Jakub Żelepień, Interia: Jak trafiłeś do Rutkowski Patrol?
Kuba, były pracownik operacyjny Rutkowski Patrol: Podczas służby w wojsku w 1999 roku pojechałem do filii banku przy ulicy Białej w Warszawie. Tuż obok mieściło się biuro Rutkowskiego. Wszedłem tam w mundurze i powiedziałem, że kiedy wrócę do cywila, chcę wstąpić do Patrolu. Pracownicy dali mi wizytówkę i polecili zadzwonić bezpośrednio do Krzyśka. Tak zrobiłem, a kilka miesięcy później, gdy zakończyłem służbę, spotkaliśmy się w Bielsku-Białej. Podjechał po mnie - do dziś pamiętam - fordem mondeo. W drodze do Warszawy porozmawialiśmy sobie i zostałem przyjęty.
O co pytał wtedy Rutkowski?
Przede wszystkim chciał wiedzieć, czy nie byłem karany. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie. Później odkryłem, że i tak Rutkowski dokładnie prześwietlił moją przeszłość.
W jaki sposób?
Kilka miesięcy później zupełnym przypadkiem natrafiłem na stertę swoich dokumentów na jego biurku. Sprawdził mnie starannie.
Sekta, którą znałeś pod nazwą "Pierwotni Chrześcijanie", była jedną z twoich pierwszych poważnych spraw u Rutkowskiego.
Sprawa ciągnęła się od pewnego czasu, zajmował się nią inny pracownik Krzyśka. Zaczął się jednak wycofywać, nie chciał dłużej działać przy ganianiu sekty. Wtedy Rutkowski polecił mi przejąć to zlecenie. I tak rozpoczęła się moja przygoda.
Jakie było twoje pierwsze zadanie?
Zaczęło się standardowo. Pojechałem do miasta X na terenie Polski, tam czekał na mnie pracownik zleceniodawcy, pana Mirosława (imię zmienione na prośbę rozmówcy - przyp. red.), który naświetlił mi całą sprawę. To był wieczór, więc poszliśmy do lokalu i usiedliśmy przy flaszce. Poznałem szczegóły, plan działania, zobaczyłem zdjęcia Agnieszki (imię zmienione na prośbę rozmówcy - przyp. red.). Następnego dnia rano mieliśmy ruszyć na akcję. Nasz pierwszy adres mieścił się w Austrii.
Mieliście pewność, że Agnieszka była w tamtym czasie w Austrii?
Niczego nie wiedzieliśmy. Mieliśmy tylko informacje, że sekciarze działają na terenie Austrii - stamtąd pochodził ksiądz, który założył grupę - a także Czech, Węgier, Słowacji, Niemiec i Polski. Domyślaliśmy się jednak, że Agnieszki nie było w naszym kraju, ponieważ pan Mirosław już raz ją odbił z rąk sekty. Nie upilnował jej jednak i po jakimś czasie dziewczyna wróciła do zboru. Bez wątpienia była więc pod baczną obserwacją.
Na czym polegała działalność sekty?
To była grupa, która prała ludziom mózgi bez używania środków odurzających. Jej członkowie oddawali guru wszystko, co mieli - domy, mieszkania, samochody, sprzęty elektroniczne, pieniądze. Sami żyli natomiast w ubóstwie, żywili się chlebem z masłem lub smalcem. Nocami chodzili po wsiach i lasach z latarkami i Biblią. A my jeździliśmy za nimi, starając się odnaleźć Agnieszkę.
Namierzyliście dziewczynę w Austrii?
Nie. Nie widzieliśmy jej tam ani razu, choć przemierzyliśmy za sekciarzami mnóstwo kilometrów. Raz nawet zostaliśmy zatrzymani przez policję, bo samochód zboru przejechał na zielonym, a my, nie chcąc zgubić ich z pola widzenia, pognaliśmy już na czerwonym. Wtedy wyłonili się funkcjonariusze, którzy wlepili nam mandat.
