Sportowy kalendarz 2025 r. zaczął się od mistrzostw świata w piłce ręcznej i mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. Obie imprezy okazały się kompletnie nieudane dla reprezentantów Polski. Nic już nie zostało z rzeczywistości, w której Polska zdobywała medale zarówno w biegach, jak i skokach narciarskich. MŚ rozgrywane w tym roku w Trondheim można uznać za najgorsze dla nas w całym XXI wieku. W przypadku piłki ręcznej było podobnie. Na tegorocznych mistrzostwach polska kadra nie wygrała ani jednego meczu i zajęła 25 miejsce. Jest to najniższa lokata Polski na tym turnieju w całym XXI wieku. Mówimy o dyscyplinach, które całkiem niedawno dostarczały nam licznych sukcesów i wielkich emocji. Co więcej, sportowcy, którzy w minionych latach odnosili wybitne sukcesy, dziś często pełnią rolę trenerów i działaczy związkowych.
Adam Małysz, Otylia Jędrzejczak, Szymon Kołecki, Leszek Blanik, Tomasz Sikora, Marcin Lijewski, Tomasz Majewski, Adam Korol, Sławomir Szmal czy Justyna Kowalczyk-Tekieli to giganci polskiego sportu. Dostarczali nam wielokrotnie wielkich emocji. Razem łącznie zdobyli 64 medale na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Łączy ich coś jeszcze, działalność w związkach spotowych lub kadrach narodowych. Liczyliśmy, że ich doświadczenie przeniesie polski sport na wyższy poziom. Nawet zmiana pokoleniowa w polskich związkach sportowych nie przyniosła znaczącej poprawy w poszczególnych dyscyplinach. Często obserwujemy regres.
Wioślarstwo i podnoszenie ciężarów to dyscypliny, które regularnie dostarczały Polsce medali na igrzyskach olimpijskich. Niestety na ostatnich igrzyskach nie odnieśliśmy sukcesów na tych polach. W większości dyscyplin nie widać poprawy. Zapewne w prawie każdej dyscyplinie da się wskazać liczne osiągnięcia. Pytanie tylko, jaki procent z nich to łapanie stypendiów i dotacji. Nasz system wspierania sportu skonstruowany jest tak, że często bardziej się opłaca wypaść dobrze na imprezie mniejszej rangi niż poświęcić w całości przygotowaniom do najważniejszej imprezy sezonu. Lepiej wybrać zawody, w których nie ma ścisłej światowej czołówki, bo tam łatwiej o dobre miejsce, uwzględniane w stypendiach i innych nagrodach. Prowadzi to do sytuacji, w której na papierze Polska ma wielu pretendentów do medali, ale na igrzyskach przychodzi brutalna weryfikacja.
Tak naprawdę ciężko będzie znaleźć dyscyplinę, w której notujemy regularny wzrost lub chociażby utrzymanie stałego, dobrego poziomu. Oczywiście z wyjątkiem siatkówki, gdzie zarówno męska jak i żeńska kadra odnosi sukcesy. Od prawie 20 lat pięć siatkarskich pokoleń zdobywa tytuły na arenie międzynarodowej, a dwa kolejne pokolenia są już gotowe do rywalizacji na najwyższym poziomie. Medale Ligi Narodów, to nie jedyne siatkarskie sukcesy w tym roku: Uniwersjada - pierwsze miejsce, mistrzostwa świata U19 - drugie, mistrzostwa Europy U16 - czwarte.
Wielkie oczekiwania i nędzne warunki
Warto jednak przypomnieć o tym, jak ten siatkarski sukces zbudowano. W 2005 roku sięgnięto po trenera z zagranicy, Raula Lozano, który sprofesjonalizował polską siatkówkę. Gdy Argentyńczyk obejmował polską reprezentację, warunki uprawiania siatkówki w Polsce były opłakane. Kucharz kończył pracę o 18:30, więc siatkarze po wieczornych treningach nie mogli liczyć na ciepłe posiłki. Nie mówiąc już o profilowaniu diety pod mordercze treningi. Na siłowni nie było odpowiedniego sprzętu, łóżka były zdecydowanie za krótkie dla rosłych siatkarzy. Brakowało wielu rzeczy, dużo było natomiast alkoholu. Raul Lozano zmienił to wszystko, tworząc w pełni profesjonalny system, który działa od 20 lat. Zarówno męska, jak i żeńska kadra siatkówki odnosi liczne sukcesy, a krajowa liga siatkarska uchodzi za jedną z najlepszych na świecie.
