W rok 1939 polscy radiowcy mogli wkraczać z wysoko podniesionym czołem. Słuchalność najpopularniejszych audycji, takich jak “Wesoła Lwowska Fala" z legendarnym duetem sympatycznych włóczęgów, batiarów - Szczepciem (w tej roli Kazimierz Wajda) i Tońciem - (Henryk Vogelfänger) sięgała bowiem już kilku milionów osób, a na tym nie koniec. Wielkimi krokami, czy może raczej falami zbliżał się milionowy abonent: ostatecznie został nim w połowie stycznia Czesław Nowak, wójt gminy Drohomirczany (ówczesne województwo stanisławowskie, obecnie Ukraina). Takiego radioodbiorcy nie można było pozostawić bez prezentu i, jak donosił “Ilustrowany Kuryer Codzienny", mężczyzna został nagrodzony książeczką oszczędnościową z wyłożoną już kwotą 4000 zł. Nie zapomniano też o abonentach numer 999 999 i 1 000 0001 - oni otrzymali po 1000 zł.
Dla nadwiślańskiej radiofonii ważniejsze były jednak inne tysiące. Ot, chociażby 1500 słuchowisk Teatru Radiowego, który przybliżył Polakom literacką klasykę, polską i zagraniczną. Albo 500 000 słuchaczy rodem z Wielkiej Brytanii, którzy spędzali minuty, a czasem i godziny na wsłuchiwaniu się w muzykę płynącą z II RP. To nie pomyłka - takim zasięgiem i takim zainteresowaniem cieszyło się przedwojenne polskie radio. Plany zaś były jeszcze ambitniejsze, włącznie z rozbudową sieci rozgłośni regionalnych. W 1939 roku własnymi ośrodkami radiowymi mogły pochwalić się Warszawa (stacje I i II), Łódź, Kraków, Poznań, Lwów, Katowice, Toruń, Wilno i Baranowicze. 1 września do tej listy miał dołączyć Łuck, ale zamiast nowych dźwięków, na Rzeczpospolitą spadły niemieckie bomby.


Dotarcie pierwszych oddziałów Wehrmachtu w okolice stolicy (8 września) zbiegło się z zamilknięciem Warszawy I. Ambasador RP w Turcji, Michał Sokolnicki notował: “W głośnikach zabrakło znanej, wyraźnej, spokojnej mowy. Warszawa na przedziałkach radia pozostała pusta, był tylko sam aparat trzeszczący, z którego wyjęto duszę". Na posterunku pozostała Warszawa II, będąca od połowy września praktycznie jedyną czynną rozgłośnią w Polsce. To z niej cywile i żołnierze dowiadywali się, że Hel wciąż się broni, to ona informowała Europę (po angielsku, francusku i niemiecku), że Warszawa pozostaje dalej w polskich rękach, to na jej antenie prezydent Stefan Starzyński informował warszawiaków i nie tylko o zbrodniczych nalotach niemieckich najeźdźców, “współczesnych Hunów". Nic dziwnego, że radio doczekało się wiersza-pomnika autorstwa Jerzego Jurandota. Co więcej, utwór zadebiutował w eterze jeszcze przed kapitulacją stolicy.
Gdzie? W stacji będącej bohaterem dzieła, odczytał je legendarny konferansjer międzywojnia, Fryderyk Járosy. “Tu mówi Warszawa druga! [...] nie ta dawna, szukająca szczęścia w alkoholu, w piosence i w tańcu, [...] ale druga: ta o mocno zaciśniętych pięściach, Warszawa barykad i szańców, zawzięta, twarda, uparta i wyniosła jak chorągiew na maszcie" - takie słowa usłyszeli, i z pewnością zapamiętali, warszawianie. Jeszcze bardziej wryły im się w pamięć przemówienia Starzyńskiego, szczególnie ostatnie z 23 września, o Warszawie “u szczytu swej wielkości i chwały", “otoczonej kłębami dymu, rozczerwienionej płomieniami ognia". Opuszczając niebawem radiowy gmach, prezydent stolicy nie mógł przypuszczać, że właśnie wygłosił swój polityczny testament. Jego myśli biegły już zapewne do innych ulic i dzielnic miasta, w kierunku rozgłośni zmierzał za to Władysław Szpilman.
