Zatoka Valdanos leży na południowym wybrzeżu Czarnogóry, ok. 5 km od miasta Ulcinj, (nazywanego czasem "miastem meczetów", bo na niedużej przestrzeni jest ich tam aż 25!). Słynie z niedużej, ale spokojnej, bo osłoniętej wzgórzami Mavrijan i Mendre, kamienistej plaży i ciągnących się kilometrami gajów oliwnych. Szacuje się, że obecnie rośnie ich tam około 80 tys., a przynajmniej część okazów jest bardzo stara - z badań przeprowadzonych przez pracowników Uniwersytetu w Stambule i czarnogórskiego Ministerstwa Gospodarki wynika, że niektóre mogą mieć setki, a nawet tysiące lat (wiek jednego okazu ustalono na 1894 lata).
Mieszkańcy tych okolic od wieków żyli z uprawy oliwek, dlatego każda próba przejęcia ich terenów spotykała się z gwałtownymi protestami. W ciągu ostatnich 100 lat taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Po raz pierwszy w 1949 roku, kiedy Czarnogóra była jedną z sześciu republik związkowych Federalnej Ludowej Republiki Jugosławii (FLRJ) Władze wywłaszczyły część ziem, by prowadzić na nich program rolny, co przypadło na okres przymusowej kolektywizacji rolnictwa na terenie całej Jugosławii (do 1953 roku). Jednak ponieważ plany się nie powiodły, ziemie szybko wróciły do prawowitych właścicieli.


Wojsko dostaje, obywatel nie
Po raz drugi rząd sięgnął po ziemie w zatoce Valdanos w 1976 roku, kiedy to okoliczni urzędnicy wytypowali je jako idealne miejsce pod budowę bazy wojskowej. Początkowo zakładano przejęcie sporego obszaru, jednak protesty właścicieli gajów oliwnych sprawiły, że ostatecznie stanęło na pasie, który rozciągał się między większością gajów a wybrzeżem, wraz z rosnącymi na nim 18 tys. drzew oliwnych.
Oczywiście po wywłaszczeniu (które sfinalizowano w 1978 roku) państwo wypłaciło poszkodowanym rekompensaty, jednak oferowane kwoty były znacznie niższe, niż realna wartość rynkowa i drzew, i ziemi. Większość rodzin przyjęła "odszkodowania" w zaproponowanej kwocie, jednak członkowie 16 rodzin odmówili i weszli na drogę sądową. Po latach sąd przyznał, że mieli rację i przyznał im trzykrotność oferty sprzed lat.


Zamiast ćwiczeń wojskowych - wczasy
Prace nad budową bazy wojskowej były przesuwane w czasie, a po 1980 zawieszono je całkowicie. Powodem była śmierć Josipa Broz Tity, który rządził SFRJ przez 35 lat, i związane z nią zawirowania polityczno-ekonomiczne. W ich wyniku zdecydowano, że baza wojskowa na terenie Valdanos jest niepotrzebna, za to, pewnie również ze względu na walory przyrodnicze regionu, zdecydowano o budowie ośrodka wypoczynkowego dla żołnierzy Jugosłowiańskiej Armii Ludowej. Od tego momentu sprawy nabrały tempa i po pięciu latach od wywłaszczeń, 26 kwietnia 1983 roku, obiekt wczasowy został otwarty dla gości.
Kto mógł odpoczywać w ośrodku? Przede wszystkim serbscy i czarnogórscy wojskowi wraz z rodzinami. Jednak nie każdy gość mógł liczyć na takie same warunki lokalowe. Dla najniższych stopniem żołnierzy przeznaczone było pole namiotowe i 150 przyczep kampingowych. Jeśli rodzina była większa, mogła liczyć na zameldowanie w jednym z niespełna 80 domków prefabrykowanych. Zupełnie inaczej mieszkali za to goście wyżsi rangą - dla oficerów postawiono 29 domów w zabudowie bliźniaczej, a dla najważniejszych gości, np. generałów czy polityków, dwie wille.
Do dyspozycji wczasowiczów, już niezależnie od ich rangi, pozostawały także działające na terenie ośrodka sklep spożywczy, kawiarnia, restauracja, dyskoteka, basen, korty tenisowe, boisko do gry w piłkę nożną, poczta, centrala telefoniczna i punkt medyczny. Położenie ośrodka pozwalało także na swobodne korzystanie z wspomnianej na początku tekstu plaży - wystarczyło tylko zejść po kamiennych schodach, żeby znaleźć się nad samym morzem.


