Niedzielny poranek 18 stycznia był piękny, słoneczny, jak zwykle zresztą w tych okolicach. Spokojne wody zatoki Sydney Harbour przyciągały tłumy. 12-letni Nico Antica postanowił z grupą przyjaciół wybrać się na plażę Shark Beach. Dzieci największą frajdę miały skacząc do wody ze skały o wysokości sześciu metrów.
Beztroska zabawa w jednej sekundzie zmieniła się w dramatyczną walkę o życie. Rozniósł się przerażający krzyk, a chłopcy obserwowali, jak Nico znika na chwilę pod wzburzoną wodą. Kiedy zabarwiła się na czerwono już wiedzieli, co się stało.
Nie spanikowali, rzucili się na ratunek koledze i natychmiast powiadomi służby. Nadinspektor Joseph McNulty, dowódca policji wodnej w Nowej Południowej Walii, pochwalił później ich bohaterską postawę. - Odważni młodzi przyjaciele.
Przybyli po wezwaniu funkcjonariusze umieścili nieprzytomne dziecko w łodzi policyjnej i udzielili mu pierwszej pomocy, zakładając dwie opaski uciskowe, aby zatamować krwawienie z nóg.
- Widok na miejscu był przerażający - powiedział nadinspektor McNulty. Ratownicy podjęli desperacki wyścig o życie 12-laka. Próbując go reanimować pędzili w stronę nabrzeża, gdzie oczekiwał zespół ratownictwa medycznego.


Nico Antica w stanie krytycznym trafił na oddział intensywnej terapii w szpitalu dziecięcym w Sydney. Sześć dni później z lecznicy dotarły tragiczne informacje, chłopiec zmarł w wyniku odniesionych obrażeń.
"Z ogromnym bólem serca informujemy, że nasz syn, Nico, odszedł" - napisali w oświadczeniu jego rodzice, Lorena i Juan Antic.
Eksperci ds. dzikiej przyrody próbowali ustalić gatunek drapieżnika odpowiedzialnego za atak. Uznali, że najprawdopodobniej był to rekin tępogłowy (Carcharhinus leucas). Powszechnie spotykany na całym świecie w ciepłych i płytkich wodach wzdłuż wybrzeży i rzek. Znany jest ze swojej agresywnej natury, uważany za jednego z najbardziej niebezpiecznych dla człowieka.
Od razu pojawiły się też pytania o przyczynę ataku. - Uważamy, że słodkie wody spływające po opadach sprawiły, że morze stało się mętne, a ruchy wody wywołane pluskaniem mogły stworzyć idealne warunki do ataku - przekazał dziennikarzom McNulty.
Wtedy jeszcze nie przypuszczano, że to początek krwawej serii.
Nazajutrz po pierwszym ataku władze poinformowały, że przy plaży North Steyne w dzielnicy Manly rekin odgryzł duży fragment deski 11-letniego surfera. Dziecko miało szczęście, drapieżnik szybko odpłynął.
Kilka godzin później doszło do dużo dramatyczniejszego w skutkach ataku. Mężczyzna w wieku około dwudziestu kilku lat trafił do szpitala w stanie krytycznym z poważnymi obrażeniami nóg. "Mężczyzna został wyciągnięty z wody przez osoby postronne, które udzieliły mu pierwszej pomocy jeszcze przed przybyciem służb ratunkowych" - przekazała w oświadczeniu stanowa policja.
Wszystkie plaże w części Sydney natychmiast zamknięto. Okazało się jednak, że ostrzeżenia nie dotarły dalej na północ, już poza metropolię. Następnego dnia, w rejonie Mid North Coast, pogryziony został kolejny surfer. "Miał szczęście i doznał jedynie 'lekkich' obrażeń - podała organizacja Surf Life Saving New South Wales.
"Lepiej udać się na lokalny basen, ponieważ obecnie uznajemy plaże za niebezpieczne" - przekazano. Działacze organizacji również wskazali na mętną wodę, która "sprzyja aktywności żarłaczy tępogłowych". Był to czwarty odnotowany w tym stanie atak rekina w ciągu 48 godzin.