Dokąd jeździli sekciarze?
Mieli swoje kolonie, przemieszczali się pomiędzy nimi. Najczęściej to były różnego rodzaju opuszczone zakłady pracy. Na Węgrzech zakotwiczyli na przykład w starej, zamkniętej już kopalni. Tam mieszkali, tam studiowali Biblię.
Wróćmy na chwilę do Agnieszki. Jej, jak sądzę, niczego w życiu nie brakowało, skoro ojca stać było na wynajęcie Rutkowskiego.
Zdecydowanie. Pan Mirosław był mądrym, wykształconym człowiekiem, który prowadził swoje biznesy. Pieniędzy w domu nie brakowało, ale ojciec sam przyznał, że poszkapił okres wychowania. Stracił kontrolę nad córką, która zagubiła się i wstąpiła do sekty.
Jak została zwerbowana?
Nie wiedzieliśmy tego dokładnie, ale według naszych informacji sekciarze chodzili na pielgrzymki i wypatrywali ludzi, którzy nie byli w głównej grupie, lecz trzymali się z boku. Takie osoby zazwyczaj najgorliwiej się modlą. Członkowie zboru podchodzili do nich i rozpoczynali pranie mózgu.
Jaki był kolejny etap poszukiwań po fiasku akcji w Austrii?
Zaczęliśmy sprawdzać trop węgierski, a w międzyczasie pozyskaliśmy szpiega. Nawiązaliśmy kontakt z dziewczyną, która była w sekcie i wyszła z niej, ale zachowała jakieś tam relacje wewnątrz grupy. Przekazała nam sporo przydatnych informacji, dzięki czemu sprawnie namierzyliśmy zbór na Węgrzech. Ustaliliśmy, że niektórzy członkowie są wypuszczani na basen na zajęcia korekcyjne. Biorąc pod uwagę fakt, że Agnieszka miała problemy z kręgosłupem, liczyliśmy na to, że natrafimy na nią na pływalni. Kupiłem karnet i pluskałem się między sekciarzami. Naszego celu nigdy jednak na basenie nie spotkałem.
Co dalej?
Któregoś dnia sekta przemieszczała się z Węgier na Słowację. Postanowiłem przygotować na nich zasadzkę na przejściu granicznym w Komarnie. Zatrzymałem się na pasie ziemi niczyjej, wyciągnąłem legitymację detektywa i pobiegłem do Słowaków, wiedząc, że język nie będzie problemem - w przeciwieństwie do Węgrów. Wyjaśniłem pogranicznikom, że zmierza tutaj bus z sekciarzami, wśród których znajduje się poszukiwana przeze mnie dziewczyna. Dzięki temu, że Rutkowski jakiś czas wcześniej pomógł w schwytaniu najgroźniejszego słowackiego przestępcy Mikuláša Černáka, funkcjonariusze czuli wobec niego i jego pracowników dług wdzięczności. Pozwolili mi wejść do budki granicznej i kiedy do punktu kontroli podjechał samochód zboru, dyskretnie podali mi dokumenty wszystkich pasażerów. W pierwszej kolejności sprawdziłem, czy jest wśród nich Agnieszka. Kiedy okazało się, że nie, zająłem się weryfikacją danych osobowych innych sekciarzy.
Zawsze coś.
Zorientowałem się też, że samochód, którym wówczas podróżowali sekciarze, nie był notowany w naszym spisie ich pojazdów. Postanowiłem zrobić zdjęcie numerów rejestracyjnych, abyśmy zaktualizowali bazę informacji. Wyciągnąłem aparat fotograficzny, przystawiłem go do oczu i w tym momencie poczułem uderzenie. Na poliku pojawiła się krew. Obiektyw był zniszczony. Okazało się, że guru niepostrzeżenie wysiadł z auta i uderzył z całej siły w aparat.
Wiedział, kim jesteś.