Z czasem władze pozwoliły wypoczywać w ośrodku także osobom niezwiązanym z armią, dzięki czemu znacząco zwiększyła się liczba turystów - przyjeżdżali tu bowiem także goście z całej dawnej Jugosławii. Wszyscy, zarówno żołnierze, jak i cywile, musieli co prawda płacić za pobyt, ale według źródeł były to raczej nieduże kwoty.


Powolny schyłek ośrodka
Przez pierwsze lata ośrodek w Valdanos cieszył się dużą popularnością, jednak zmiany, które nastąpiły po 1991 roku (25 czerwca Chorwacja i Słowenia ogłosiły niepodległość, a 8 września - Macedonia) sprawiły, że z czasem coraz mniej gości chciało wypoczywać właśnie tutaj. Przez kolejne lata ośrodek działał co prawda bez większych problemów - może prócz roku 1993, kiedy to Dojčilo Isaković, kontradmirał Jugosłowiańskiej Marynarki Wojennej chciał zamienić go na bazę wojskową.
Plany jednak się nie powiodły, bo po pierwsze, Sąd Najwyższy nie wydał na to zgody, a po drugie, rok później Isaković został skazany na 20 lat pozbawienia wolności za atak i ostrzał chorwackiego Splitu w 1991 roku. Po rozpadzie federacji z roku na rok turystów było coraz mniej, a przysłowiowym gwoździem do trumny okazał się rok 2006, kiedy to w wyniku referendum 3 czerwca niepodległość ogłosiła Czarnogóra. Wtedy do Valdanos przestali przyjeżdżać Serbowie. Mimo prób ratowania obiektu, ostatecznie zamknięto go na przełomie 2007/2008 roku.


Niezależność i co dalej?
Jeszcze w 2008 roku Savjet za privatizaciju i kapitalne projekte (Rada ds. Prywatyzacji Czarnogóry - tłum.) ogłosiła przetarg na dzierżawę ośrodka. Warunki? Umowa na 30 lat i taka rozbudowa ośrodka, by nie zaszkodzić środowisku naturalnemu. Nieoficjalnie mówiło się, że inwestycją zainteresowany był sam Roman Abramowicz, rosyjski miliarder, ale ostatecznie przetarg wygrała brytyjska firma turystyczno-hazardowa Cubus Lux. Plany były bajeczne - ośrodek miał zostać poddany gruntownej renowacji, w wyniku której miały powstać 4- i 5-gwiazdkowe hotele, kilkanaście restauracji, centrum wellness, kasyno, klub nocny, a nawet aquapark. A wszystko to w zaledwie 18 miesięcy.


Niestety, globalny kryzys finansowy z lat 2008-2009 sprawił, że Cubus Lux znalazła się w tarapatach, a kiedy chciała sprzedać część aktywów, okazało się, że nadal żywy pozostaje spór o gaje oliwne sprzed 32 lat. Potomkowie właścicieli uznali, że ziemie miały zostać przeznaczone na państwową bazę wojskową, a nie komercyjny ośrodek wypoczynkowy, wobec czego zażądali ich zwrotu.
Trzeba przyznać, że nawet mimo tych niedogodności władze Czarnogóry nie zamierzały się poddać i w 2011 roku ponownie ogłosiły przetarg. Tyle, że zmieniły warunki - teraz czas dzierżawy miał wynosić 90 lat, znacznie zaostrzono też wymogi związane z ochroną środowiska. Szybko okazało się, że były to warunki zaporowe, bo do pierwszego przetargu stanęło 16 instytucji, a do drugiego nie zgłosił się nikt.