Tułaczka radiowców, nieogolony Starzyński i Szpilman przy fortepianie
Slalom od bramy do bramy, a w powietrzu pęd, na szczęście odległych, pocisków - tak wyglądała droga pianisty do radia. Tu jednak nagrodą były nie sympatia kibiców, laurowe wieńce i medale, a przeżycie. Ile trwała ta przeprawa przez warszawskie podwórka, wśród śmietników i trzepaków, możemy się tylko domyślać, ale niech wystarczy fakt, że bohater filmu Romana Polańskiego do domu wracał ponad dwie godziny. Gdy natomiast dotarł wreszcie do Warszawy II, w wejściu stanął Starzyński: “brudny, nieogolony, w oczach i w rysach twarzy miał wyraz śmiertelnego znużenia". Panowie tylko się minęli, nie było czasu na rozmowy, a chwilę później Szpilman siedział już przed fortepianem i grał na żywo utwory Fryderyka Chopina. Jak później wspominał: “Pociski rozrywały się co chwila o kilka metrów od rozgłośni. Obok płonęły domy. Wśród huku ledwo słyszałem dźwięk własnego fortepianu". Kompozycje płynące spod jego palców były przedostatnim muzycznym akcentem na falach stołecznej stacji.
Jako ostatniego utworu (jeszcze tego samego dnia), radioodbiorcy mogli posłuchać jednego z koncertów Siergieja Rachmaninowa. Dzieło rosyjskiego artysty nie miało jednak szans w starciu z niemieckimi bombami, które po południu spadły na warszawską elektrownię. Przymusowe wyłączenie prądu nie mogło ominąć radia i o 15:15 Warszawa II przestała nadawać. Nie na długo, bo redaktorzy mieli do dyspozycji radiostacje krótkofalowe, ale 28 września władze miasta i dowództwo obrony ogłosiły kapitulację. 30 września w eterze zabrzmiał ostatni komunikat: “Halo, halo. Czy nas słyszycie? [...] Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienia przesyłamy żołnierzom walczącym na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła! Niech żyje Polska!". Potem informację powtórzono po angielsku (zrobił to Jeremi Przybora) i francusku, a na koniec został nadany “Mazurek Dąbrowskiego". Polskie Radio miało powrócić do Warszawy dopiero 9 sierpnia 1944 roku, już w trakcie powstania.


Nie mniej dramatyczne były losy Radia Lwów, w tym zespołu “Wesołej Lwowskiej Fali". Odkąd 10 września pracowników rozgłośni (zarówno artystycznych, jak i technicznych), zmobilizowano, tworząc z nich oddział propagandowy Wojska Polskiego, rozpoczęła się tułaczka radiowców. Nieliczni, jak spikerka Celina Nahlik, zostali na miejscu (“wytrwam do ostatniej chwili, jak marynarz", ale wcale nie siedzieli bezczynnie w studiu nagrań. Zajęli się za to zabezpieczeniem żywności zgromadzonej w radiowych magazynach i słusznie, bo potencjalnych rabusiów nie brakowało. Ostatecznie skrzynki z konserwami czy worki z mąką i cukrem trafiły do rodzin pracowników radia, przed złodziejami uchroniono także wyposażenie techniczne (w tym sprzęt z Warszawy), warte 1 500 000 złotych. Przynajmniej do momentu nadejścia Sowietów...
Tymczasem radiowcy, którzy ruszyli w drogę, nie pozostali długo w służbie wojskowo-propagandowej. W momencie agresji ZSRR znajdowali się na tzw. przedmościu rumuńskim i, nie mogąc się doczekać kolejnych rozkazów, zdecydowali się przekroczyć granicę. Niebawem, w Bukareszcie rozpoczął się nowy etap w ich życiu zawodowym: zamiast “Wesołej Lwowskiej Fali", nastał “Zespół artystyczny YMCA Lwowska Fala". Nad całością czuwał były kierownik artystyczny “Wesołej...", Wiktor Budzyński, a Vogelfänger, Wajda i spółka występowali już nie przed aparaturą radiową, a polskimi cywilami i żołnierzami. Na rumuńskiej scenie pojawili się po raz pierwszy 14-15 listopada i pozostali nad Dunajem do marca. Grafik mieli wypełniony po brzegi, zaliczając po 2, a czasem i 3 występy dziennie, w przeróżnych miejscach: od teatrów i domów kultury, przez koszary, po koncerty pod chmurką. Wszędzie witani i żegnani burzą oklasków.


