Premiera serialu o wspólnocie Bogdana Kacmajora uruchomiła falę bolesnych wspomnień. W czasach świetności Nieba w kraju panowała atmosfera niepokoju. Rodzice ostrzegali dzieci nie tylko przed "obcymi z narkotykami", ale przede wszystkim przed werbunkiem do sekt. Temat był na tyle palący, że regularnie pojawiał się w ówczesnych mediach i produkcjach telewizyjnych, w których podkreślano, jak łatwo młodzi ludzie mogą wpaść w sidła podejrzanego towarzystwa.
Zagrożenie ze strony Antrovisu wydawało się jednak znacznie mroczniejsze niż "tylko" utrata majątku czy zerwanie więzi z rodziną. Grupa ta do dziś kojarzona jest z makabrycznymi teoriami pozbawianiu ludzi organów i krwawymi rytuałami.
Fundamentem wierzeń Antrovisu była skomplikowana kosmogonia. Członkowie stowarzyszenia wierzyli, że Słowianie przybyli na Ziemię z planety Atlanta. Według nauk Mielnika osiedlili się oni na terenach dzisiejszej Polski blisko osiem miliardów lat temu jako strażnicy "kanonu dwunastu praw uniwersalnych". Nie byli jednak sami. W tym samym czasie na Ziemię mieli przybyć Hebrajczycy z planety Hebro, pełniący rolę strażników wolnej woli.
Obie cywilizacje rzekomo trwały w odwiecznym konflikcie, który zagrażał stabilności całego kosmosu. Rozwiązanie miało nadejść do roku 2000 - to Polanie mieli pojednać zwaśnione rasy. Cena za pokój była jednak niezwykle wysoka, a wizja przyszłości - katastroficzna. Wyznawcy guru wierzyli, że nadchodzącą Apokalipsę poprzedzi totalny chaos energetyczny. Ocalenie czekało jedynie garstkę wybranych. Mielnik, czerpiąc z symboliki biblijnej, głosił, że przetrwa jedynie 144 000 najwierniejszych osób o najwyższych wibracjach.
Planowano wielką ewakuację na pokładzie statków kosmicznych, które miały zabrać ludzi na planetę Mirinda. Priorytet był ściśle określony: kosmiczna flota miała w pierwszej kolejności uratować wspomniane 144 000 osób rasy białej, ze szczególnym uwzględnieniem Polaków jako "narodu wybranego". W dalszej kolejności statki miały podjąć od 400 000 do 600 000 osób innych ras. Kluczowe postacie ruchu oraz osoby o "silnym polu bioenergoelektrycznym" miały opuścić Ziemię ze szczytu góry Ślęża (uważanej przez sektę za potężny czakram ziemi) jeszcze w latach 90.
Edward Mielnik, były palacz kotłów, swoją drogę do miana guru rozpoczął od bioenergoterapii i radiestezji. To połączenie idealnie trafiało do ludzi zagubionych, szukających sensu w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Początkowo sesje odbywały się w ukryciu, jednak na początku lat 90. Mielnik wyszedł z cienia, prezentując filary swojego stowarzyszenia szerokiej publiczności.
Co ciekawe, Mielnik twierdził, że całą tę kosmiczną wiedzę posiadł dzięki wizjom Matki Boskiej. To ona miała mu nakazać ratowanie Słowian jako narodu wybranego. Kontakt z cywilizacjami pozaziemskimi utrzymywano poprzez kobiety wprowadzane w modlitewny trans. Wyznawczynie, z zamkniętymi oczami, miały łączyć się z odległymi galaktykami. Gdy "rozmowa" z kosmitami przybierała niekorzystny obrót, guru instruował, jak zniszczyć obcych za pomocą "kul energii".
Do Antrovis trafiali różni ludzie. Członkami sekty byli nie tylko zbuntowani nastolatkowie czy osoby z problemami natury psychicznej. Wśród wyznawców znajdowali się lekarze, politycy i dziennikarze. Do członkostwa w grupie po latach przyznała się między innymi posłanka Barbara Labuda. Większość osób piastujących wysokie stanowiska starała się jednak później dystansować od kontrowersyjnej działalności stowarzyszenia. Grażyna Grabowska, pełniąca funkcję prezesa zarządu, broniła grupy nawet po jej oficjalnym rozwiązaniu, twierdząc, że działalność była jawna, a oskarżenia o hipnozę - bezpodstawne.
