Kiedy pana zdaniem nastąpił punkt zwrotny rewolucji technologicznej w wojnie w Ukrainie? Mam na myśli zwłaszcza moment, w którym drony i pociski balistyczne zaczęły być na masową skalę używane zarówno wobec celów wojskowych, jak i cywilnych.
Jimmy Rushton: - Pociski balistyczne były w użyciu od pierwszego dnia i to po obu stronach. Ukraina od samego początku sięgała po swoje skromne zapasy rakiet krótkiego zasięgu Toczka-U. Rosja z kolei natychmiast wytoczyła cały swój potężny arsenał, uderzając nim w cele na froncie, w ukraińskie miasta oraz infrastrukturę krytyczną.
Z dronami było podobnie - towarzyszą nam od początku. Nawet podczas wcześniejszych walk w Donbasie obie strony używały ich do zwiadu czy zrzucania granatów. To, z czym mierzymy się dzisiaj, to jednak zupełnie inna faza ewolucji. Owszem, skala wykorzystania pocisków balistycznych wzrosła, bo Ukraina otrzymała amerykańskie systemy ATACMS i z powodzeniem rozwija własną produkcję rakiet, która wygląda coraz bardziej obiecująco. Prawdziwym przełomem są jednak drony. Ten konflikt stał się wojną bezzałogowców w całym tego słowa znaczeniu. Dziś ponad 80 procent strat na froncie to właśnie ich zasługa. Drony zdominowały każdą przestrzeń: od taktycznych starć na linii frontu, przez uderzenia na głębokim zapleczu wroga, aż po operacje na morzu.
Ale kiedy dokładnie ta transformacja się dokonała? Kiedy ten konflikt stał się "wojną dronów"?
- Początków rewolucji dronów FPV (czyli sterowanych z perspektywy pierwszej osoby) należy szukać w okolicach dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. To była czysto ukraińska innowacja. Pomysł błyskawicznie podchwyciły inne ukraińskie oddziały, a zaraz po nich skopiowali go Rosjanie.
Dziś drony to główna przyczyna strat po obu stronach. I choć w nagłówkach gazet królują zwrotne FPV, ogromną rolę odgrywają też ciężkie drony bombowe, w których produkcji i użyciu Ukraina ma miażdżącą przewagę. Ukraińcy nazywają je Wampirami, a Rosjanie - Baba Jagami. W gruncie rzeczy to potężne sześciośmigłowe maszyny rolnicze wielkości małego samochodu. Ze względu na swoje gabaryty latają głównie w nocy. Przenoszą miny lądowe lub pociski moździerzowe i bez problemu obracają w ruinę nawet ciężko opancerzone pojazdy.
Co ciekawe, bezzałogowce całkowicie przejęły też logistykę. Po stronie ukraińskiej około 95 procent dostaw na samą linię frontu, tuż pod nosem wroga, realizują właśnie Wampiry. Przenoszą podwieszony pod kadłubem prowiant, amunicję i wodę. Z kolei na drugiej i trzeciej linii obrony powszechnie stosuje się zdalnie sterowane roboty naziemne. Służą do transportu zaopatrzenia oraz ewakuacji rannych.
To domena głównie strony ukraińskiej?
- Zdecydowanie tak. Rosjanie co prawda eksperymentują z platformami naziemnymi, ale Ukraina wyprzedza ich o lata świetlne. Wynika to częściowo z konieczności - Ukraińcy mają mniejsze zasoby ludzkie - ale przede wszystkim z faktu, że Ukraina po prostu dba o życie swoich żołnierzy. Do najbardziej ryzykownych zadań wysyła się roboty, a dostarczanie zaopatrzenia na pierwszą linię to obecnie jedna z najniebezpieczniejszych misji na froncie. Rosjanie w tym samym czasie wciąż gonią do przodu piechotę z plecakami. Tacy żołnierze nie żyją długo, bo natychmiast stają się celem dla ukraińskich dronów.
Warto jednak pamiętać o jednym: mimo że na naszych oczach dokonuje się technologiczny przełom, a maszyny zastępują ludzi w kolejnych rolach, piechota wciąż jest kluczowa. Jedną z największych bolączek Ukrainy jest obecnie właśnie brak ludzi w okopach. Przekonanie, że roboty mogą całkowicie zastąpić żołnierza, same utrzymać pozycję i kontrolować teren, to wciąż tylko mit całkowicie mijający się z prawdą.
Ostatnio w sieci pojawia się sporo nagrań przedstawiających roboty naziemne (UGV) oraz hucznych deklaracji, że maszyny te potrafią już samodzielnie utrzymać pozycje przed naporem piechoty. Głośnym echem odbiło się choćby w styczniu tego roku wideo, na którym trzech rosyjskich żołnierzy poddaje się ukraińskiemu robotowi - choć gołym okiem widać, że całą sytuacją sterowali operatorzy ukryci poza kadrem.
