Reklama

Niewolnictwo stało się lejtmotywem mojej wyprawy do Afryki Zachodniej. W Senegalu odwiedziłem Goree - wyspę, która przez lata służyła jako punkt przeładunkowy dla kolonialnych potęg. Krzywda wyrządzona tam przez białego człowieka była tak duża, że setki lat później w to miejsce pielgrzymował papież Jan Paweł II i w imieniu Europejczyków uderzał się w pierś.

- Jest to dramat cywilizacji, która nazwała się chrześcijańską. Wyspa Goree, symbol zwiastowania Ewangelii wolności, stała się, niestety, również symbolem strasznego obłędu tych, którzy z tylu naszych braci i sióstr, którym miała być głoszona Ewangelia wolności, uczynili niewolników - mówił przywódca Kościoła Katolickiego.

Reklama

Kiedy opuściłem Goree i płynąłem z powrotem do Dakaru, w głowie miałem plątaninę myśli. Na pierwszy plan wysuwała się ta jedna, najsilniejsza: cieszę się, że mój kraj nie ma w swojej historii tak brutalnego epizodu.

Ale czy aby na pewno?

Zacząłem zgłębiać temat. Oczywiście znałem mniej więcej historię naszych kolonialnych zakusów wycelowanych w Madagaskar. Szukałem jednak dalej i dalej. Tak wpadłem na trop Wyspy Kunta Kinteh.

W zbiorowej świadomości funkcjonuje ona jako dawna faktoria transatlantyckiego handlu niewolnikami. Wspomina się o roli Holendrów i Anglików, którzy z tego małego pasa ziemi na samym środku majestatycznej rzeki Gambia utworzyli centrum kierowania zbrodnią przeciwko ludzkości. Mnie zainteresowało jednak coś innego. Mianowicie: same początki fortu. Początki, które wiążą tę historię z królem Polski Władysławem IV Wazą.

Polski król dał zgodę na kolonizację

Jest rok 1647. Rzeczpospolita Obojga Narodów utrzymuje największy w swojej historii zasięg terytorialny. Oprócz pełnoprawnych ziem, ma też lenna. Jednym z nich jest Księstwo Kurlandii i Semigalii (na terenie dzisiejszej Łotwy). Zarządzający nim Jakub Kettler cieszy się sporą autonomią, król Władysław IV nie ingeruje przesadnie w wewnętrzne sprawy lennika.

Kiedy więc Kettler zgłasza się do władcy, informując go o swoich kolonialnych planach, ten przyjmuje je do wiadomości i wyraża na nie zgodę. Władysław IV nie zaprząta sobie głowy didaskaliami - ma ważniejsze sprawy do załatwienia. Przede wszystkim: przygotowania do kolejnej odsłony wojny z Turcją.

Lennik nie traci czasu. Pierwotnie próbuje dogadać się z Holendrami na wspólną wyprawę kolonialną, ale ostatecznie nie dochodzi z nimi do porozumienia. Postanawia więc działać na własną rękę. Wysyła dwa okręty pod dowództwem majora Heinricha Focka na ekspedycję do Afryki Zachodniej.

26 stycznia 1651 roku Kurlandczycy pozyskują małą wyspę leżącą na rzece Gambia. Kupują ją od tubylczego króla i nadają nazwę Fort Jakob - na cześć Jakuba Kettlera. Rozpoczyna się budowa posterunku handlowego i podstawowych udogodnień. Jednocześnie kolonizatorzy wchodzą też w posiadanie skrawka lądu na brzegu - Jillifree - oraz wyspy Banjol.

Stało się. Kurlandia oficjalnie ma swoje terytoria zamorskie. A skoro jest lennikiem króla Władysława IV, oznacza to, że kolonia należy do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak stanowi ówczesne prawo lenne.

