995 roku Lek założyła w prowincji Chiang Mai Elephant Nature Park, tworząc pierwszy w tej części świata model etycznego sanktuarium typu "observation-only", w którym słonie mogą po prostu być sobą. Ośrodek ten stał się bezpieczną przystanią dla ślepych, okaleczonych przez miny lądowe oraz straumatyzowanych dekadami ciężkiej pracy w leśnictwie i przemyśle turystycznym zwierząt. Lek, jako pionierka, odrzuciła tradycyjne, oparte na bólu metody tresury i kontroli, takie jak proces "Phajaan" czy używanie metalowych haków, udowadniając, że więź ze słoniem można zbudować na fundamencie zaufania i miłości.
Jej działalność wykracza poza granice Tajlandii. Poprzez Save Elephant Foundation wspiera projekty w Kambodży, Laosie i innych krajach regionu. W czasie pandemii pokazała swoją niezwykłą determinację, tworząc gigantyczny bank żywności, który podczas gdy przemysł turystyczny zamarł, ratował przed głodem prawie połowę udomowionych słoni w kraju. Cena, jaką płaci za swój aktywizm, jest wysoka. Lek od lat mierzy się z nienawiścią branży rozrywkowej, groźbami śmierci, a nawet wykluczeniem ze strony własnej rodziny, która uznała ją za zdrajczynię narodowych tradycji. Mimo to jej odwaga została doceniona na najwyższych szczeblach - magazyn "Time" ogłosił ją "Bohaterką Azji", a prezydent Francji Emmanuel Macron wręczył jej insygnia Legii Honorowej.
Pomiędzy etyką a greenwashingiem
Na południu kraju trafiam do Samui Elephant Kingdom. Miejsce jest własnością Chokchaia Rueangsriego. Pochodzący z rodziny, która od trzech pokoleń zajmuje się hodowlą słoni, Rueangsri zrezygnował z ich wykorzystywania w rozrywce i trekkingu, aby stworzyć miejsce, w którym zwierzęta odnajdą spokój.
Najstarsze rezydentki urodziły się w 1971 roku, najmłodsze zaledwie 11 lat temu. W większości pochodzą z północy kraju. Historia znowu się powtarza. Zwierzęta ciężko pracowały w przemyśle drzewnym, nosiły turystów na plecach, albo zabawiały ich cyrkowymi sztuczkami. Skuwane łańcuchami, w okrutny sposób tresowane do posłuszeństwa, nauczyły się rezygnacji, wiedząc, że każdy, najmniejszy akt oporu, będzie wiązał się z bólem, gdy zaczepiony na końcu masywnego kija metalowy hak przebije ich skórę. Doszło do tego, że sam widok narzędzia tortur wystarczał by robiły to, co kazał człowiek.
A człowiek kazał tańczyć, malować, grać w piłkę. Zakładał na grzbiet ławkę, która niszczyła kręgosłup, miażdżyła tkanki i sprawiała, że kręgi się zapadały i wsadzał tam roześmianych ludzi, których ciężar deformował delikatne, nieprzystosowane do ciężaru kręgi. Dziś te uratowane z obozów pracy i koszmarnych warunków słonie żyją w sanktuarium, jednym z wielu, jakie znaleźć można w Tajlandii i równocześnie jednym z niewielu, które nie oferuje zabaw ze zwierzętami, ich kąpieli i wymuszonego dotyku.


- Dlaczego je tu trzymacie, zamiast wypuścić na wolność? - pytam przewodnika i opiekuna zwierząt, Anuchita Omthonglanga, który już po chwili każe mi mówić do siebie po prostu "Bon". - Urodziły się i żyły w niewoli, nie poradziłyby sobie na wolności. Były podejmowane takie próby - tłumaczy. - Słonie, które spędziły życie z ludźmi, nie posiadają instynktów ani umiejętności niezbędnych do samodzielnego radzenia sobie w dziczy. Nie potrafią same znajdować odpowiedniej ilości pożywienia czy chronić się przed naturalnymi zagrożeniami.