"Wrócimy tam, gdzie nasz dom, gdzie nasz kraj kochany..."
Choć Rumunię od krakowskiego rynku czy ulic Torunia dzieliły dziesiątki i setki kilometrów, publiczność słuchająca skeczów i piosenek “Zespołu Artystycznego..." mogła się poczuć niemal, jak pod Wawelem czy w grodzie Kopernika. Na przykład wtedy, gdy Włada Majewska - piosenkarka “Wesołej Lwowskiej Fali", po wojnie związana z Radiem Wolna Europa - prezentowała wiersz “25 słów". Wbrew tytułowi, stanowił on rozwinięta opowieść o podróży bohatera po całej Polsce, odwiedzającego wyżej wspomniane miasta, ale też m.in. Łódź i, oczywiście, Lwów. Recytacji towarzyszył celowy zabieg Budzyńskiego: gdy Majewska wygłaszała fragment dotyczący danego miasta, dajmy na to Torunia, równolegle w tle płynęły dźwięki znanych melodii odnoszących się do “piernikowej stolicy". Z reszty repertuaru warto wspomnieć o utworze “Wrócimy", stanowiącym zwieńczenie programu. Widzowie otrzymywali od zespołu kartki z tekstem i wraz z nim śpiewali: “Wrócimy tam, aby zerwać ojczyźnie kajdany, Wrócimy tam, gdzie nasz dom, gdzie nasz kraj kochany...".
Rumuńska przygoda Budzyńskiego i jego artystów zakończyła się w marcu 1940, gdy przenieśli się nad Sekwanę. We Francji nie zabawili jednak długo, klęska tamtejszej armii w starciu z Wehrmachtem zmusiła ich do ewakuacji na wyspy brytyjskie. Konkretnie do Szkocji, gdzie zostali dokooptowani do I Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka. W międzyczasie lwowianie po raz kolejny zmienili nazwę, tym razem na “Polową Czołówkę Teatralną Nr 1 Lwowska Fala". Podobnie, jak w Rumunii, występowali tam, gdzie przebywali Polacy: w ośrodkach kultury, ale i szpitalach, a zdarzały się i występy przed żołnierzami na polanach i po lasach. Tak samo, jak krajobrazy zmieniały się też państwa, gdyż artyści (podlegający teraz Ministerstwu Spraw Wojskowych) podążali szlakiem wyznaczonym przez postępy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Szkocja, Francja, Belgia, Holandia itd. - niestety, wraz z kolejnymi kilometrami coraz bardziej rozchodziły się drogi Vogelfängera i Wajdy.
Z jednej strony przyczyniło się do tego pogarszające się zdrowie odtwórcy roli Szczepcia. Wskutek dolegliwości związanych z kręgosłupem więcej czasu niż na scenie spędzał w szpitalnym łóżku, a do tego doszła druga kwestia, ambicjonalna. Wajda w momentach, gdy czuł się lepiej, chciał bowiem mierzyć się z poważniejszymi artystycznymi wyzwaniami, np. grając w dramatach, a nie wygłaszając żartobliwe dialogi wespół z Vogelfängerem. Tak mówił dziennikarzowi Tadeuszowi Fabiańskiemu: “Wszystko ma swój koniec [...]. A tu, jak widzisz, dostaję brawa za swoje recytacje i za swoje role, nie muszę koniecznie trzymać się Szczepka. Może bym zresztą jeszcze przez jakiś czas go [się] trzymał, ale współpraca z Heniem coraz bardziej się nie klei". Szczepcio i Tońcio powrócili jeszcze z sukcesem na sceniczne deski w 1944 roku, w ramach skeczu “Przy telefonie".