Tak. Miał świadomość, że próbuję odbić jedną z członkiń jego sekty.
Oddałeś mu?
Na całe szczęście nie, bo rzuciło się na mnie dwóch moich kolegów, aby mnie powstrzymać. Gdyby nie oni, zatłukłbym go przy tej budce i wpadłbym w ogromne problemy. Wyobraź sobie, co stałoby się, gdybym zabił albo poważnie zranił obywatela Austrii na granicy dwóch postkomunistycznych krajów.
Strach pomyśleć.
No właśnie. Koledzy mnie upilnowali, sekciarze pojechali dalej, a my wróciliśmy na Węgry. Nadal nie widzieliśmy Agnieszki.
Dlaczego tak trudno było zlokalizować Agnieszkę?
Sekta dzieliła się na różne odłamy. Każda taka podgrupa operowała w innym miejscu. Każdą trzeba było infiltrować osobno. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że zbór funkcjonował w różnych krajach.
Poszukiwaniem Agnieszki zajmowały się też służby poszczególnych krajów?
Tak, sprawa była zgłoszona na policję. Co więcej, na terenie Polski ojcu dziewczyny udało się uzyskać jej ubezwłasnowolnienie. Działało ono jednak tylko w naszym kraju. Nie byliśmy wówczas członkami Unii Europejskiej, więc współpraca międzynarodowa była znacznie trudniejsza.
Czy podczas pracy nad sektą miałeś też inne zlecenia w ramach Rutkowski Patrol?
Tak, wyjazdy na Węgry, Słowację, do Austrii odbywały się w formule czwartek-niedziela. Przez resztę tygodnia wykonywałem inne zadania, raczej na terenie Polski. Chodziłem w kominiarce, wyciągałem przestępców z samochodów, odbijałem ludzi uprowadzonych dla okupu, śledziłem podejrzanych, spotykałem się z prostytutkami, które były naszymi informatorkami.
Aż nadszedł 30 listopada 2000 roku.
Tego dnia, wcześnie rano, ruszyliśmy z Warszawy do Trójmiasta. Dostaliśmy tam zlecenie, które miało polegać na odbiciu pewnego biznesmena porwanego dla okupu. Jechałem wraz z kolegą, on prowadził, a ja byłem pasażerem. Planowałem zdrzemnąć się w aucie, bo byłem niewyspany. Poprzednią noc spędziłem jako szofer Krzyśka Rutkowskiego.
Jak wyglądała ta noc?
Krzysiek chciał się napić i zabawić. Wieczorem 29 listopada zadzwonił do mnie i powiedział, żebym przyjechał do jednej z galerii na Mokotowie. Odebrałem go, później pojechaliśmy do klubu. Rutkowski ruszył w balet, a ja pilnowałem jego broni i dokumentów.
A rano ruszyłeś do Trójmiasta.
Tak. Usiadłem na fotelu pasażera i momentalnie zasnąłem. Jak przez mgłę pamiętam ogłuszający dźwięk roju pszczół. Lecącego prosto na mnie. Atakującego z każdej strony. Ale to nie były pszczoły. To były odłamki szyb samochodu. Mieliśmy wypadek.
Gdzie?
Na wysokości Mławy. Spieszyliśmy się na akcję, kolega jechał bardzo szybko. Eksperci, którzy badali wypadek, powiedzieli, że mieliśmy ponad 180 km/h na liczniku. Uderzyliśmy moją stroną w tył samochodu dostawczego. Przeżyłem wyłącznie dzięki temu, że spałem i byłem bezwładny. Inaczej zginąłbym na miejscu.
Jakich doznałeś obrażeń?
Miałem zmiażdżone prawe kolano, strzaskany staw kolanowy, pozrywane wszystkie więzadła i krwiak listewkowy płata czołowego. Przez sześć dni pozostawałem w śpiączce w szpitalu.
Rozmawiałeś po wypadku z kolegą, który prowadził samochód?