- Do tego brakuje odpowiednio rozległych i bezpiecznych obszarów, na których słonie mogłyby żyć bez ingerencji człowieka. W ciągu ostatnich kilku dekad zniszczono aż 2/3 naszych dżungli. Ludzie stale budują nowe osiedla i zajmują coraz więcej ziemi, co zmusza dzikie słonie do migracji do innych krajów. Najczęściej uciekają do Chin - dodaje, kiedy stojąca obok nas majestatyczna słonica Im Boon wyciąga trąbę w stronę mojej, dziś już nastoletniej, córki. - Wychowały się wśród ludzi, gdy czują się bezpiecznie, zachowują się czasem jak duże psy - śmieje się Bon. Spacerujemy po wysokim pomoście obserwując słonie przechadzające się wśród drzew. Mają do dyspozycji hektary bujnych lasów i łąk, naturalne źródło wody i staw, w którym mogą się swobodnie kąpać, wtedy, gdy mają ochotę, a nie wtedy, gdy trzeba to zrobić z płacącymi za usługę turystami.
- Stadami zawsze dowodzą najstarsze i najbardziej doświadczone samice - mówi Bon, wskazując na grupę słonic. - Na wolności samce są wypędzane z grupy po osiągnięciu dojrzałości i odtąd żyją samotnie. Dlatego staramy się tutaj odtworzyć takie struktury stada. W miejscach takich jak to, zwierzęta separuje się z jeszcze jednego powodu - nie chcemy, by się rozmnażały. To bardzo inteligentne i wrażliwe stworzenia, potrafią rozpoznać swoich towarzyszy nawet po ponad 20 latach rozłąki, mają wysoki poziom empatii i opłakują zmarłe osobniki. Widziałem płaczące słonie, to widok, który potrafi złamać serce - dodaje mężczyzna.
- Utrzymanie słonia wiąże się z bardzo wysokimi kosztami, które są pokrywane głównie dzięki środkom z biletów wstępu, wolontariatu i darowizn. Koszt jedzenia dla jednego zwierzęcia waha się pomiędzy 120 a 200 zł dziennie. Każdego dnia słoń zjada bowiem od 200 do 500 kg roślin - traw, bambusa, kukurydzy i owoców i wypija nawet 200 litrów wody. Dodatkowo, słonie trafiające do sanktuarium mają często problemy zdrowotne oraz fizyczne uszkodzenia ciała po minach i hakach, co wymaga specjalistycznego leczenia i stałego nadzoru medycznego. Każde zwierzę ma też dedykowanego opiekuna - wylicza Bon.
W Tajlandii działa obecnie ponad 50 miejsc tego typu. Część z nich, mimo deklaracji, wciąż jest przykrywką dla okrutnego biznesu odzianego dla niepoznaki w miłe opisy i ładne zdjęcia. Jak odróżnić miejsca przyjazne zwierzętom i nastawione na ich dobrostan od tych, w których liczy się tylko zysk? - Etyczne sanktuaria zabraniają jazdy na słoniach i zabaw z nimi, nie pokazują sztuczek i nie zmuszają do kąpieli z turystami. Zamiast tego umożliwiają obserwację zwierząt z bezpiecznej odległości i edukują - wylicza Bon. - Warto też zwrócić uwagę na to, czy opiekunowie nie mają w ręku bullhooków, a zwierzęta nie wykazują oznak stresu. Lokalizację placówek, które naprawdę niosą pomoc, można też sprawdzić na listach etycznych miejsc przygotowywanych przez organizacje zajmujące się ochroną zwierząt - dodaje.


Cena komfortu
Sanktuaria, są tworzone w pobliżu miejsc popularnych wśród turystów, głównie na północy i południu kraju. Choć ich misja ratowania zwierząt jest szczytna, a koszty utrzymania uzasadniają cenę biletów wstępu oscylującą wokół 100 dolarów (około 400 zł), trudno oprzeć się wrażeniu, że to nadal rodzaj ZOO, dla niepoznaki ubranego w język troski. W oficjalnych narracjach mówi się o ratowaniu, ochronie i nowym początku. W praktyce ten sam system, który przez dekady wykorzystywał słonie do pracy w lesie i przemyśle turystycznym, nie znika, a często zmienia tylko język i estetykę. W kraju, w którym 84 proc. ludności zarabia miesięcznie mniej niż 1600 zł, ów bilet za 100 dolarów nabiera szczególnego znaczenia. Dla odwiedzających to nie tylko cena za bliskie spotkanie ze słoniem, ale również opłata za komfort płynący z przekonania, że ich obecność służy szczytnemu (?) celowi.