Odwoływał się on do wojennych realiów: obydwaj jako żołnierze (Tońcio w roli kandydata na szkolenie wojskowe, Szczepcio pracownika kancelarii naczelnego dowództwa), toczyli rozmowę telefoniczną na temat udziału Tońka w specjalistycznym kursie. Mundury i lwowska gwara okazały się przepisem na każdorazowy zachwyt widowni, ale był to w zasadzie początek końca legendarnego duetu. Niestety, nie znamy daty ostatniego występu Vogelfängera i Wajdy jako batiarów, ale z każdym kolejnym miesiącem po zakończeniu II wojny światowej nad dywizją Maczką, a w konsekwencji i nad “Polową Czołówką Teatralną" zbierały się coraz ciemniejsze chmury. Wreszcie, w 1947 roku jednostka uległa rozwiązaniu, a artyści “Czołówki" pożegnali się z publicznością 17 listopada, programem “Trzymaj fason". To było ostatnie, nie tylko sceniczne, spotkanie Vogelfängera i Wajdy: pierwszy pozostał na emigracji (pracując m.in. jako nauczyciel), drugi wrócił do komunistycznej Polski. Odnalazł się nawet z powrotem w eterze, jako członek sekcji rozrywkowej Polskiego Radia, prowadzący m.in. audycję “Przy sobocie po robocie".


Od Bejrutu do Paryża, od Bagdadu po Londyn
Osobny rozdział w II-wojennych dziejach naszej radiofonii stanowią zagraniczne audycje. To historia złożona z wielu kart, obejmująca po jednej stronie programy nadawane okazjonalnie w stacjach rozsianych po Bliskim Wschodzie, od Kairu, przez Bejrut i Teheran, po Bagdad. Po drugiej mamy radiowe zespoły działające najpierw w Paryżu, a potem w Londynie. Nad Sekwaną można było emitować polskie dźwięki od grudnia 1939, ale nadzieje radiowców na antenowy rozwój brutalnie przerwała inwazja III Rzeszy. Gdy marsz żołnierzy pod znaku swastyki ku Paryżowi trwał w najlepsze (czerwiec 1940), przemówienie - jak okazało się później, ostatnie na francuskiej ziemi - wygłosił premier i naczelny wódz, Władysław Sikorski. W niezbyt komfortowych warunkach: “zjeżdżało się w dół okropnie rozklekotaną windą, a dalej się szło kilkaset metrów po niezabezpieczonych złączach drutów i kabli [...], wreszcie dochodząc do “studia", wielkości budki telefonicznej. Stała w nim ławeczka do siedzenia, a na bardzo wąskiej półeczce stał mikrofon", polski przywódca apelował do rodaków o wiarę w polskiego żołnierza i końcowe zwycięstwo aliantów.
Sikorski przemówił niemal w ostatniej chwili, 11 czerwca, bo już 3 dni później po paryskim asfalcie defilowały przez Hitlerem wojska Wehrmachtu, a z odbiorników i głośników leciało “Deutschland, Deutschland über alles". W związku z tym, nowym centrum polskiego życia radiowego stał się Londyn, aż do cofnięcia przez Brytyjczyków uznania dla rządu Tomasza Arciszewskiego (5 lipca 1945). W ciągu tych kilku lat pracownicy, skupieni w Sekcji Polskiej BBC i Radiu Polskim, niejednokrotnie pozostawali w słodko-gorzkich nastrojach. Niech za komentarz posłuży wypowiedź kierownika Działu Radiowego Ministerstwa Informacji i Dokumentacji, Józefa Kisielewskiego: “Na audycje mówione językiem polskim nie mieliśmy żadnego wpływu. Anglicy nam dyktowali, myśmy wykonywali [...]. Jestem bezsilny".