Tak. Nie mam do niego żadnych pretensji. Wiedziałem, że kiedy jedziemy na akcję, ryzyko jest wysokie. Taka praca.
On też ucierpiał w tym wypadku?
Nieszczególnie. Rutkowski dojechał na miejsce wypadku, zabrał go do swojego auta i pojechali na akcję do Trójmiasta. Całą siłę uderzenia zebrała moja strona pojazdu.
Jak zachował się Rutkowski po tym wypadku?
Krzysiek, jak to Krzysiek, kombinował jak tylko mógł. Okazało się, że nie zgłosił mojego zatrudnienia. Po wypadku szybko zarejestrował mnie w ZUS-ie z datą wsteczną, żebym dostał jakieś odszkodowanie.
Ryzykownie.
Ale udało się. Dostałem pieniądze, naprawdę niezłe jak na tamte czasy. Mój stan był jednak fatalny. Nie pamiętałem, że pracuję w Rutkowski Patrol, nie potrafiłem pisać i czytać. Wszystkiego musiałem uczyć się od nowa. Pomagała mi wtedy moja była polonistka ze szkoły.
Odszedłeś z Rutkowski Patrol?
Po kilku miesiącach oficjalnie się rozstaliśmy. Kiedy wróciłem do względnej sprawności, zatrudniłem się w jednej z warszawskich kancelarii adwokackich w dziale windykacji. Pomógł mi pracownik pana Mirosława, który zarekomendował mnie na tyle, że zostałem przyjęty z miejsca.
I w ten sposób płynnie wracamy do tematu sekty.
Kilka lat później odebrałem telefon. W słuchawce odezwał się głos pana Mirosława. Powiedział mi, że wie, gdzie jest jego córka i zapytał, czy pomogę mu ją odzyskać. Dodał, że nie korzysta już z usług Rutkowskiego. Chciał zamknąć sprawę na własną rękę.
W jaki sposób ustalił jej miejsce pobytu?
Jeździł po wszystkich punktach i w końcu wpadł na nią. Okazało się, że została przewieziona do Berlina.
Jak zareagowałeś na tę propozycję pracy?
Dla mnie sprawa była prosta - dostałem okazję rewanżu za rozcięty polik. Zgodziłem się od razu. Poszedłem do swojego ówczesnego szefa, powiedziałem mu o całej sytuacji. Podkreśliłem, że nigdy nie brałem urlopu, ale teraz potrzebuję kilku dni wolnych, żeby pojechać do Berlina. Doszliśmy do porozumienia, nie robił mi problemu. Powiedział tylko, że na czas wyjazdu muszę oddać mu legitymację z kancelarii. Nie chciał, aby w razie jakichś komplikacji jego firma była łączona ze sprawą.
I wróciłeś na trop sekty.
Prowadziliśmy obserwację ich kamienicy w starej części Berlina. Cztery pierwsze wyjazdy zakończyły się jednak niepowodzeniem, nie udało nam się odzyskać Agnieszki.
Była piąta próba?
Była. W samochodzie siedzieliśmy w składzie ja, pan Mirosław i jego syn. Była niedziela, mieliśmy już wracać do Polski. Ustaliliśmy, że posiedzimy jeszcze z godzinę. Po 20, może 30 minutach zauważyłem dziewczynę łudząco podobną do Agnieszki, która wyszła z kamienicy i szła z wózkiem na zakupy. Ojciec i brat nie dawali wiary, że to ona, ale ja miałem czutkę. Wyskoczyłem z auta i zacząłem ją śledzić. Bingo.
Agnieszka?
Tak. Okazało się, że szła na zakupy do pobliskiego sklepu. Najwyraźniej uśpiliśmy czujność sekty. Skoro od kilku lat nie widzieli grupy pościgowej, uznali, że daliśmy sobie spokój z poszukiwaniami. To była nasza gigantyczna przewaga.
Co dalej?
