Obecnie działalność MSF (Médecins Sans Frontières, Lekarze bez Granic) koncentruje się głównie na wschodzie kraju, wzdłuż linii frontu.
Jak mówi Stokes, mieszkańcy nie korzystają z pomocy lekarzy z różnych powodów: braku pieniędzy, strachu przed ostrzałem, niebezpieczeństwa w drodze. - Wiele osób wychodzi z domu tylko po to, by zrobić zakupy i nic więcej - mówi.
W międzyczasie w kraju cały czas wzrasta liczba osób przesiedlonych. - Spotykamy ludzi, którzy mówią, że od czterech lat, od początku pełnoskalowej wojny, nie widzieli lekarza. Dotyczy to zwłaszcza osób starszych z chorobami przewlekłymi, takimi jak choroby serca czy nadciśnienie. Ich stan zdrowia często znacznie się pogorszył.
Ludzie mają na co dzień inne bolączki. Jednym z najpoważniejszych problemów jest rosnące zagrożenie ze strony dronów, które coraz częściej atakują cywilne pojazdy, nawet 20-30 kilometrów od linii frontu. - Szpitale oddalone kiedyś o 10-15 kilometrów od frontu były względnie bezpieczne. Dziś dotarcie do nich stało się bardzo niebezpieczne - mówi Stokes. - Widzieliśmy wielu cywilów ciężko rannych w wyniku ataków dronów - mówi Stokes.
Wspomina jednego z ukraińskich lekarzy, którego samochód został trafiony przez drona kilka miesięcy temu, gdy jechał do pracy. Mężczyzna stracił nogę. Mimo to nadal pracuje.
Wśród lekarzy widać oznaki skrajnego wyczerpania, zwłaszcza na wschodzie kraju.
- Zastanawiamy się, jak możemy ich bardziej wesprzeć - być może poprzez skierowanie dodatkowych lekarzy z zagranicy lub zwiększenie pomocy medycznej w niektórych szpitalach. Wielu pracowników medycznych pracowało rok czy dwa lata bez choćby jednego dnia urlopu - zauważa Stokes.
Sytuacja w Ukrainie pozostaje dramatyczna, zarówno dla ludności cywilnej, jak i dla personelu medycznego, a potrzeby humanitarne wciąż rosną.
Lekarze bez Granic mają w Ukrainie karetki i mobilne kliniki. Działają m.in. w Chersoniu, w obwodzie donieckim i dniepropietrowskim.
Wspierają szpitale, szczególnie oddziały ratunkowe, pomagając im w sytuacjach masowych napływów rannych (tzw. mass casualty incidents). Przykładem była sytuacja sprzed kilku tygodni. W ataku rosyjskiego drona w rejonie pawłohradzkim zginęło co najmniej 16 osób. Bezzałogowiec eksplodował tuż przy autobusie, którym podróżowali pracownicy pobliskiego zakładu górniczego.
Ukraina nadal zmaga się z regularnymi przerwami w dostawie ogrzewania, prądu i wody. - Mimo to ludzie przystosowują się do tych warunków, nawet jeśli brak prądu trwa kilka dni czy tydzień - mówi Christopher Stokes.
- Dzisiaj byliśmy w wiosce, w której przez cały dzień energia elektryczna była dostępna tylko przez półtorej godziny - wspominał niedawno doktor Ivan Afanasiev z Lekarzy bez Granic. - Długotrwała ekspozycja na ekstremalne zimno ma fatalny wpływ na osoby cierpiące na choroby przewlekłe.
Jak mówił, w takich warunkach pacjenci mają większe trudności z kontrolowaniem poziomu cukru we krwi i ciśnienia. Osoby z niepełnosprawnościami, które nie mogą się poruszać, aby się ogrzać, są bardziej narażone na hipotermię.
- Drony zaatakowały pobliską elektrownię. Widziałam płomienie przez okno kuchenne - relacjonowała z kolei Ksenia Lipynska, kierowniczka ds. zaopatrzenia Lekarzy bez Granic w Dnieprze. - Wybuchy były coraz bliżej, więc wraz z rodzicami schroniliśmy się w korytarzu. Siła uderzeń rozbiła nasze okna.
- Podczas przerwy między wybuchami pobiegłam, aby szybko założyć ciepłe ubrania. Zakryliśmy rozbite okna deskami, ale to nie pomogło. Teraz zakrywamy okna poduszkami i kocami. W środku jest tak zimno, że na żaluzjach pojawił się lód.
Od początku pełnoskalowej inwazji około 6 milionów osób opuściło Ukrainę, a ponad 4,5 miliona zostało wewnętrznie przesiedlonych. Łącznie ponad 10 milionów ludzi musiało opuścić swoje domy - to jedna czwarta społeczeństwa.
- Można sobie wyobrazić, co oznaczałoby to w Polsce, gdyby jedna na cztery osoby musiała wyjechać z kraju lub opuścić swój dom i przenieść się gdzie indziej - mówi Christopher Stokes. - Ludzie są wyczerpani. W przyszłości potrzebne będzie ogromne wsparcie psychologiczne.
Mimo zmniejszania się populacji liczba konsultacji w mobilnych klinikach rośnie. - W 2025 roku podwoiliśmy ich liczbę w porównaniu z 2024 rokiem - podkreśla koordynator.
Mieszkańcy wiedzą, że życie pod rosyjską okupacją również byłoby bardzo niebezpieczne. Pamiętają Buczę i Hostomel.
- Dlatego mimo desperackiej sytuacji wielu ludzi decyduje się na ucieczkę - wiedzą, że okupacja może być jeszcze groźniejsza - mówi Stokes.
Proces opuszczania miejscowości zwykle wygląda podobnie: najpierw pojawiają się drony, potem zamyka się sklep, następnie apteka. Lekarze, zwłaszcza ci z rodzinami, wyjeżdżają. Stopniowo znikają podstawowe usługi potrzebne do życia. Potem wyjeżdżają sąsiedzi.
- Wtedy każdy staje przed dramatyczną decyzją: zostać czy wyjechać? - relacjonuje Stokes.
Wiele osób stara się zostać jak najdłużej, bo dom to często ich jedyny majątek. Uprawiają ogród, mają własne warzywa, mieszkali tam całe życie. Decyzja o wyjeździe zapada zwykle dopiero wtedy, gdy bomby zaczynają spadać bezpośrednio na ich wieś.