Lata 70. zapisały się w amerykańskim kinie jako czas wyjątkowy. Jeszcze w końcówce poprzedniej dekady pojawił się zwiastun nurtu, który potem zyskał miano "Nowego Hollywood". Od "starego" Hollywood odróżniał się bardziej pesymistycznym przesłaniem, które ewoluowało ku mrocznemu realizmowi. Ponadto - przełamywaniem tabu, czemu sprzyjała emancypacja społeczeństwa, a także reforma przestarzałego systemu hollywoodzkiego. (Chodziło o rezygnację z obowiązującego od lat 30. Kodeksu Haysa narzucającego rygorystyczne zasady moralne). To dało hollywoodzkiemu kinu, od dawna obecną w Europie swobodę obyczajową.
Z początkiem lat 70. w coraz odważniejszych autorskich produkcjach, granica między dobrem a złem zaczęła ulegać zatarciu. Jej miejsce zajęła nieoczywistość, widoczna w najwybitniejszych dziełach tego okresu. Najwyraźniejszym jej przejawem stała się postać samozwańczego mściciela Travisa Bickle’a, w arcydziele Martina Scorsese "Taksówkarz".
Był rok 1976, gdy reżyser w atmosferze aplauzu odbierał Złotą Palmę w Cannes. Ameryka wygrzebywała się dopiero z purytańskich zaszłości. Potrzebowała czasu, by docenić doskonałość i wagę dzieła młodego reżysera. Arcydzieło Scorsese przegrało wtedy oscarową rywalizację - w co dziś trudno uwierzyć - z nieskomplikowanym, a jednak mającym wielką moc rażenia "Rockym" Johna Avildsena, według scenariusza i z tytułową rolą Stallone’a.
Niebawem miało się okazać, że rok 1976 był dla kina amerykańskiego najbardziej przełomowym w historii. Trudno dziś przeoczyć celebrowanie półwiecza takich arcydzieł jak wspomniany "Taksówkarz", "Maratończyk" czy "Wszyscy ludzie prezydenta". Patrząc z perspektywy pięciu dekad, wiemy, że status "wyjątkowego 1976 roku" rozciąga się też poza produkcje z fabryki snów i dotyczy całej światowej, filmowej kultury.
O tym, jak polskie kino odpowiedziało na narodziny Nowego Hollywood, również będzie mowa. Na razie przyjrzyjmy się jednak najwybitniejszym produkcjom 1976 roku powstałym za oceanem.
Ale uwaga - nie wszystkie z 10 celebrujące właśnie półwiecze arcydzieł X Muzy, powstały w Hollywood. Oto ich subiektywna lista, doceniona przez krytyków i filmowców na całym świecie.
O wyjątkowości filmu Scorsese, a także o obchodach jego półwiecza, pisaliśmy wielokrotnie. To właśnie ten film uchodzi za najwybitniejsze dzieło "legendarnego" roku.
Fabułę "Taksówkarza" znamy wszyscy. Oto weteran wojny w Wietnamie grany przez Roberta de Niro, zatrudnia się jako taksówkarz na nocnej zmianie. Jeżdżąc po Nowym Jorku, styka się z podejrzanymi ludźmi, widzi otaczającą go przemoc i okrucieństwo. Próbuje bez skutku nawiązać znajomość z pracownicą kampanii wyborczej, ale dostaje kosza. Kumulacja negatywnych emocji doprowadza Travisa do podjęcia radykalnych kroków. Dla byłego żołnierza z Wietnamu zabijanie to droga do osiągnięcia celu, a zbrodnia jest moralnie usprawiedliwiona. Eliminacja zepsutych jednostek to wyzwanie.
Pierwszą będzie obłudny kandydat na prezydenta, którego Travis spróbuje zabić. Ochrona zdoła temu zapobiec, ale erupcja wulkanu trwa i musi znaleźć ujście. Gdy spotyka młodziutką prostytutkę, zmuszaną do seksu przez alfonsa, postanowi w pojedynkę wymierzyć sprawiedliwość. Scorsese mówi o nim: "Nie lubisz go. Ale gdzieś, w najmroczniejszych pokładach świadomości myślisz podobnie. To nie ma nic wspólnego z dobrem, ale jest ludzkie".