Kurlandczycy prowadzili handel niewolnikami

Kurlandczycy szybko rozpoczynają handel niewolnikami. Są jednak sprytni - ich ofiarą nie padają mieszkańcy najbliższych państewek. Z nimi kolonizatorzy utrzymują dobre, a niekiedy wręcz bardzo dobre relacje. To jeden z priorytetów samego Jakuba Kettlera, który zalecił swoim ludziom pozyskiwanie niewolników z odleglejszych terenów. W tym pomagają kupcy Diula, którzy sprowadzają jeńców z głębi lądu.

W ten sposób Kurlandczycy zapewniają sobie spokój. Nie boją się rebelii. Ba - mogą wręcz liczyć na pomoc i współpracę ze strony lokalsów. Kiedy apetytu na Fort Jakoba nabierają Holendrzy, zaprzyjaźnieni afrykańscy władcy ruszają z wojskowym wsparciem dla oddziałów Kettlera. Ten potrafi im się odwdzięczyć. Traktuje tubylczych królów na równi z europejskimi elitami, obsypując ich drogocennymi podarunkami. Ponadto poleca swoim rodakom uczyć się miejscowego języka i tutejszych tradycji. Afrykańczycy doceniają te gesty.

Kettler nie siłą, a rozmową prowadzi też chrystianizację podległego mu terytorium. Powstaje kościół luterański, do którego zapraszani są lokalni mieszkańcy. Król jednego z gambijskich państewek buduje z Kurlandczykami na tyle silną więź dyplomatyczną, że wysyła poselstwo do Mitawy.

Modelowa symbioza? Do czasu. W historii świata nic nie jest dane raz na zawsze. A Jakub Kettler miał przekonać się o tym w sposób dotkliwy.

Potop szwedzki

Jeszcze zanim Kurlandczycy wyprawili się do Afryki, Jakub Kettler zadbał o odpowiednie zabezpieczenie swoich interesów narodowych. Oprócz uzyskania zgody polskiego króla, zapewnił sobie też aprobatę papieża Innocentego X, który stał się jego partnerem handlowym. 

Z takim zapleczem lennik czuł się pewnie. I faktycznie - pierwsze lata kolonii wyglądały niezwykle obiecująco. Wszystko zmienia się w 1655 roku. Kettlerowi przestaje dopisywać szczęście. Na przestrzeni sześciu miesięcy dochodzi do dwóch kluczowych wydarzeń - najpierw umiera papież Innocenty X, a następnie rozpoczyna się potop szwedzki. Kurlandczycy zostają sami. Nie mogą już liczyć na wsparcie ani ze strony Watykanu, ani Polski.

Wieści o niesprzyjającym splocie międzynarodowych zależności dla Kurlandii szybko dotarły do Holendrów. Tych samych, którzy kilka lat wcześniej odrzucili propozycję Kettlera dotyczącą wspólnej wyprawy do Afryki. I tych samych, którzy próbowali już odbić Fort Jakoba. Wtedy połączone siły Kurlandii i afrykańskich państewek skutecznie odparły jednak ofensywę.

Teraz jest inaczej.

W 1658 roku armia szwedzka plądruje Kurlandię, choć ta zachowała neutralność. Do niewoli trafia Kettler, a gospodarka jego krainy podupada. Lennika RP nie stać ekonomicznie i militarnie na utrzymanie zamorskiego terytorium, które kilka miesięcy później oficjalnie przechodzi w ręce Holendrów.

W 1660 roku, na mocy pokoju w Oliwie, Kettler wychodzi ze szwedzkiej niewoli. Natychmiast podejmuje próbę odbudowy kolonii. Ku zaskoczeniu wszystkich - kończy się ona powodzeniem. Fort Jakoba znów należy do Kurlandczyków.

