Reklama

Na sam początek, żeby niepotrzebnie nie wywoływać gorączki u osób bojących się wszystkiego, co ma osiem odnóży - z żyjących na świecie 50 tys. gatunków pająków zaledwie jakieś 200 dysponuje jadem na tyle silnym, by mógł on zagrozić człowiekowi. Jeszcze mniej jest takich gatunków w Polsce, bo z rodzimych ok. 800 gatunków jedynie parę może sprawić przykrość w postaci bólu, ale o życie obawiać się nie ma co. Jasno też trzeba powiedzieć, że niemal wszystkie pająki dysponują jadem, ale w 98 proc. przypadków jest on groźny jedynie dla stworzeń stanowiących ich pokarm.

Coraz powszechniejszy kolczak zbrojny

Reklama

Najgorszą sławą cieszy się kolczak zbrojny (Cheiracanthium punctorium). Ten pająk z rodziny zbrojnikowatych dość powszechnie występuje w Europie. Osiągającego nawet półtora centymetra długości stawonoga charakteryzują szczękoczułki wystarczająco mocne, by przebić skórę człowieka. Jego jad jest zaś na tyle silny, by sprawić ból trwający od kilku minut do nawet kilku godzin.

Później, nawet po kilku godzinach od ugryzienia, mogą się pojawić inne symptomy - miejscowa opuchlizna, zaczerwienienie, pieczenie, drętwienie. Wszystkie powinny ustąpić w ciągu paru dni.

Wprawdzie w skrajnych przypadkach ukąszony wymagać będzie pomocy medycznej, mogą czasowo wystąpić różne powikłania zdrowotne (nudności, ból głowy, wymioty, skurcze brzucha, gorączka, tachykardia, niedociśnienie tętnicze, neutrofilia, niewydolność krążenia i problemy z oddychaniem), to jednak nie ma żadnych dowodów, by jad kolczaka był w stanie zagrozić życiu człowieka.

Podkreślić należy, że ani razu nie odnotowano przypadku, w którym jad kolczaka spowodował reakcję alergiczną.

Jeśli ktoś obawia się spotkania z kolczakiem zbrojnym, to należy uspokoić. To wcale nie jest powszechnie występujący w Polsce gatunek. Znacznie częściej można na niego natrafić na południu Europy. Do nas zawędrował wraz z ociepleniem klimatu. Wprawdzie pierwsze wzmianki o nim pojawiły się już w XIX wieku, to jednak dopiero w 1959 roku udokumentowano jego obecność w Masywie Ślęży, a kolejne w 1988 roku w rezerwacie Krzemionki w Świętokrzyskiem.

Po raz pierwszy w XXI wieku pojawił się na Śląsku. W 2007 roku natrafiono na niego we wsi Boruszowice. A w ostatnich latach dotarł na Roztocze i Wyżynę Lubelską. Coraz częściej płyną też doniesienia z innych miejsc, m.in. z Niziny Wielkopolsko-Kujawskiej i z Karkonoskiego Parku Narodowego, przy granicy polsko-czeskiej.

Kto się boi schodzić do piwnicy?

Jeszcze rzadszym przypadkiem będzie natrafienie na sieciarza jaskiniowego (Meta menardi). Ten gatunek pająka z rodziny kwadratnikowatych, jak sama nazwa wskazuje, zamieszkuje głównie jaskinie. Może ewentualnie zawędrować do wilgotnych piwnic, w pobliże studzienek kanalizacyjnych, kopalnianych sztolni, starych studniach i wąwozów.  

Osiągający 12 milimetrów pajęczak też bardzo groźny nie jest. Atakuje wyłącznie w obronie. Jeśli go nie zauważymy, a on dostrzegł nas i ukąsił, to z pewnością to poczujemy. Jego jad zawiera neurotoksyny, wywołujące miejscowy stan zapalny i ból. Czasem może pojawić się też gorączka. Jednak poza bólem i opuchlizną życiu człowieka nie zagraża.