Turystów nie ma, ale są oliwki
Przez kolejne lata nikt nie interesował się (przynajmniej oficjalnie) niszczejącym ośrodkiem, za to ziemią, na której stał - jak najbardziej. Spadkobiercy nadal nie dawali za wygraną i sądzili się o ziemie, aż w końcu 11 czerwca 2021 roku nastąpił przełom. Czarnogórski parlament uchwalił ustawę, na mocy której osoby uprawnione (dawni właściciele lub ich potomkowie) mają trzy lata, by złożyć wnioski o zwrot ziemi.
Zdaje się jednak, że było to tylko oficjalne potwierdzenie procesu, który zaczął się wcześniej, ponieważ już od stycznia 2021 roku członkowie rodzin mogli wchodzić na swoje dawne ziemie i je na własną rękę porządkować. Co ciekawe, prawo zmieniło się, mimo że wcześniej ówczesny premier Czarnogóry, a dziś prezydent, Milo Đukanović, twierdził, że raczej nie będzie to możliwe.


Cisza, spokój, morze szkła
Spacerując po terenie dawnego ośrodka nadal można zobaczyć jego dawny przepych i ogrom, który musiał robić wrażenie na gościach, zwłaszcza tych mniej zamożnych. Jak to zwykle w takich opuszczonych obiektach bywa, natura szybko upomniała się o swoje i wprowadziła do pomieszczeń, w których dawniej odpoczywali najważniejsi ludzie w kraju. Teren jest porzucony i niestrzeżony, jednak spacer wymaga ostrożności, bo wszędzie leży dużo rozbitego szkła, a w wielu budynkach ze ścian wystają kable i metalowe elementy konstrukcji.
Choć z badań, przeprowadzonych przez pracowników naukowych Wydziału Biotechnologicznego w Podgoricy wynika, że wiele stan wielu gajów oliwnych jest kiepski i przypomina "porośniętą samosiejkami dżunglę", przynajmniej część potomków dawnych właścicieli zaczęła na powrót troszczyć się o rodzinną spuściznę. Osoby, którym leży na sercu los drzew, próbują także zainteresować sprawą władze.


Ratujmy co się da. Póki się da
Arben Elezaga, prezes Stowarzyszenia Plantatorów Oliwek "Valdanos", cytowany przez serwis internetowy Radio Televizija Crne Gore, wyjaśnił: "My, plantatorzy oliwek, apelujemy do właściwych instytucji państwowych o pomoc w uporządkowaniu i rewitalizacji gajów oliwnych oraz o zapewnienie ich ochrony poprzez budowę dróg dojazdowych, a także systemów przeciwpożarowych i nawadniających, przy jednoczesnym rozwiązaniu problemu nielegalnej zabudowy. Jako stowarzyszenie ustawiliśmy na terenie gaju tablice informacyjne i znaki, aby uczulić wszystkich na konieczność zachowania szczególnej ostrożności i czujności, gdyż chwila nieuwagi może doprowadzić do pożaru o katastrofalnych skutkach". Biorąc pod uwagę liczbę tegorocznych pożarów na terenie Chorwacji i Czarnogóry, nie są to jedynie czcze groźby, ale realne zagrożenie.


Co więc będzie dalej? Ponieważ Czarnogóra z roku na rok przyciąga coraz więcej turystów, także z Polski, trudno uwierzyć, że bajeczne tereny zatoki Valdanos i dawnego ośrodka nie ulegną zmianie. Pewnie z czasem wyrosną tutaj hotele, na cichej plaży pojawią się leżaki i parasole, a obok - restauracje. Tymczasem jednak pusta plaża i pusty ośrodek pozwalają na chwilę uciec od zgiełku i naprawdę odpocząć.