Wybitny amerykański krytyk Roger Joseph Ebert, który pierwszy docenił wielkość dzieła Scorsese, pisał po premierze: "'Taksówkarz' to piekło od sceny otwarcia do kulminacyjnej sceny zabijania, ale to piekło, od którego nie możesz oderwać wzroku. Chcesz w nim tkwić".
"Taksówkarz" to kino totalne. Zachwyca perfekcją, intensywnością doznań. Począwszy od scenariusza Paula Schradera, poprzez zdjęcia Michaela Chapmana, po aktorstwo. Scorsese wspomina: "Ta historia, to rodzaj baśni ludowej czy miejskiej legendy. To opowieść o wilkołaku, który nocami, gdy włóczy się po mieście, przechodzi przemianę. Jego wędrówki w nocy są niebezpieczne. W tym przypadku jednak wilkołak ratuje dziewczynę, zamiast ją zabić" - opowiada. Mowa o wyrwanej ze szpon alfonsa prostytutce, Iris. Grająca ją 13-letnia Jodie Foster, jako jedna z najmłodszych w historii, otrzymała nominację do Oscara.
Brak Oscara dla filmu w głównych kategoriach uznano za skandal.
Jeden z najważniejszych tzw. filmów dziennikarskich w całej historii kina, a zarazem klasyczny thriller polityczny oparty na faktach.
Fabuła filmu koncentruje się na losach Boba Woodwarda (Robert Redford) i Carla Bernsteina (Dustin Hoffman), dwóch reporterów "Washington Post", którzy rozpracowują zagadkowy, tajny spisek, nazwany potem "aferą Watergate". Jak wiadomo, ostatecznie doprowadził on do rezygnacji z urzędu prezydenta Nixona i na zawsze zmienił sposób, w jaki Amerykanie postrzegają Gabinet Owalny i politykę
Chociaż "Wszyscy ludzie prezydenta" nie są filmem sensu stricto politycznym: film zaczyna się od niesławnego włamania do hotelu Watergate, a kończy rezygnacją prezydenta Nixona w niesławie, pomiędzy zdarzenia "wciśnięta" jest historia dwóch reporterów pracujących nad materiałem. Film (scenariusz Williama Goldmana), napisany został tak, by był szczery w swej wymowie. Nie skupia się na tym, dlaczego administracja Nixona złamała zasady, ale na tym, jak bohaterowie gazety "Washington Post" pociągają za sznurki, ujawniając bezprecedensowy poziom zmowy. Szacunek, jaki "Wszyscy ludzie prezydenta" żywią dla dziennikarstwa najwyższej próby, znajduje odzwierciedlenie w stylu "vérité", z drobiazgowo powtórzonymi szczegółami.
Ta dbałość o szczegóły wykracza poza dialogi. Woodward grany przez Redforda robi drobne notatki i bazgroły, jak nadal większość dziennikarzy. I nieważne, że dziś mamy epokę cyfrową. Film ukazuje wagę tego, jaką rolę media odgrywają w utrzymaniu demokracji.
Podobno są lepsze filmy o upadku prezydentury Nixona. Ten jest najlepszym, jaki kiedykolwiek powstał o śledztwie dziennikarskim.
Marny 30-letni pięściarz -amator Rocky Balboa (Sylvester Stallone) prowadzi szare życie w przemysłowej dzielnicy Filadelfii. Marne pieniądze za walki sprawiają, że Rocky pracuje jako egzekutor długów. Gdy pewnego dnia przeciwnik mistrza świata Apollo Creeda odmawia wzięcia udziału w walce, ten postanawia dać szansę zupełnie nieznanemu bokserowi o przydomku włoski ogier. To właśnie Rocky Balboa.