Podobne miejsca do życia wybrał sobie sidlisz piwniczny (Amaurobius ferox). Gatunek pająka z rodziny sidliszowatych jest w Polsce jednak o wiele bardziej powszechny, gdyż poza jaskiniami i piwnicami lubi wybierać na swoje lokum stare budynki gospodarcze, stare mury, a także zacienione miejsca pod kamieniami w ściółce leśnej.

Jest duży, jak na nasze warunki, bo długość sidlisza przekracza 15 milimetrów. Ale na tym jego możliwości przestraszenia człowieka się kończą. Nawet jeśli pomieszkuje obok nas, to możemy nigdy na niego nie trafić, niemal całą aktywność prowadzi bowiem po zmroku.

Potrafi ukąsić, ale jak do tej pory opisano zaledwie jeden taki przypadek. A 29-letni mężczyzna, który miał okazję zostać pionierem, porównał ból do ukąszenia osy. Odczuwał go mocno przez parę godzin, po dwunastu ustąpił całkowicie.

Nieszczęśnik nieco dłużej obserwował opuchliznę, w której miejscu po paru dniach pojawiły się czerwonawe grudki z pęcherzykami, a wszelkie ślady po nieprzyjemny jednak spotkaniu zanikają po około dwóch tygodniach.

Choć jad sidlisza piwnicznego ludziom niegroźny, to może sprawić inne problemy. Richard Roberts, z Uniwersytetu w Plymouth opisał w 2010 roku możliwość przenoszenia przez sidlisza mikroorganizmów, takich jak opornego na metycylinę gronkowca złocistego, tego, który coraz częściej bywa przyczyną zakażeń wewnątrzszpitalnych. Groźnych dla człowieka, bo odpornych na wszystkie antybiotyki z grupy beta-laktamów - w tym penicyliny. 

Z innych pająków, które wzbudzają strach, ale krzywdy wyrządzić nie mogą, wymienić można jeszcze m.in. krzyżaka ogrodowego (Araneus diadematus) z charakterystycznym białym krzyżem na odwłoku, po którego ugryzieniu poczujemy lekkie szczypanie i swędzenie oraz kątnika domowego (Tegenaria domestica) i kątnika domowego większego (Eratigena atrica), oba często pojawiają się w domach, ale unikają ludzi, a ich jad nie jest niebezpieczny.

Nosferatu wampir, gość zza Odry

Prawdziwe novum na polskim "rynku pająków" stanowi Zoropsis spinimana - gatunek z rodziny Zoropsidae, który nie doczekał się jeszcze polskiej nazwy, choć powszechni mówi się o nim Nosferatu. Brzmi groźnie, ale czy rzeczywiście taki jest?

Nosferatu swoje "przezwisko" zawdzięcza upiornemu wyglądowi wampira ze słynnego horroru. Duży, jeden z największych w Europie, o długości ciała nawet dwóch centymetrów (a z odnóżami do sześciu), żółtawobiaławy, szarobrązowy lub żółtobrązowy z dwoma czarnymi przepaskami oraz z czarną linią wzdłuż środka, wzbudza postrach.

Pochodzi z regionu Morza Śródziemnego, ale od kilku lat migruje coraz dalej na północ. Ich obecność potwierdzono u niemal wszystkich sąsiadów Polski.

Do nas trafiają na razie głównie zza Odry, gdzie pojawiły się przed dwudziestu laty - pierwszy przypadek odnotowano we Fryburgu (Badenia-Wirtembergia) w 2005 roku. Od tego czasu kraj przeżył prawdziwą ekspansję. Niemiecka Unia Ochrony Przyrody i Różnorodności Biologicznej (NABU) oceniła, że Nosferatu widywany był już we wszystkich zakątkach kraju. Doniesienia o Zoropsis spinimana liczą już dziesiątki tysięcy przypadków. Nasi zachodni sąsiedzi szybko nadali mu nazwę, inspirując się filmem w reżyserii Friedricha Wilhelma Murnaua z 1922 roku - "Nosferatu - symfonia grozy", jednego z pierwszych horrorów w historii kina. 