Mielnik utrzymywał dyscyplinę, stosując techniki manipulacji i strachu. Podobnie jak Kacmajer w Niebie (który nakazał wiernym rezygnację z używania polskich znaków), Mielnik wprowadzał dziwaczne restrykcje. Wmawiał wyznawcom, że są obserwowani przez "szaraków" - porywaczy narządów. Ludzkie organy, a szczególnie jądra, miały rzekomo służyć jako napęd dla UFO lub lekarstwo dla kosmitów.
W latach 90. przez Polskę przeszła fala plotek o samookaleczeniach członków sekty. Wyznawcy kultu mieli także odmawiać skorzystania z pomocy medycznej. Nigdy nie ujawniono, co działo się z usuniętymi narządami.
Mężczyźni nie tylko żyli z wizją utraty jąder, ale także skazani byli na wyczerpującą pracę fizyczną. Mogli także zapomnieć o fizycznych uciechach, seks dozwolony był jedynie dla kobiet i Edwarda Mielnika. To guru sekty mógł prowadzić rozwiązłe życie seksualne, a kobiety, które się na to godziły, mogły liczyć na lepsze traktowanie.
Edward Mielnik i jego wspólnicy mieli radykalne podejście do dzieci i macierzyństwa. Jak ustaliło Himavanti, wrocławski guru zabraniał rodzenia dzieci już od 1984 roku, a najbardziej zaangażowanym wyznawczyniom miał doradzać usuwanie ciąży. Dlaczego?
"(...) Rzekomo już od początku 1984 roku miały się z kobiet rodzić same bioroboty, które nie są ludźmi, a maszynami biocybernetycznymi (...). Edward Mielnik wielu kobietom nakazywał usuwać ciąże z powodu noszenia złego płodu będącego biorobotem, a wiele kobiet z jego sekty panicznie boi się ciąży i urodzenia biorobota (tłumiąc naturalną potrzebę macierzyństwa)" - przytacza ustalenia Bractwa Zakonnego Himavanti autor bloga SeCzytam.
Najczarniejsza karta historii Antrovisu wiąże się z losami 18-letniego Andrzeja Cieleckiego z Warszawy. Chłopak, zafascynowany ufologią, szybko wsiąkł w struktury grupy, którą poznał dzięki czasopismom. Sam pasjonował się zjawiskami paranormalnymi już wcześniej, więc działalność stowarzyszenia wydała mu się szczególnie atrakcyjna. Rodzice początkowo nie zwrócili uwagi na powiązanie nastolatka z sektą. Działalność grupy uznali po prostu za niewinny klub dający chłopakowi możliwość wymiany poglądów.
Z czasem zachowanie Cieleckiego drastycznie się zmieniło: izolował się, porzucił naukę i ostrzegał rodzinę przed zatrutym jedzeniem. Większość dnia spędzał zamknięty w swoim pokoju. Gdy zapowiadany przez Mielnika koniec świata na maj 1992 roku nie nadszedł, Andrzej przeżył załamanie psychiczne. Jednocześnie zwątpił mocno w idee głoszone przez Antrovis.
W poniedziałek, 1 marca 1993 roku Andrzej Cielecki wyszedł do szkoły. Zabrał ze sobą podręczniki, plecak, wszystkie niezbędne przedmioty. Do celu nigdy jednak nie dotarł. Mimo szeroko zakrojonych poszukiwań, do dziś nie wiadomo, co się z nim stało.
Tego samego roku, w sierpniu, zaginął także 16-letni chłopiec powiązany z grupą Antrovis. Nastolatek miał uwierzyć, że w 1994 roku nastąpi ewakuacja w kosmos. Do mediów nie dotarły szczegóły dotyczące tego przypadku. Los 16-latka pozostaje nieznany, a sprawa nie została oficjalnie wyjaśniona, a śledztwo zostało umorzone w 1996 roku.
"W sierpniu 1993 roku zaginął 16-latek po tym jak kontakty z ‘Międzynarodowym Centrum Odnowy Ludzi i Ziemi - ANTROVIS"’ przekonały go o ewakuacji w kosmos; według Policji bez wieści zaginęły też dwie inne osoby związane ze stowarzyszeniem; znane są również przykłady tajemniczych okaleczeń oraz odmowy leczenia" - czytamy w "Raporcie o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce", wydanym w 2000 roku przez Międzyresortowy Zespół do Spraw Nowych Ruchów Religijnym.