Cenzura stosowana przez Brytyjczyków sprawiała, że informacje kierowane do okupowanego kraju często, zamiast treści najeżonych faktami, przypominały raczej ogólnikowe apele, podnoszące na duchu. Nietrudno zgadnąć, że irytowało to słuchaczy, co znajdowało odbicie m.in. w listach do ministra informacji, Stanisława Strońskiego. Autor jednego z nich donosił, że ludzie oczekują wiadomości ze świata, zwłaszcza poświęconych polskiej armii i polskiemu wychodźstwu, a nie "pogadanek partyjno-kaznodziejskich". Angielskie zabiegi cenzorskie to zresztą nie tylko blokowanie konkretnych informacji, np. o Sowietach, ale i pewnych rodzajów treści - przykładem niedopuszczenie do odmawiania na antenie prawosławnych modlitw w językach: polskim, ukraińskim i białoruskim. Inny to próba wyrzucenia do kosza, nagranego już, wystąpienia Stanisława Grabskiego (przewodniczącego Rady Narodowej) z okazji rocznicy bitwy warszawskiej.
Brytyjskie władze argumentowały, że “[nadanie przemówienia jest] niepożądane w obecnej chwili, kiedy stosunki Wielkiej Brytanii z Rosją nie są najlepsze. Nadanie z Londynu mowy, święcącej zwycięstwo nad Rosją w 1920 r., byłoby uważane przez Moskwę za solidaryzowanie się Anglii z tym obchodem i mogłoby przez nią być wyzyskane jako pretekst". Ostatecznie nagranie wyemitowano, ale nie w rocznicę - 15, a 16 sierpnia i o niespecjalnie atrakcyjnej godzinie, 07:20. W miarę pogarszania się pozycji Polski w obozie alianckim Anglicy szli jeszcze dalej i w styczniu 1944 spikerzy BBC, zgodnie z wytycznymi Foreign Office, informowali, że “propozycje sowieckie [dotyczące granicy Polski i ZSRR na linii Curzona] dają jedyną możliwość rozwiązania [tego] problemu".
Redakcja Radia Polskiego pożegnała się ze słuchaczami 5 lipca 1945 roku - w dniu uznania przez Londyn (a także Waszyngton), zdominowanego przez komunistów, Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Tym samym emigracyjny gabinet jednego z liderów Polskiej Partii Socjalistycznej, Tomasza Arciszewskiego przestał być podmiotem w stosunkach międzynarodowych. Prowadzący ostatnią audycję Radia, Czesław Halski i Ryszard Kiersnowski, zakończyli ją zaś słowami: "Wierzymy głęboko i niezmiennie, że historia Polskiego Radia nie została jeszcze zapisana do ostatniej karty. Wierzymy w to tak głęboko, jak w prawdziwie wolną i prawdziwie demokratyczną Polskę [...]. Trzeba wierzyć tak, jak wierzyli nasi ojcowie w latach niewoli, jak kazał wierzyć narodowi polskiemu największy wygnaniec i pielgrzym - Adam Mickiewicz. Baczność żołnierze! Niech żyje Prezydent Rzeczypospolitej! Niech żyje Polska!".
Radio w biało-czerwonym podziemiu
Na koniec przenieśmy się z powrotem do Polski, która, mimo okupacji, nie funkcjonowała w radiowej próżni. W pierwszych miesiącach wojny wyróżniało się zwłaszcza, pozostające wtedy w litewskim władaniu, Wilno, gdzie działało kilka konspiracyjnych rozgłośni. Wiemy o co najmniej 3 wileńskich stacjach, nadających w latach 1939-1940 i stanowiących na tamten moment jedyny polski radiowy głos w kraju. Pierwszą z nich - o nazwie “Wolność" - założyli członkowie Organizacji Polski Walczącej (OPW) w grudniu 1939. W ciągu kilku tygodni zdążyli nadać 4 programy, każda audycja zaczynała się od powitania “Halo, Halo! Tu Polskie Radio Wilno!", a potem następowały komunikaty podawane przez spikera. Informacje miały różnorodny charakter: odbiorcy mogli dowiedzieć się z nich zarówno o bieżących faktach, np. powrotach polskich żołnierzy z radzieckiej niewoli, wysłuchać apeli o nieprzyjmowanie litewskiego obywatelstwa, jak i zostać adresatem bożonarodzeniowych życzeń.