Jednocześnie coraz więcej się mówi o głębszej integracji sztucznej inteligencji z tymi systemami. Jak dokładnie wygląda dzisiaj wykorzystanie AI w dronach i robotach naziemnych na froncie?
- Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe są oczywiście w powszechnym użyciu, ale niemal zawsze odbywa się to pod okiem człowieka. Świetnym przykładem jest Hornet - dron kamikadze opracowany przez firmę Perennial Autonomy Ericka Schmidta. To niezwykle tania platforma, kosztująca około pięciu tysięcy dolarów, wyposażona w świetnej jakości kamery i system automatycznego celowania. AI służy tam do identyfikacji potencjalnych celów na rosyjskich liniach zaopatrzeniowych. System potrafi odróżnić wojskową ciężarówkę logistyczną od zwykłego auta cywilnego, a następnie "wskazuje" ten cel operatorowi. To człowiek musi jednak ostatecznie zatwierdzić atak.
W pełni autonomiczne systemy uzbrojenia, w których maszyna sama decyduje o otwarciu ognia, są rzadkością na masową skalę z powodu gigantycznego ryzyka. Skoro ukraińskie drony mogą działać przez Starlinka lub inne bezpieczne łącza satelitarne, utrzymanie człowieka w tej pętli decyzyjnej jest po prostu logiczne. Nawet jeśli odłożymy na bok kwestię ofiar cywilnych, dowódcom zależy na tym, by dron trafił w cel o realnej wartości wojskowej, a nie marnował cennej amunicji na wrak pojazdu, który został zniszczony już tydzień temu.
Jeśli chodzi o roboty naziemne, to korzystają one z systemów autonomicznej jazdy. Miałem okazję odwiedzić centra dowodzenia, z których zarządza się takimi operacjami. Przed operatorami stoją ściany monitorów, na których śledzą oni trasy maszyn poruszających się po z góry zaplanowanych ścieżkach i omijających podstawowe przeszkody. Jeden człowiek może w ten sposób nadzorować kilka robotów jednocześnie, będąc w gotowości do przejęcia sterów, gdy maszyna napotka problem - na przykład utknie na grubej gałęzi. Operator ręcznie wyprowadza pojazd na czystą drogę, po czym z powrotem przełącza go na tryb autonomiczny. Taki model hybrydowy daje wszystkie zalety automatyzacji przy jednoczesnym wyeliminowaniu jej wad.
Czy widzi pan w bliskiej przyszłości scenariusz, w którym roboty naziemne - działając jako zgrany zespół wspierający mały oddział piechoty, a nie samodzielna siła szturmowa - będą w stanie samodzielnie przełamać linię frontu?
- Do zadań takich jak rozpoznanie walką - jak najbardziej. Jednak jeśli mówimy o realnym zdobywaniu terenu, pozycje wroga trzeba po prostu wziąć szturmem. Ktoś musi fizycznie wejść do ziemianki czy schronu, zlikwidować przeciwnika lub zmusić go do kapitulacji, a roboty naziemne tego nie potrafią. Są niesamowicie przydatne jako mobilne punkty ogniowe, transportery amunicji czy jeżdżące ładunki wybuchowe, które detonuje się tuż przy pozycjach wroga, ale na koniec i tak potrzebujesz piechoty, która wejdzie na ten teren i potwierdzi, że jest bezpieczny. Ludzie są też niezbędni do bieżącej konserwacji maszyn i uzupełniania ich zapasów.
Podsumowując: roboty naziemne nie przeprowadzą same skomplikowanego natarcia, ale zdejmą z barków piechoty mnóstwo czarnej roboty i pozwolą zmniejszyć liczbę żołnierzy potrzebnych do danej operacji. W klasycznym szturmie część sił musi ubezpieczać akcję, tłumić ogień przeciwnika lub odcinać drogi odwrotu. UGV nadaje się do tego idealnie - potrafi godzinami tkwić nieruchomo na pozycji, obserwując teren za pomocą czujników wysokiej rozdzielczości. Wyczyszczenie schronu, w którym wróg ukrywa się poza zasięgiem wzroku kamer, pozostanie jednak zadaniem dla człowieka jeszcze przez bardzo długi czas. Wszystkie doniesienia o wysyłaniu humanoidalnych robotów na pole bitwy to na razie czysta fantastyka naukowa. Jesteśmy o lata świetlne od momentu, w którym maszyny będą w stanie powtórzyć w walce to, co robi ludzki żołnierz.
A jak wyglądają kwestie obrony przed dronami i robotami naziemnymi? W Kijowie na każdym kroku widać zdecentralizowaną sieć cywilnych warsztatów produkujących wykrywacze dronów. Jednocześnie na froncie królują rozwiązania na wskroś analogowe, jak siatki ochronne czy klatki na pojazdach. W jakim kierunku zmierza ta defensywa, zwłaszcza teraz, gdy obok dronów radiowych masowo pojawiają się bezzałogowce sterowane przez światłowód?