Sam Antrovis oficjalnie zakończył swoją działalność w 1993 roku. Edward Mielnik twierdził, że stowarzyszenie spełniło już swoją misję. Nie wspominał jednak, że miały zmusić go do tego polskie władze. Nieoficjalnie natomiast sekta zdawała się działać nadal, z tym, że już nieco bardziej dyskretnie.
O Antrovis znowu zrobiło się głośno w kwietniu 1995 roku. To właśnie wtedy z Odry wydobyto okrutnie okaleczone ciało mężczyzny. Sekcja zwłok wskazywała, że jądra denata zostały usunięte z chirurgiczną precyzją. Szybko ustalono, że ciało wydobyte z rzeki to Bogusław T., który w przeszłości miał powiązania z ruchem Antrovis i wielokrotnie uczestniczył w jego spotkaniach. Nic więc dziwnego, że szybko zaczęto łączyć członków sekty z zamordowaniem mężczyzny. To dramatyczne wydarzenie do dziś uchodzi za jeden z najbardziej sensacyjnych epizodów powiązanych z Antrovisem.
Bogusław T. był nauczycielem WF-u mieszkającym w Niemczech. Kontakt z kontrowersyjnym stowarzyszeniem nawiązał za pośrednictwem polskiej diaspory.
"Żona ofiary zeznała, iż mąż często jeździł na szkolenia do różnych ośrodków sekty i wracał z nich bardzo zmieniony. Według niej, panicznie czegoś się bał i głosił, że wkrótce nastąpi koniec świata. Tylko członkowie Antrovisu mieli być z tego kataklizmu uratowani" - tak opisywano w prasie zeznania bliskich mężczyzny po znalezieniu jego działa w Odrze.
Bogusław T. szybko zaczął odczuwać bolesne skutki kontaktu z sektą. Miał się skarżyć żonie na uciążliwe bóle głowy, a po poddaniu się hipnozie poczuł się jeszcze gorzej. Wówczas zabrano go do psychologa, który ostatecznie przekonał go do zerwania kontaktu ze stowarzyszeniem założonym przez wrocławskiego guru.
W lutym 1995 roku Bogusław T. wrócił do Polski w odwiedziny do swoich krewnych. Niestety, nigdy nie dotarł na miejsce. Jego krewni zgłosili zaginięcie, a ojciec prześledził nawet trasę pociągu, którym podróżował syn i zweryfikował, że mężczyzna nie wysiadł na żadnej ze stacji na trasie Warszawa-Szczecin.
Sprawa zamordowania Bogusława T. została objęta dochodzeniem, ale ostatecznie śledztwo umorzono. Prokuratura nie wykazała jednoznacznego udziału Antrovisu w zabójstwie. Przesłuchiwano chirurgów powiązanych z sektą, ale to nie doprowadziło do niczego. Sam Edward Mielnik twierdził, że nigdy nawet nie poznał zamordowanego mężczyzny, a wszelkie zarzuty skierowane w stronę swojego stowarzyszenia uważał za oszczerstwa.
Sprawa Bogusława T. wywołała ogromne poruszenie w całym kraju i sprawiła, że ludzie zaczęli pałać nienawiścią do Antrovisu.
"Po tym tajemniczym ’wypadku’ na policję zaczęły zgłaszać się inne osoby, które twierdziły, iż zostały w większy lub mniejszy sposób przez Antrovis pokrzywdzone" - relacjonowano wówczas w prasie.
Po tych wydarzeniach Antrovis rozwiązał się ponownie, tym razem po cichu i rzekomo po raz ostatni. Rzekomo, ponieważ nie brakuje głosów, że sekta nadal działa, tym razem jednak w podziemiu. Nie ma żadnych oficjalnych wieści na temat stowarzyszenia wyznającego kult UFO od 1998 roku, chociaż w 2018 roku pojawiły się informacje o blogu prowadzonym rzekomo przez pozostałych wyznawców. Niewielka grupka ma trzymać się z dala od mediów i nie werbować nowych członków.
Nie wiadomo, jak potoczyły się losy Edwarda Mielnika. W 1997 roku napisał i wydał książkę "Koniec Boga, początek człowieka". W swoim dziele kontynuował idee propagowane przez Antrovis. Według publikacji prasowych, wrocławski guru miał na zawsze zniknąć z przestrzeni publicznej wraz z rozwiązaniem ruchu. Nie ma potwierdzonych informacji o jego działaniach publicznych, działalności duchowych czy jakichkolwiek innych wystąpieniach po rozpadzie Antrovisu. Jeżeli żyje, ma dziś 85 lat.