Poszedłem za nią do sklepu, w międzyczasie doszli do mnie ojciec i syn. Z bezpiecznej odległości potwierdzili jej tożsamość. To był dla mnie znak, żeby rozpocząć przygotowania do porwania jej.
Jak porwać człowieka w Berlinie tak, żeby nikt tego nie zauważył?
Agnieszka podążała jedną z bocznych uliczek odchodzących od Warschauer Straße. Ojciec ustawił się w bramie, opatulony czapką i szalikiem. Syn siedział natomiast w samochodzie, gotowy do odjazdu. Moim zadaniem było z kolei chwycić ją i zaciągnąć do bramy.
Poszło zgodnie z planem?
Nawet lepiej - Agnieszka sama z siebie weszła w bramę. Okazało się, że kupiła sobie zakazaną przez sektę słodką bułeczkę i chciała zjeść ją w tajemnicy. Zrządzeniem losu ukryła się akurat tam, gdzie na nią czekaliśmy. Obezwładniłem ją, psiknąłem gazem żelowym, złapałem za szmaty. W tym momencie brat podjechał na wstecznym, ja wrzuciłem ją na tylną kanapę. Ojciec usiadł jej na plecach, aby nie wyrwała się nam.
Musiała być w szoku.
Krzyczała "kein Sex", myślała pewnie, że jest porywana w charakterze prostytutki. Podaliśmy jej trzy zastrzyki uspokajające, tak zwanego "głupiego Jasia". Cały czas była jednak przytomna.
Jak zamierzaliście przekroczyć granicę z dziewczyną, która nie miała żadnych dokumentów?
To była jedna z najtrudniejszych części zadania. Co prawda Polska była już wówczas w Unii Europejskiej, ale jeszcze nie w Strefie Schengen. Kontrole wciąż obowiązywały. Rozważaliśmy pojechanie koleją albo przejście przez zieloną granicę. Ostatecznie postanowiliśmy jednak zaryzykować i ruszyć do Frankfurtu nad Odrą. Ułożyliśmy Agnieszkę - związaną i z kneblem w ustach - w przestrzeni pomiędzy fotelami kierowcy i pasażera a tylną kanapą. Rzuciliśmy na nią kurtki i torby. Ja rozłożyłem się natomiast na swoim miejscu tak, aby zasłonić jak najwięcej przestrzeni.
Wóz albo przewóz.
Musieliśmy ryzykować. Szczęście było po naszej stronie, bo pogranicznicy nie chcieli przeszukiwać nam samochodu. Podaliśmy im dokumenty i po chwili puścili nas wolno. Kiedy tylko znaleźliśmy się na terytorium Polski, byliśmy bezpieczni. Tutaj działało już jej ubezwłasnowolnienie.
Co wtedy czułeś?
Zmęczenie, ale i spełnienie. Byłem szczęśliwy, że zakończyłem tę sprawę. No i zrewanżowałem się za rozcięty polik. Odbiłem sekciarzom ich człowieka.
Po tej akcji miałeś jeszcze kontakt z panem Mirosławem albo Agnieszką?
Nie. Zniknęliśmy nawzajem ze swoich życiorysów. Rozstaliśmy się na stacji benzynowej. Na odchodne dostałem swoją zapłatę, oprócz tego wcisnął mi do ręki zawiniątek euro. Sporo euro. Oczy mi się zaświeciły.
***
Dlaczego w ogóle zaciągnąłeś się do Rutkowskiego?
Żeby udowodnić ojcu, że jestem kozak. Kiedy miałem 13 lat, pokazał mi w gazecie zdjęcie Rutkowskiego i powiedział: patrz, to jest dopiero gość. Ja też chciałem być gość.
Żałujesz?
Nie żałuję pracy, doświadczenie życiowe bardzo mi się przydało. Ale patrząc na to, że na kilka dni przed swoją śmiercią ojciec mnie wyklął, wiem, że nie było warto robić tego wszystkiego po to, aby cokolwiek jemu udowodnić.