Tu też nie da się uciec od informacji o zmianach klimatu. - On lubi ciepło - stwierdził w serwisie Tagesschau Hubert Höfer, wiceprzewodniczący Towarzystwa Arachnologicznego, a także były kierownik działu nauk biologicznych Muzeum Historii Naturalnej w Karlsruhe. Tymczasem Nosferatu w Niemczech widywany jest już w parkach i ogrodach.

I zdobywa coraz to nowe obszary. Na łamach czasopisma "Frontiers in Arachnid Science"  eksperci z NABU Alexander Wirth i Gaby Schulemann-Maier stwierdzili, że jego terytorium powiększyło się bardziej, niż wcześniej sądzono. Zauważyli oni, że pająk pojawił się w górach, widziany był na wysokościach powyżej 1000 metrów.

Pająk potrafi przylgnąć do pionowych tafli szkła. Inną charakterystyczną cechą jest to, że nie tka pajęczyn, on tropi swoją ofiarą. I spokojnie, wprawdzie potrafi przebić się przez ludzką skórę, to jednak nie na człowieka poluje. Choć radzi sobie nawet z dość dużą ofiarą. - Czasami przyćmiewa nawet pająki domowe, które bywają większe, przynajmniej pod względem rozpiętości odnóży - zauważa Höfer.

Jego pojawienie się w Polsce to wciąż pojedyncze przypadki, choć  coraz częstsze. W ubiegłym roku stał się bohaterem prasy dolnośląskiej. Wszystko za sprawą wizyty na wrocławskich Maślicach. Jeden z mieszkańców zauważył pajęczaka na szybie samochodu, kiedy wyjeżdżał z garażu - to zresztą jedno jego ulubionych miejsc, podobnie jak ogrodowe szopy i balkony.

Rok wcześniej Nosferatu wzbudził postrach wśród klientów marketu budowlanego w Bielsku-Białej. Wylegiwał się w wózku z roślinami.

Parę miesięcy wcześniej żywego pająka w przesyłce znaleźli pracownicy lotniska Chopina w Warszawie, a w 2023 roku został zaobserwowany w Beskidach.

Przerażenie mieszkańców uznać należy za całkowicie niesłuszne. - Ukąszenie jest generalnie nieszkodliwe dla ludzi - podkreśla Höfer. Ból jest zazwyczaj mniejszy niż użądlenie osy. Miejscowo pojawia się zaczerwienienie lub obrzęk, który może utrzymywać się przez kilka dni. I najważniejsze, jak większości przypadków, do ukąszenia dochodzi niemal wyłącznie wtedy, gdy zwierzę czuje się zagrożone.

Warto się do tego przyzwyczaić, gdyż liczniejsza obecność Zoropsis spinimana w Polsce pozostaje kwestią czasu.

Bajki, mity i legendy

Kwestią czasu pozostaje też zapewne pojawienie się w Polsce tarantuli ukraińskiej (Lycosa singoriensis). Wprawdzie co chwilę w mediach znaleźć można informacje o rzekomych obserwacjach tego duży pająka z rodziny pogońcowatych, to jednak wciąż raczej należy wkładać je między bajki. Naukowcy dotychczas nie potwierdzili jego obecności w Polsce.

Tarantula ukraińska pochodzi z terenów Azji, z południowo-wschodniej części Chin i Rosji. Jej migracja do Europy trwa od ponad 100 lat. Zauważono je na Węgrzech i we wschodniej Austrii, a w ostatnich latach rozmnożyły się na obszarach zalewowych Dniepru i Prypeci na Ukrainie, właśnie stąd stopniowo zaczęły rozprzestrzeniać się na Zachód i stąd też ich polska nazwa.

W Polsce tarantulę miano widywać w Bieszczadach, ale doniesienia te trudno potwierdzić, naukowcom się nie udało. Zwracają natomiast uwagę na podobieństwo tego pajęczaka do innych gatunków, które w Polsce występują. Często mylona jest z innymi przedstawicielami rodziny pogońcowatych np.  wymykiem szarawym (Arctosa cinerea), ale i innymi, choćby z kątnikami czy przedstawicielami rodziny worczakowatych.  