Niestety nie jest to w polskim sporcie powszechny obrazek. Jeśli wsłuchać się w głosy sportowców, to można odnieść wrażenie, że wiele dyscyplin wciąż czeka na swojego Raula Lozano.
- Zrobiłyśmy wszystko, co mogłyśmy. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia w przygotowaniach, mimo tego, jak wygląda nasza sytuacja. W lutym musiałam sama zapłacić za zgrupowanie. Do kwietnia nie mieliśmy nawet rowerów i informacji dotyczących finansowania. Kombinezony dostaliśmy dzień przed startem - mówiła Daria Pikulik. Nie jest to cytat sprzed 20 lat. Te słowa padły podczas ubiegłorocznych igrzysk olimpijskich w Paryżu. Na tych samych igrzyskach dwa medale w kajakarstwie zdobyła urodzona w Bielsku-Białej Paulina Paszek. Nie ma się jednak zbytnio, z czego cieszyć, ponieważ ta zawodniczka od 2020 r. reprezentuje już barwy Niemiec. Przykłady można mnożyć. Podczas igrzysk w Paryżu bardzo niepokojące sygnały płynęły ze środowiska szermierki, zapasów, podnoszenia ciężarów czy jeździectwa. Coś dobrego dzieje się za to w koszykówce. W 2019 r. graliśmy w ćwierćfinale mistrzostw świata, a na ostatnich mistrzostwach Europy zajęliśmy czwarte miejsce. Kadra właśnie przygotowuje się do kolejnych mistrzostw Europy, które odbędą się m.in. w Polsce.
Mimo rosnących nakładów na sport, cały czas spotykamy się z sytuacjami, w których zawodnicy mierzą się z prymitywnymi warunkami treningów i brakiem profesjonalizmu, a gdy przychodzą zawody, oczekujemy, że nasi reprezentanci pokonają rywali, którzy mają dużo lepsze warunki do przygotowań. Dosadnie podsumował to kiedyś Jerzy Janowicz:
"Trenujemy gdzieś po szopach - nie tylko w tenisie. Zbigniew Bródka musi trenować za granicą. Dlaczego macie takie oczekiwania wobec nas? (...) Przeżyjcie to, co przeżywają sportowcy. Nie ma żadnej pomocy - w żadnym sporcie".
Nie wydaje się, żeby problemem były zbyt niskie nakłady finansowe. Węgry regularnie plasują się wyżej od Polski w klasyfikacji medalowej podczas igrzysk olimpijskich. Litwini nie mają problemu ze zdobywaniem złotych medali podczas mistrzostw świata w pływaniu, a Polska dokonała tego ostatnio niemal 20 lat temu. Holandia zgarnia po kilkanaście medali w jednej dyscyplinie, łyżwiarstwie szybkim. Oczywiście te same dane można przedstawić inaczej. Mało który kraj z takim poziomem nakładów na sport może zdobywać najwyższe trofea w tak wielu dyscyplinach jednocześnie. Na ostatnich igrzyskach zdobyliśmy 10 medali, ale w 9 różnych dyscyplinach, a realne szanse medalowe mieliśmy w kolejnych trzech. Pytanie, co jest większym sukcesem: trzy złote medale w jednej dyscyplinie, czy 10 czwartych miejsc w zupełnie różnych?
Należy też zadać inne pytanie: jaki jest realny cel publicznych nakładów na sport? Wydawać by się mogło, że tym celem powinna być poprawa kondycji fizycznej ogółu społeczeństwa, a z tym jest bardzo krucho.
Polacy mają zadyszkę
"Kondycja fizyczna uczniów nie jest dobra, wyniki sprawności fizycznej uczniów spadają wraz z wiekiem - wynika z badań kompetencji ruchowych uczniów przeprowadzonych w szkołach wiosną 2024 r. (...) Minister Sportu i Turystyki podkreślił, że kondycja fizyczna uczniów spada wraz z wiekiem i jest gorsza niż 15-20 lat temu" - czytamy na stronie resortu.
Na alarm bije też Akademia Wychowania Fizycznego : "Sprawdzano takie działania jak bieg przez płotki, skoki przez skakankę, kozłowanie w ruchu, kopnięcia piłki, czy rzut i chwyt. Z badań wynika, że 94 proc. uczniów nie ma wykształconych podstawowych umiejętności ruchowych".