Nie na długo jednak. Zaledwie rok później w miejsce Holendrów przychodzą Anglicy. Ci są znacznie skuteczniejsi - szybko przejmują wyspę. W 1664 roku osłabiona Kurlandia zrzeka się roszczeń do swoich terytoriów w zamian za dyplomatyczne poparcie Anglii dla jej kolonialnych dążeń na Karaibach. Królestwo przystaje na taki układ, ale nigdy nie wywiązuje się ze swojej obietnicy. Kurlandia nie doczekała się wsparcia Anglików.

W 1795 roku Księstwo Kurlandii i Semigalii przestało istnieć. W wyniku rozbiorów zostało wcielone do Rosji.

Anglicy zamienili wyspę w piekło

Pod rządami Anglików posterunek handlowy zyskuje nową nazwę. Zmiana jest subtelna, acz niesie za sobą poważne konsekwencje. Od teraz to nie Fort Jakoba, lecz Fort James - na cześć ówczesnego księcia Yorku, późniejszego króla Jamesa II.

Nowi właściciele to zaprawieni w bojach kolonizatorzy. Wyspa służy im do handlu złotem i kością słoniową, a krótko później zaczyna być też istotnym punktem w przemyśle niewolniczym. Tak, przemyśle. Anglicy handlują bowiem ludźmi na potęgę. Według wyrachowanego, zimnego, dehumanizującego systemu.

- Ideologia rasizmu była używana jako uzasadnienie lub usprawiedliwienie praktyki niewolnictwa. Wówczas ta zbrodnicza tendencja stawała się instrumentem eksploatacji - tłumaczył mi profesor Rafał Pankowski, współzałożyciel antyrasistowskiego Stowarzyszenia "Nigdy Więcej", wykładowca w Uniwersytecie Civitas, Rotary Peace Fellow na Uniwersytecie Makerere w Ugandzie, z którym rozmawiałem po powrocie z Afryki.

***

Po wyspie (od 2011 roku nazywanej Kunta Kinteh Island) przechadzam się w towarzystwie Kebby. To lokalny przewodnik, który za drobną opłatą wziął mnie na łódkę i przeprawił się ze mną przez rzekę. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to mikroskopijne wręcz rozmiary wyspy. Na ustawionej tuż przy równie niewielkim pomoście tablicy informacyjnej szybko znajduję rozwiązanie zagadki - kępa cierpi na silną erozję i jej dzisiejszy teren to zaledwie 1/6 tego, co było tu w czasach kolonialnych.

Kilka kroków i jesteśmy przy ruinach fortu.

- Tutaj niewolnikom wypalano numery na skórze. Za pomocą rozżarzonego pręta nakładano na tkankę kluczowe informacje, pozwalające na identyfikację ludzkiego towaru - tłumaczy mi Kebba.

Jego głos jest wyważony. Spojrzenie głębokie, ale spokojne. Pozwala wybrzmieć własnym słowom.

Idziemy dalej.

Docieramy do małego wzniesienia. Kebba opowiada, że stąd Anglicy obserwowali, jak niewolnicy topią się w rzece. Kolonizatorzy, dla rozrywki, wybierali od czasu do czasu ledwo żywych Afrykańczyków, którym mówili, że jeśli uda im się o własnych siłach dostać na brzeg, będą wolni. Problem w tym, że odległość do suchego lądu wynosiła mniej więcej trzy kilometry. A niedożywieni i wycieńczeni niewolnicy nie byli w stanie jej pokonać. Pomimo tego wielu z nich próbowało.

Jeszcze raz wracamy do pozostałości fortu. Kebba zwraca moją uwagę na metalowy pręt wbity w ścianę. To do niego przywiązywano niesfornych niewolników i zamykano w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu bez toalety.

Kilkadziesiąt minut później jesteśmy z powrotem na lądzie. Droga z wyspy do przystani upłynęła w ciszy.

- Abaraka - mówię do Kebby, kiedy rozstajemy się przy łodzi. W języku mandinka oznacza to "dziękuję".

Po tym, co zobaczyłem, nie potrafiłem zwrócić się do mojego przewodnika w języku angielskim.