Z pomocą zrzędliwego trenera Rocky zaczyna morderczy trening. W obronie honoru i chęci udowodnienia sobie, że nie jest miernotą, zaczyna zmieniać się w rasowego boksera. Dalej mamy już spełnienie klasycznego amerykańskiego snu: "Od zera do bohatera".
Film ani przez moment nie próbuje nas zaskoczyć oryginalną fabułą, zwrotami akcji. Ten dość banalny obraz potrafi jednak zaangażować nas na elementarnym, wręcz banalnym poziomie. O sile bohatera stanowi heroizm i realizowanie swojego potencjału, podjęcie najlepszego z możliwych wyborów i wierność swojej dziewczynie. Jakimś cudem to działa na wszystkich poziomach. "Rocky" angażuje emocjonalnie bez reszty.
To wystarczyłoby pokonać w oscarowej walce arcydzieło Scorsese- "Taksówkarza". Czy zasłużenie, to już osobny temat.
Dustin Hoffman nie zadowolił się w 1976 roku wybitnym thrillerem "Wszyscy ludzie prezydenta", zagrał też główną rolę w "Maratończyku" Johna Schlesingera.
Hoffman wciela się tu w rolę nowojorskiego doktoranta i maratończyka, którego brat jest agentem rządowym. Ten ostatni współpracuje z nazistą Szellem (Laurence Olivier) w akcji przemytu diamentów. Kiedy brat ginie Babe sam ściga Szella. W starciu obu mężczyzn jest brutalnie torturowany przez Szella, a scena tortur na fotelu dentystycznym zyskała status jednej z najokrutniejszych w historii.
"Maratończyk" powstał na podstawie powieści Williama Goldmana, który był również autorem scenariusza. Film odniósł ogromny sukces artystyczny i kasowy pomimo drastycznej przemocy i uchodzi za szczytowe osiągnięcie "Nowego Hollywood". Laurence Olivier jako doktor Christian Szell, były nazista, zyskał status jednego z największych złoczyńców w historii kina.
"Horror, przy którym blednie "Egzorcysta"- pisali recenzenci po premierze filmu "Omen" Richarda Donnera.
Historia zaczyna się jak klasyczne kino obyczajowe: oto syn amerykańskiego ambasadora umiera tuż po urodzeniu. Tej samej nocy ambasador - nie mówiąc nic żonie - decyduje się adoptować dziecko, które narodziło się tej samej nocy, ale jego matka nie przeżyła porodu.
Przez następne lat państwo Thornowie i Damien wydają się szczęśliwą rodziną. Aż do czasu, gdy zaczną im się przydarzać trudne do wyjaśnienia tragedie. Pierwsza - w dniu urodzin kilkulatka. A urodził się, na co nie od razu można zwrócić uwagę, szóstego czerwca 1966 roku, o szóstej rano. 666...
"Jeśli Bóg zesłał między ludzi swojego syna, to przecież swojego mógł wysłać także szatan. A co, jeśli takie dziecko żyje wśród nas? - takie pytanie przyszło do głowy scenarzyście. Pomyślał, że to świetny pomysł na film i tak właśnie powstał "Omen", który po gigantycznym sukcesie doczekał się czterech sequeli.
Powstaniu filmu szlak przetarły parę lat wcześniej "Dziecko Rosemary" i "Egzorcysta". Podobnie jak w tym pierwszym dziele, krwi miało nie być w "Omenie" wiele - film został rozegrany na lękach racjonalnego, może nawet niewierzącego sceptyka, który musi przyjąć do wiadomości, że ma do czynienia z nieznanym Złem. O jego powstaniu zdecydowało ostatecznie zaangażowanie do głównej roli Gregory’ego Pecka, jednego z największych amantów w historii kina, wówczas u szczytu sławy.
Niewiele horrorów może poszczycić się tego kalibru sukcesem, co właśnie "Omen".
Jeśli chodzi o filmy, które przetrwały próbę czasu i wręcz zyskują na znaczeniu, "Sieć" Sidneya Lumeta nie ma sobie równych. Ten film - inteligentna satyra i zarazem dramat obyczajowy - pozostaje proroczy jeśli mowa o manipulacji mediami i kulcie jednostki. Zwłaszcza po ostatnich wyborach w Ameryce.