Z badania "Poziom aktywności fizycznej Polaków 2024" przeprowadzonego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki wynika, że odsetek Polaków spełniających normy dotyczące aktywności fizycznej rekomendowane przez Światową Organizację Zdrowia rośnie. Pytanie tylko, jaki udział w tym wzroście mają publiczne dotacje na sport? Byli uczniowie, którzy nagminnie korzystali ze zwolnień z WF-u, dziś chodzą na crossfit, zumbę lub siłownię. Za ten wzrost w większym stopniu mogą odpowiadać Ewa Chodakowska, Anna Lewandowska, Marta Kruk czy Mamed Chalidow, a nie związki sportowe datowane z publicznych pieniędzy. Takie rozróżnienie bardzo by się w tym badaniu przydało.
Nie widać młodych piłkarzy
Najsmutniejszym przykładem na to, że publiczne środki na sport nie muszą się przekładać na sukcesy, jest niestety piłka nożna. Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin, Śląsk Wrocław, Wisła Płock, Lechia Gdańsk, Piast Gliwice, Korona Kielce - to nawet nie połowa klubów piłkarskich, które otrzymuję publiczne wsparcie z kasy samorządów. Pomimo tego wiele z tych zespołów boryka się z licznymi problemami sportowymi i finansowymi. Nawet Euro 2012 i budowane wówczas stadiony nie stały się motorem napędowym. Euro odbywało się m.in. we Wrocławiu i Gdańsku. Śląsk Wrocław spadł z Ekstraklasy, a Lechia Gdańsk cudem się w niej utrzymała.
Jednak jest bardziej wyrazisty symbol tego problemu - marcowe zgrupowanie reprezentacji Polski w piłce nożnej. "Nie widać młodych piłkarzy, którzy mieliby wchodzić do reprezentacji. Nie wierzę jednak, że w 40-milionowym kraju nie ma talentów" - mówił Robert Lewandowski przed meczami z Litwą i Maltą. Na zgrupowaniu nie było zbyt wielu młodych zawodników. Najmłodszy był 20-letni Kacper Urbański, a oprócz niego powołano tylko trzech zawodników urodzonych w XXI wieku. Co więcej, na liście powołań przed meczami z najsłabszymi możliwymi rywalami znalazł się tylko jeden zawodnik z rodzimej Ekstraklasy i był to rezerwowy bramkarz.
Jeśli całe te publiczne pieniądze wydawane na sport miałyby czemuś służyć, to chyba właśnie temu, by zachęcać młodzież do uprawiania sportu i budować potencjał kadry narodowej?
Zagraniczne nazwiska
Paradoks polega na tym, że w piłce nożnej jest odwrotnie. W czasie, gdy na zgrupowanie Polski nie powołano zawodników z krajowej Ekstraklasy, ta sama Ekstraklasa wysłała na zgrupowania kadr narodowych wielu obcokrajowców. "Na obecne zgrupowania seniorskich kadr pojechało 27 zagranicznych piłkarzy występujących w czternastu klubach Ekstraklasy" - pisał Michał Trela na łamach Weszło.com.
Nie był to jednorazowy przypadek. Obserwując zmagania Lecha Poznań w eliminacjach do Ligi Mistrzów, Legii Warszawa do Ligi Europy oraz Jagiellonii Białystok i Rakowa Częstochowa do Ligi Konferencji, słyszy się najczęściej zagraniczne nazwiska. Bramki dla tych klubów strzelają m.in. Mikael Ishak, Jean-Pierre Nsame, Afimico Pululu i Jonatan Braut Brunes.
Być może Ekstraklasa naprawdę awansuje na 10 miejsce rankingu UEFA. Pytanie, czy stanie się zapleczem do kształtowania przyszłych gwiazd polskiej kadry? Chyba tak, skoro w ubiegły roku minister sportu ogłosił nowy Program Wsparcia Akademii Piłkarskich działających przy klubach Ekstraklasy i I ligi mężczyzn. Na realizację tego projektu w 2024 r. resort przeznaczył 40 mln zł, a w 2025 r. 14 mln zł.
System, który nie działał przez 20 lat, raczej sam z siebie nie zacznie nagle dobrze funkcjonować. Znaczna część największych sukcesów polskiego sportu opierała się na heroicznym poświęceniu wybitnych jednostek, tak samo zawodników, jak i trenerów. Świadczy o tym brak następców medalistów i medalistek największych imprez sportowych. Ten system mógłby się bronić, gdyby spełniał najważniejszy cel, jakim jest poprawa kondycji fizycznej społeczeństwa, a tak się niestety nie dzieje.