Ponowne zamknięcie wszystkich plaż wzdłuż wybrzeża w Sydney ogłoszono w kwietniu. Na terenie nadmorskiego Parku Narodowego Royal, na skałach obmywanych przez fale na plaży Era, zauważono osiemnastometrowe i ważące 25 ton ciało kaszalota.
W okolicy natychmiast pojawiły się żarłacze tępogłowe, jak i żarłacze białe. - Choć dla ludzi mogą to być sytuacje budzące lęk, są to zjawiska całkowicie naturalne. Rekiny włączają szczątki wieloryba z powrotem do łańcucha pokarmowego - wyjaśnił w rozmowie z agencją AFP Brendon Neilly, kierownik regionalny w Służbie Parków Narodowych i Dzikiej Przyrody Nowej Południowej Walii.
- Osobiście bym tam nie pływał - przyznał. Zdanie podzieliła organizacja Surf Life Saving NSW i zamknęła wszystkie plaże w okolicy.


- Nie możemy zabronić ludziom wchodzenia do wody, ale biorąc pod uwagę liczbę rekinów oraz doniesienia o obecności dużych żarłaczy białych i tępogłowych - nie są to ryby, w towarzystwie których chciałoby się pływać - powiedział w rozmowie z telewizją ABC Stephen Pearce, dyrektor generalny Surf Life Saving NSW.
"To przerażające widzieć coś takiego na własne oczy"
W połowie maja doszło do kolejnej tragedii, tym razem w Australii Zachodniej. Przed godziną 10 rano w pobliżu wyspy Rottnest, niedaleko Perth, ponad czterometrowy żarłacz biały pogryzł 38-letniego mężczyznę. "Niestety, nie udało się go uratować" - przekazała policja stanowa.
Służby nie miały wątpliwości, że za atak odpowiadał żarłacz biały (Carcharodon carcharias), jeden z największych rekinów drapieżnych - osiąga długość do 6 metrów, przy masie do 2 ton, a rekordowy potwierdzony okaz mierzył 7,2 m przy masie 3,4 tony.
Żarłacz biały nazywany jest również rekinem ludojadem, co nie do końca odpowiada prawdzie. Człowiek nie jest bowiem jego "przysmakiem". Ataki należy raczej traktować jako "pomyłki" drapieżnika. Wskazuje na to sposób ataku. Rekin nie rozrywa ofiary, lecz gryzie i w większości wypadków odpływa, pozwalając ofierze przeżyć. Nie należy również wykluczać, że zwierzę broni swojego terytorium.
Nie minął tydzień, a Australię obiegła kolejna tragiczna wiadomość. Nadeszła z Queensland. 39-letni mężczyzna polował z kuszą na rafie koralowej Kennedy Shoal, doznał ciężkich urazów głowy. - Wyciągnęła go wody osoba, która była z nim w momencie ataku - powiedziała inspektor policji Queensland, Elaine Burns, na konferencji prasowej. - To przerażające widzieć coś takiego na własne oczy.
Do ataku doszło daleko od brzegu. Straż przybrzeżna, wezwana na pomoc z prywatnej łodzi, potrzebowała ponad godziny, by dopłynąć z rannym do pochylni dla łodzi w Hull River Heads. Czekający tam ratownicy nie byli już w stanie uratować 39-latka.
Łódź wędkarska Gererda Pike'a z Hooked Up Fishing była tego dnia sześć mil od Kennedy Shoal. Przyznał, że widział w okolicy dużą liczbę "wściekłych, nieprzewidywalnych" żarłaczy tępogłowych.
- Wrzuciliśmy do wody makrele hiszpańskie i jedną z nich zjadło sześć osobników, cztery metry od krawędzi łodzi - powiedział w rozmowie z reporterem AFP. - Nie zamierzaliśmy zanurzać palców w wodzie.
Inny operator, którego łódź znajdowała się w pobliżu, powiedział, że ataki rekinów w tym rejonie są rzadkie, chociaż spotykano tam żarłacze tępogłowe i rekiny tygrysie (Galeocerdo cuvier) - uważane za drugi gatunek - po żarłaczu białym - najczęściej atakujący człowieka. Wpływa na płytkie rafy, do portów, kanałów, przez co zwiększa się prawdopodobieństwo spotkania z ludźmi.