Niestety, na trop radiowców wpadli funkcjonariusze litewskiej policji bezpieczeństwa, Saugumy i na początku 1940 roku Polacy z OPW zostali aresztowani. Na domiar złego Litwini zdołali zabezpieczyć dowody medialnej konspiracji: w mieszkaniu inżyniera Tadeusza Dąbrowskiego znaleźli rozłożony na części nadajnik oraz notatki z obliczeniami elektrotechnicznymi. W tej sytuacji kowieński sąd nie miał litości: OPW-owcy zostali skazani na kary więzienia, np. Dąbrowski miał spędzić 2 lata za kratkami. Wiemy, że istniały jeszcze podziemne rozgłośnie “Pantera" i “Paris Rod", w których informowano o tym, co dzieje się na ziemiach polskich (szczególnie o zbrodniach niemieckich) oraz na świecie (o ataku ZSRR na Finlandię, o pójściu na dno krążownika “Admiral Graf Spee" itd.). Emitowano nawet kazania katolickie po polsku.
Zajęcie Wileńszczyzny, najpierw przez Armię Czerwoną, potem przez Wehrmacht zmieniło jednak sytuację o 180 stopni. Totalitarne mocarstwa dysponowały o wiele sprawniejszymi służbami niż Litwa i w tych warunkach nie było mowy o intensywniejszej aktywności radiowej nad Wilią. Tymczasem w centralnej Polsce, przede wszystkim w Warszawie, radiowcy włączyli się w ruch oporu już jesienią 1939. Podejmowali się przeróżnych zadań: od zapewnienia osobom ściganym przez Niemców konspiracyjnych lokali i podrobionych dokumentów, przez ukrywanie sprzętu radiowego (np. stacji nadawczej w jednym z budynków Politechniki Warszawskiej), po prace przygotowawcze do rozpoczęcia działalności Polskiego Radia po wyzwoleniu. W ramach tych ostatnich opracowano np. powojenną strukturę organizacyjną rozgłośni, plany otwarcia nowych stacji lokalnych, wykazy potrzebnego wyposażenia technicznego i propozycje kursów dla pracowników PR.
Z kolei od sierpnia 1942 w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej funkcjonował referat radiowy. Zespół kilkunastu osób z jednej strony zbierał poezję i prozę do późniejszego wykorzystania na antenie (swoją twórczość poetycką przekazał m.in. Czesław Miłosz), z drugiej tworzył archiwum tekstowe i płytowe. Znalazły się w nim - udostępnianie tak przez twórców z Warszawy, jak i spoza stolicy - dzieła z zakresu literatury faktu, wiersze i opowiadania (poświęcone wojnie i okupacji), a także płyty z pieśniami patriotycznymi. Ponadto, Polacy zbudowali od podstaw podziemne studio nagraniowe, w którym utrwalali piosenki dotyczące AK. Wreszcie, w trakcie powstania warszawskiego nadawały 2 ekipy radiowe: “Błyskawica" i Polskie Radio Warszawa. Tylko ta druga wyemitowała podczas walk o stolicę 122 audycje po polsku i 77 po angielsku - łącznie 66 godzin dźwięku, którego zapis tekstowy zajął około 1000 stron...
Wspomniany już Ryszard Kiersnowski, który poprowadził pożegnalny program Radia Polskiego w Londynie, napisał w 1948 roku wiersz “Rzeczpospolita". Jego bohaterami są ojciec i syn, którzy rozmawiają o przyszłości Polski i Warszawy. Fragment: “[Ojciec:] “Pójdziemy wtedy [...] W południe na Plac Zamkowy, I jak dwu gapiów zadrzemy Otumanione dwie głowy. Na wieży zamkowej proporzec Mignie nam biało-czerwono, A na nim będzie nasz orzeł, To znaczy, że będzie z koroną. Powiem Ci wtedy krótko, Streszczając słowa do zdania: Tu mieszka Rzeczpospolita, Którą przywiózł Prezydent z wygnania". Życzenie poety stało się faktem tuż przed Bożym Narodzeniem 1990 roku, gdy ostatnia głowa państwa polskiego na uchodźstwie, Ryszard Kaczorowski, przekazał prezydentowi Lechowi Wałęsie - właśnie na Zamku Królewskim - insygnia państwowe II RP.