Gdyby nawet okazało się, że już jest w Polsce, to spokojnie. Wprawdzie tarantula ukraińska jest duża (największy pająk występujący w Europie, mierzy - bez odnóży - do 40 mm długości) i agresywna, a ukąszenie bolesne i dość długo utrzymuje się po nim opuchlizna, to jednak jad jest zupełnie niegroźny dla człowieka.

Sprawa robi się poważna. Karakurt blisko Polski

Przyznać jednak trzeba, że jest jeden pająk, którego obawiać się należy. To karakurt, zwany też karakurtem trzynastokropkim (Latrodectus tredecimguttatus) z rodziny omatnikowatych.

Zamieszkuje suche rejony zachodniej i środkowej Azji, po Turcję, Grecję, Hiszpanię, Włochy, Chorwację, Cypr, aż do południowej Francji i Korsyki oraz północną Afrykę. W ostatnich latach zaczął pojawiać się w innych rejonach Europy, coraz bliżej Polski. Na przykład w południowej części Ukrainy, na południu w Rosji i w Niemczech. Żyje w suchych, odkrytych miejscach (także na polach uprawnych); w czasie cyklicznych masowych pojawów można natrafić nawet kilka pająków na jeden metr kwadratowy.

Karakurt ma bardzo ostre szczękoczułki, bez żadnych problemów przekłuwających ludzką skórę. A jeszcze gorsze jest to, że produkuje jad szczególnie szybko i silnie działający. Najgroźniejszym skutkiem ukąszenia jest - podobnie jak w przypadku jego krewnej, czarnej wdowy (Latrodectus mactans) - latrodektyzm, który powoduje podwyższoną temperaturę, wymioty, skurcze mięśni i drgawki.

 

Na okupowanym przez Rosję Krymie zaczęto w ostatnich latach odnotowywać gwałtowny wzrost ukąszeń przez te pająki. W ciągu trzech lat liczba takich przypadków wzrosła z 15 do 120.

Ale problem jest też widoczny dalej na wschód. W obwodzie wołgogradzkim w lipcu 2023 roku doszło do poważnego wypadku. 13-letni chłopiec, który pracował z babcią w ogrodzie, poczuł nagle silne ukąszenie. Okazało się, że pająk ugryzł go w kolano. Nastolatek zaczął się skarżyć na ból w nodze, później na ból brzucha. W końcu zaczął mieć duszności i trafił na intensywną terapię w Centrum Ostrych Zatruć.

- Ukąszenie karakurta jest bardziej niebezpieczne niż żmii, ponieważ bez opieki medycznej szanse na przeżycie są praktycznie zerowe - powiedział biolog Jewgienij Abizow, którego cytował "Moskowskij Komsomolec". Naukowiec wskazał też, że kiedy już uda się pomóc pacjentowi, to przebieg leczenia jest dość długi i minimalny pobyt w szpitalu trwa trzy tygodnie.

Sporadyczne przypadki pojawienia się karakurta odnotowano w Niemczech. Najczęściej łączy się je z importem np. owoców. Tak stało się przed rokiem, kiedy w terminalu samochodowym w Bremerhaven znaleziono dwa osobniki czarnej wdowy, czyli bliskiego krewnego karakurta, tylko jeszcze groźniejszego - ich jad jest 15 razy mocniejszy niż grzechotnika. Operator portu, firma BLG, zdecydował się zamknąć jego część i wstrzymać prace - informował portal Deutsche Welle.

Obecność karakurta w Polsce to na szczęście wciąż bajki. Ale warto pamiętać, że nie każda bajka kończy się dobrze.

Stawiając na dobre zakończenie odnotujmy, że międzynarodowe konsorcjum pod kierownictwem Uniwersytetu Technicznego w Brunszwiku opracowało ludzkie przeciwciała neutralizujące jad karakurta. Wyniki badania opublikowano w czasopiśmie "Frontiers in Immunology".