Oto Howard Beale (genialny Peter Finch), znudzony prezenter wiadomości telewizyjnych, załamany zwolnieniem z powodu malejącej widowni, ogłasza, że popełni samobójstwo na żywo. O dziwo, zostaje ponownie zatrudniony i zmienia się w szalonego proroka, za sprawą młodej producentki (Faye Dunaway). Mówi rodakom, by krzyczeli przez okno, że są wściekli jak diabli i nie zamierzają tego dłużej znosić. "Beale jest mieszanką Billy'ego Grahama, który mówi Ameryce, że nadchodzą Marsjanie, i mającego obsesje na punkcie oglądalności Donalda Trumpa" - pisał w recenzji wielki Peter Bradshaw z "Guardiana". Lumet przewidział nie tylko reality show u Kardiashanów, ale także prezydenta narcystycznego showmana.
Scenariusz filmu jest fenomenalny. Nie bez powodu zdobył Oscara, a także trzy inne Oscary aktorskie, w tym pośmiertnie dla Petera Fincha. "Sieć" wpisuje się w charakterystyczną hollywoodzką tradycję pokazywania telewizji jako tandetnej, bezmyślnej i skorumpowanej.
Ciekawe, że podobnych filmów o filmach dużego ekranu Amerykanie jakoś nie kręcą.
Bez wątpienia jeden z najwspanialszych filmowych portretów dzieciństwa, a zarazem dojmujące stadium dorosłości osieroconej dziewczynki, jej fascynacji śmiercią i przejmowania wzorców dorosłych.
Nakręcony tuż przed śmiercią wielkiego Carlosa Saury, urzeka perspektywą dziecięcej wyobraźni i relacją między matką a córką. Uzależnia także nas, widzów, od genialnej hiszpańskiej piosenki "Porque te vas", (Ponieważ odchodzisz), znanej nawet tym, którzy filmu nie widzieli.
Ośmioletnią Anę (Ana Torrent), środkowaąz trzech sióstr, poznajemy w klaustrofobicznym domu jej zamożnej i konserwatywnej rodziny w Madrycie. Tuż przed śmiercią jej ojca, byłego żołnierza, który dołącza do zmarłej niedawno matki (Geraldine Chaplin). Tę ostatnią widzimy w licznych retrospekcjach).
Ana jest przekonana, że ponosi odpowiedzialność za śmierć ojca. Oglądamy szereg epizodów - prawdziwych i będących wytworem dziecięcej wyobraźni, które ukazują jej sytuację w świecie. Dziewczynka jest świadkiem cudzołóstwa, patriarchatu, serii nieszczęść i konfliktów niepojętych dla dziecięcych doświadczeń.
Film zachwyca dojrzałym, niesamowitym wręcz aktorstwem dzieci - zwłaszcza Torrent. Carlos Saura, zanurzając się w poetyckim klimacie z łatwością prowadząc nas przez złożone realia fabuły.
W latach 70. najbardziej zauważonymi i zarazem szokującymi osiągnięciami japońskiego reżysera Nagisa były filmy "Imperium zmysłów" i późniejsza, swoista kontynuacja tematu - "Imperium namiętności". Nawet otwarte Cannes odważyło się nagrodzić za reżyserię dopiero ten drugi film azjatyckiego filmowca.
W produkcji z 1976 roku reżyser jako pierwszy odważył się na śmiałe, wręcz perwersyjne sceny erotyczne, przez niektórych nazywane nawet pornografią. Czy słusznie? Niepokojący, a jednocześnie oniryczny obraz, z fascynującymi kreacjami Eiko Matsudy (której kariera obejmowała głównie japońskie filmy klasy B) i Tatsuyi Fuji, dziś już nikogo nie oburza. W XXI wieku, gdy reżyserzy kina artystycznego, tacy jak Lars von Trier, zacierają granice między sztuką a pornografią, wymowa dzieła Ōshimy osłabła. Za to jego walory artystyczne i zachwycające zdjęcia olśniewają bardziej niż kiedykolwiek.