- To jedna z tych niefortunnych sytuacji. Rekiny konkurują z rybakami - mówił Rob Parsonage z Mission Beach Dive.
Czwarty śmiertelny atak rekina w tym roku miał ponownie miał miejsce u wybrzeży Australii Zachodniej. 6 czerwca 4,5-metrowy rekin zaatakował u wybrzeży Wyspy Michaelmas, na południowy wschód od Perth.


"Mężczyzna po trzydziestce łowił ryby z kuszą, gdy został zaatakowany przez śmiercionośną rybę. Został zabrany na brzeg, gdzie ratownicy medyczni próbowali go opatrzyć. Niestety, nie udało się go uratować" - poinformowała policja.
Stoczyła walkę z rekinem. "Jak z dinozaurem"
13 czerwca przy plaży Coogee heroiczną walkę o życie stoczyła 34-letnia nauczycielka szkoły podstawowej z Sydney Leah Stewart. Kobieta, po ataku przez ponad dwa i pół miesiąca znajdowała się w stanie śpiączki farmakologicznej.
Stewart pływała późnym rankiem w "krystalicznie czystej" wodzie, nieświadomie dzieląc ją z rekinem, którego świadkowie opisali jako czterometrowego żarłacza białego.
Kiedy zmierzała już do brzegu, usłyszała krzyk dziewczyny. - Odwróciłam się i zobaczyłam za nią ogromną płetwę. Była potężna. Początkowo pomyślałam: O, delfin - opowiadała w programie "60 Minutes" stacji Nine Network.
- Przyjrzałam się jej rozmiarom i zdałam sobie sprawę, że to nie delfin. Zaczęłyśmy więc krzyczeć wniebogłosy: rekin, rekin, rekin.
Przepłynęła jeszcze kilka metrów, a gdy się odwróciła zwierzę było przy niej.
- Jego pysk był przerażający. Nigdy nie zapomnę - był ogromny. Zęby, potężna paszcza i oczy - małe, czarne, paciorkowate ślepia. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Obawiając się, że rekin ugryzie ją w twarz, postanowiła uderzyć pierwsza. - Pomyślałam: którą rękę jestem w stanie poświęcić?. Jestem praworęczna, więc zdecydowałam się na lewy sierpowy. Zamachnęłam się, a on chwycił moje przedramię i szarpnął, odrywając skórę, mięśnie, wszystko.
Stewart przyznała, że była w szoku, gdy spojrzała w dół i zobaczyła swoją zranioną rękę. - W następnej chwili poczułam, jak chwyta mnie za lewe udo i wciąga pod wodę.
Gdy drapieżnik ściągał ją w dół, Stewart wzięła głęboki oddech, myśląc o tym, że musi przeżyć dla swojej małej córki, August.
- Zaczęłam okładać rekina pięściami - raz za razem, cios za ciosem. To było jak walka z dinozaurem - dodała. - Był tak potężny. Uderzanie w niego przypominało walenie w ceglany mur. Chyba udało mi się zadać naprawdę mocny cios, bo zwierzę puściło, a ja wypłynęłam na powierzchnię.


Do brzegu kobiecie pomógł dotrzeć wyczynowy zawodnik pływający na desce z wiosłem (SUP), który znajdował się w pobliżu.
Leah Stewart wciąż przebywa w szpitalu, przeszła wiele operacji, w tym amputację części lewego ramienia.
Mrożące krew w żyłach nagranie, aplikacje i drony
Rosnące zagrożenie w wodach wokół Australii doskonale obrazuje nagranie, które opublikowali ratownicy wodni patrolujący z helikoptera wybrzeże w pobliżu Cape Naturaliste, około 190 kilometrów na południe od Perth. Widać na nim żarłacza białego o długości 4,5 metra, krążącego wokół dwóch nurków
Ratownicy w porę ich ostrzegli. "Nieświadomi zagrożenia nurkowie zareagowali na syrenę uruchomioną przez naszą załogę. Wyszli z wody na skuter wodny i udali się w bezpieczne miejsce" - poinformowała w mediach społecznościowych organizacja Surf Life Saving Western Australia.


