Cel nowych regulacji wydaje się być prosty - dzieci mają jeść znacznie zdrowiej, bardziej różnorodnie. W dużej mierze opierać ma się to na założeniach diety planetarnej, choć ta nazwa większości osób mówi niewiele.
Szkolne stołówki zmieniają zasady - o co chodzi?
- Określenie "dieta planetarna" brzmi dość rewolucyjnie, ale w praktyce te zmiany są mniej radykalne, niż może sugerować sama nazwa. Nie chodzi o wyeliminowanie mięsa czy produktów odzwierzęcych z żywienia dzieci, ale przede wszystkim o zmianę proporcji w jadłospisie. Większy udział mają mieć warzywa, produkty pełnoziarniste i nasiona roślin strączkowych, a ograniczane mają być m.in. cukier dodany, żywność o niższej wartości odżywczej i częstotliwość podawania potraw smażonych - wyjaśnia dr Joanna Smarkusz-Zarzecka, dietetyczka kliniczna z Zakładu Dietetyki i Żywienia Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.
Dzieci nadal mają jeść mięso i ryby, ale częściej na talerzach mają pojawiać się też produkty, które w diecie najmłodszych występują zbyt rzadko. Jak podkreśla Joanna Smarkusz-Zarzecka, dotyczy to szczególnie strączków, czyli np. soczewicy, fasoli, ciecierzycy czy grochu. Nie są to przecież produkty egzotyczne, ale w wielu domach pojawiają się sporadycznie, dlatego część dzieci po prostu nie jest przyzwyczajona do ich smaku czy konsystencji.
- Nowe zasady większy nacisk kładą też na obecność warzyw lub owoców w każdym posiłku, produkty pełnoziarniste, wodę jako podstawowy napój oraz ograniczenie cukru i potraw smażonych. Ważne jest również to, żeby jadłospis odpowiadał zapotrzebowaniu dzieci na energię i podstawowe składniki odżywcze. Warto też pamiętać, że dieta planetarna odnosi się nie tylko do zdrowia człowieka, ale również do wpływu sposobu żywienia na środowisko. Dlatego nie traktowałabym tych zmian jako całkowitej rewolucji, ale raczej jako próbę uporządkowania żywienia dzieci w kierunku zgodnym z aktualnymi zaleceniami - dodaje dietetyczka.
Warto zaznaczyć, że zmiany nie kończą się jedynie na tym, co dzieci zastaną na stołówkach. Nowe regulacje obejmują także sklepiki szkolne oraz automaty z żywnością. Już od pierwszych dni września uczniowie zauważają, że zmieniło się nie tylko to, co dostają na obiad, ale również to, co mogą kupić na terenie szkoły.
Co na to rodzice, otwiera się w nowym oknie? Emocji nie brakuje
Na papierze wszystko wygląda prosto. Mniej cukru i soli, produktów smażonych, więcej warzyw, strączków, produktów pełnoziarnistych. Zdaniem wielu osób problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba te pomysły przełożyć na talerz dziecka. I właśnie tutaj pojawiają się wątpliwości i pytania ze strony rodziców. Czy jest szansa, że nowe potrawy posmakują dzieciom? Czy uczeń, który nie lubi soczewicy ani fasoli, zje szkolny obiad? Co w sytuacji, gdy, zamiast jeść zdrowiej, nie zje nic?
- Już widzę, jak dzieciaki zajadają się kotletami z soczewicy. Rozumiem sam pomysł, ale z wykonaniem będzie ciężko, uczniowie będą po prostu chodzić głodni - mówi Ania, mama trójki dzieci w wieku szkolnym.
Dodaje, że wiele jej koleżanek po prostu nie zapisze swoich pociech na obiady, bo nie widzi w tym sensu, skoro nowe propozycje w menu nijak wpisują się w upodobania dzieci. Czy jednak na pewno warto iść tą drogą, biorąc pod uwagę korzyści zdrowotne, które mają wyniknąć z wprowadzonych zmian?
Dr Joanna Smarkusz-Zarzecka zaznacza, że obawy rodziców są zrozumiałe i nie ma sensu ich bagatelizować, ponieważ dzieci rzeczywiście są bardzo wrażliwe na smak, zapach, wygląd i konsystencję potraw. Jeśli dziecko nigdy wcześniej nie jadło soczewicy czy ciecierzycy, trudno oczekiwać, że od razu przyjmie nową potrawę z entuzjazmem. Z drugiej strony, jej zdaniem pierwsza odmowa nie oznacza jeszcze, że dziecko danego produktu nie polubi. Akceptacja nowych smaków często wymaga wielokrotnego, spokojnego podawania danego produktu, dlatego nie warto zniechęcać się po jednej czy dwóch nieudanych próbach.
- Ogromne znaczenie będzie miał sposób przygotowania posiłków. Strączki można podać w mało atrakcyjnej formie, ale można też włączyć je do potraw, które dzieci już znają - sosów, zup kremów, past, kotlecików czy nadzień. Ważne będzie też to, jak cała zmiana zostanie przedstawiona dzieciom i rodzicom. Jeśli będzie komunikowana wyłącznie jako nakaz "od teraz jemy inaczej", opór może być większy. Jeśli natomiast dzieci będą stopniowo poznawały nowe smaki, a rodzice będą wiedzieli, po co te zmiany są wprowadzane, szansa na ich akceptację rośnie - podkreśla dietetyczka.
Zmiana jadłospisu nie wystarczy
Idąc tym tropem wyraźnie widać, że kluczowy będzie sposób wprowadzenia tej stołówkowej rewolucji. Zmiana jadłospisu to jedno, ale chodzi także o to, jak dania zostaną przygotowane.