W 1976 roku obraz z niepokojącą sadomasochistyczną fabułą (luźno opartą na prawdziwej historii), rzucał jednak wyzwanie cenzurze na całym świecie. Ôshima pokazywał destrukcyjną obsesję seksualną pary kochanków, którzy tracą kontrolę nad dopadającą ich żądzą.
Mieszkanie z tajemniczą przeszłością w kamienicy pełnej ponurych i złowrogich mieszkańców jest tłem dla intrygującego thirllera Romana Polańskiego - pierwszego filmu reżysera nakręconego we Francji.
Sam Polański wciela się w postać Trelkovskiego, niepozornego urzędnika, którego szare życie wypełnia się strachem i grozą, kiedy wprowadza się do nowego mieszkania. Do narastającej paranoi przyczyniają się inni lokatorzy, którzy nie zrobią niczego, by pomóc mu opanować obsesję na tle tragicznego losu poprzedniej lokatorki.
Czy lęki Trelkovskiego są uzasadnione, czy też są po wynikiem jego prawdopodobnego załamania nerwowego? Na to pytanie widz musi odpowiedzieć sobie sam. Niezależnie jednak od tego, czy jest to wynik spisku sąsiadów, czy objaw narastającej paranoi, zejście nowego lokatora paryskiego apartamentowca do piekła stanowi szczyt kafkowskiej udręki, w nieustannym, narastającym napięciu.
To jeden z najlepszych filmów Polańskiego i zarazem jeden z najbardziej niedocenionych obrazów reżysera.
Gdy za oceanem rodził się nurt nazwany potem Nowym Hollywood, w Polsce, za żelazną kurtyną do głosu doszło Kino Moralnego Niepokoju. Za pierwszy tytuł tego nurtu uchodzi "Człowiek z marmuru", jeden z najważniejszych obrazów Andrzeja Wajdy. Streszczanie fabuły wydaje się zbędnym zbiegiem, więc w wielkim skrócie:
Mamy rok 1976. Na korytarzu gmachu Telewizji Agnieszka (Krystyna Janda) - dyplomantka szkoły filmowej - przekonuje swojego opiekuna o potrzebie nakręcenia filmu o Mateuszu Birkucie (Jerzy Radziwiłłowicz), przed laty przodowniku pracy, którego kariera skończyła się nagle i niespodziewanie około roku 1952. Po pertraktacjach dziewczyna dostaje taśmę i niezbędny sprzęt. Rozpoczyna prywatne "śledztwo", mające ustalić przyczyny sukcesu i upadku Birkuta, które prowadzi ją do jego syna..
"Człowiek z marmuru" nie zdobył żadnej regulaminowej nagrody na organizowanym wtedy w Gdańsku FPFF. Zwyciężył wówczas (skądinąd świetny) obraz Krzysztofa Zanussiego "Barwy ochronne". Do dziś krążą anegdoty o tym, jak reżyser sfingował opóźnienie samolotu, by mieć wymówkę i nie dotrzeć na galę. Jako wyraz protestu przeciw pominięciu filmu Wajdy dziennikarze obecni na festiwalu wręczyli wtedy reżyserowi własną nagrodę. Była to cegła (nawiązanie do tytułu filmu) oraz lista z podpisami dziennikarzy, którzy poparli ten wybór.
Pół wieku później "Człowiek z marmuru" uchodzi nie tylko za przejmujący obraz pokolenia odbudowującego powojenną Polskę, którego wiara została wykpiona, ale i za wybitne dzieło nurtu, który zapoczątkował. Nowatorstwo obrazu, który łączył fabułę z elementami dokumentalnymi i reportażowymi, tworząc przejmującą opowieść o poszukiwaniu prawdy, przesądziło o jego uniwersalności.
Nakręcony z wielkim trudem, przy protestach decydentów film, zupełnie się nie zestarzał i w niczym nie ustępuje wymienionym wcześniej dziełom Nowego Hollywood realizowanym równolegle za oceanem w 1976 roku.