W praktyce problemem faktycznie może okazać się nie sam produkt, a sposób jego podania. Dziecko może nie przepadać chociażby za soczewicą (lub jej nie znać), ale niekoniecznie odmówi zjedzenia jej w każdej postaci. Inaczej może potraktować ją w formie kotleta, inaczej jako składnik sosu do makaronu czy zupy krem.
Nowe zasady wprowadzane będą pewnie nie wszędzie z sukcesami - wiele może zależeć tu od umiejętności i pomysłowości kuchni czy też cateringu. Czy osoby odpowiedzialne w tym zakresie znajdą sposób na przygotowanie zdrowych, a jednocześnie atrakcyjnych dla uczniów posiłków?
Rozporządzenie już jest. Czas na tych, którzy gotują
Jak wiadomo, samo rozporządzenie nie zadziała jak za dotykiem magicznej różdżki. Raczej nie będzie tak, że dzieci i młodzież pod dyktando zaczną jeść chętniej więcej warzyw czy roślin strączkowych. Ministerstwo Zdrowia określiło pewne ramy, ale co dalej?
- Sam kierunek zmian oceniam pozytywnie, choć bardzo dużo będzie zależało od tego, jak zostaną one wprowadzone w praktyce. Założenie jest zgodne z tym, co od lat rekomendujemy w żywieniu dzieci - więcej warzyw, produktów pełnoziarnistych i strączków, a mniej cukru, produktów wysoko przetworzonych i potraw smażonych. Intencją tych zmian jest przede wszystkim poprawa jakości żywienia dzieci i kształtowanie prawidłowych nawyków od najmłodszych lat. W diecie dzieci bardzo ważna jest odpowiednia podaż błonnika pokarmowego, którego często jest po prostu za mało. Jego źródłem są warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i strączki. Te ostatnie dostarczają dodatkowo białka roślinnego, folianów, żelaza, magnezu i potasu - mówi dr Joanna Smarkusz-Zarzecka.
Dietetyczka nie ma jednak wątpliwości - można stworzyć jadłospis, który na papierze wygląda bardzo dobrze, ale jeśli posiłki będą niesmaczne albo mało atrakcyjne dla dzieci, korzyści z tych zmian będą ograniczone. W żywieniu zbiorowym nie wystarczy więc spełnić normy - trzeba jeszcze umieć przełożyć ją na dobrze przygotowany i akceptowany przez dzieci posiłek.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że cały ciężar wprowadzenia ustalonych ministerialnie zmian spoczywa teraz na osobach ustalających konkretne jadłospisy i pracujących w kuchniach. Z pewnością warto także, aby rodzice podeszli do sprawy z większym zaufaniem, dostrzegając wartość w zaproponowanych od września rozwiązaniach.
- Ważne jest też kształtowanie nawyków. Jeśli dziecko regularnie widzi na talerzu warzywa, kasze czy strączki, z czasem ma większą szansę potraktować je jako naturalny element diety. Nie przedstawiałabym jednak diety planetarnej jako rozwiązania idealnego dla każdego dziecka. W żywieniu dzieci najważniejsze pozostają prawidłowy wzrost i rozwój oraz odpowiednia podaż energii i składników odżywczych. Dlatego wartość tych zmian widzę przede wszystkim w większej różnorodności i lepszej jakości jadłospisu, a nie w samym ograniczaniu mięsa - dodaje pracownica Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.
Zaczyna się prawdziwe wyzwanie
Joanna Smarkusz-Zarzecka rozumie obawy rodziców, ale nie zaleca demonizowania zmian. Sam kierunek reformy wydaje się potrzebny - menu proponowane w placówkach oświatowych powinno przecież odpowiadać aktualnej wiedzy odnośnie żywienia najmłodszych. Nie oznacza to jednak, że wystarczy wpisać do jadłospisów konkretną listę produktów.
- Dla mnie kluczowe jest więc coś innego: czy placówki rzeczywiście poradzą sobie z przygotowaniem tych potraw tak, żeby były jednocześnie wartościowe, smaczne i dostosowane do wieku dzieci. To właśnie od jakości wdrożenia będzie w dużej mierze zależał efekt tych zmian - podsumowuje dietetyczka z UMB.
Tu kończy się rola sztywnych ministerialnych wytycznych. Czas na pierwszy sprawdzian - codzienność szkolnych stołówek. Rozporządzenie może określać, jak często na talerzu ucznia ma pojawić się ryba, ile razy podać rośliny strączkowe oraz co będzie dostępne do kupienia w szkolnym sklepiku. Nie odpowiada jednak na kluczowe pytanie - jak przygotować szkolny posiłek tak, by nie tylko spełnił wymagania żywieniowe, ale aby uczeń faktycznie chciał go zjeść.
To zadanie spoczywa teraz na osobach odpowiedzialnych za układane jadłospisów, kucharzach czy firmach cateringowych. Od ich wiedzy, doświadczenia i pomysłowości zależą losy reformy - czy nowe zasady mogą stać się dla dzieci naturalną, korzystną zmianą? Czas pokaże.
Ważną rolę odgrywają także rodzice. Jeżeli ta, faktycznie spora, zmiana w szkolnym menu będzie przedstawiana dziecku negatywnie, trudno oczekiwać dobrych efektów. Z drugiej strony rodzic ma prawo pytać i mieć wątpliwości.
Jedno jest pewne - o sukcesie w tym temacie nie decyduje treść ministerialnego dokumentu, ale to, co faktycznie wydarzy się przy stole.