- Wszystko zależy od tego, czy chronisz pojazd, czy piechotę. W przypadku żołnierzy w okopach podstawową linią obrony jest po prostu unikanie wykrycia. W momencie, gdy wróg cię namierzy, masz jak w banku niemal niekończącą się serię uderzeń. Żołnierze muszą więc polegać na kamuflażu: gęstych zaroślach, budynkach, schronach podziemnych albo fatalnej pogodzie - gęstej mgle i ulewnym deszczu. Doszło do tego, że ukraińskie oddziały potrafią tygodniami czekać na załamanie pogody, by w ogóle móc bezpiecznie przeprowadzić rotację ludzi na pozycjach.
Z kolei kieszonkowe wykrywacze częstotliwości radiowych, choć niezwykle przydatne, reagują wyłącznie na drony sterowane falami radiowymi. W starciu z maszynami na światłowodzie, a więc kablu, są całkowicie ślepe. Dlatego piechocie pozostają metody kinetyczne, czyli strzelby gładkolufowe, tzw. shotguny, oraz miotacze siatek. Strzelby są skuteczne, ale obrona z ich użyciem wymaga twardych nerwów i doskonałego oka, gdy sekundy dzielą cię od eksplozji. Mimo to, posiadanie takiej broni w okopie drastycznie zwiększa szanse na przeżycie.
O jakich odległościach tutaj mówimy? Intuicja podpowiada, że skuteczny zasięg shotguna to może piętnaście-dwadzieścia metrów, a to już potwornie blisko.
W rzeczywistości ten dystans jest znacznie większy. Skuteczny zasięg strzelby śrutowej w starciu z dronem FPV to około czterdzieści, pięćdziesiąt, a czasem nawet sześćdziesiąt metrów. Wiele ukraińskich jednostek szkoli wyznaczonych strzelców za pomocą maszyn do miotania rzutków, co świetnie imituje trajektorię nadlatującego bezzałogowca. Taka obrona ostatniej szansy sprawdza się o niebo lepiej niż próby trafienia pędzącego drona z karabinka AK czy M4, co graniczy z cudem.
Warto też dodać, że drony światłowodowe latają zazwyczaj nieco wolniej, przez co są odrobinę łatwiejszym celem dla broni palnej. Oprócz strzelb stosuje się też miotacze sieci - urządzenia przypominające pistolety, które wystrzeliwują siatkę mającą zaplątać się w śmigła i zmusić maszynę do runięcia na ziemię.
Zanim jednak żołnierz sięgnie po strzelbę czy miotacz siatek, jak wygląda obrona na większych dystansach? Czy na tym etapie nie wchodzą do gry drony antydronowe?
- Istnieją takie systemy, ale pojedyncza sekcja piechoty rzadko ma do nich stały dostęp w sekwencji obronnej przed nagłym atakiem FPV. Jeśli jesteś na pozycji ze swoim oddziałem i słyszysz charakterystyczny bzyk drona, pierwszym odruchem jest natychmiastowe padnięcie na ziemię lub szukanie kryjówki w nadziei, że maszyna was minie. Jeśli dron po prostu przelatuje nad waszym sektorem, żołnierze często próbują zdjąć go ogniem z kałasznikowów czy M4. Dopiero gdy maszyna namierzy cel, skręci i zacznie pikować prosto na ciebie, następuje użycie strzelby. Wspomniane miotacze siatek to już absolutna ostateczność i ułamki sekund na reakcję, bo ich zasięg to rzeczywiście zaledwie dziesięć do piętnastu metrów.
Jasne. Przejdźmy teraz od dronów powietrznych do robotów naziemnych. Zanim zapytam o obronę miast - jak właściwie neutralizuje się takiego robota na linii frontu? Czy zagłuszarki elektroniczne to główna broń?
- Roboty naziemne (UGV) same często przenoszą potężne systemy walki elektronicznej, ale ich główną tarczą jest po prostu niewidoczność. Powodem, dla którego maszyny naziemne radzą sobie na polu bitwy lepiej niż tradycyjne pojazdy opancerzone, są ich miniaturowe gabaryty - cholernie trudno je dostrzec z daleka. Na koniec dnia zasada jest jednak bezwzględna: jeśli robot zostanie wykryty, a Rosjanie rzucą do jego eliminacji odpowiednie środki, maszyna najpewniej zostanie zniszczona.
Przenieśmy się z linii frontu do miast. Jak właściwie broni się całą metropolię przed jednoczesnym atakiem chmary dronów i pocisków balistycznych? Wyobraźmy sobie sytuację, w której dron startuje z kierunku charkowskiego - jak współpracują ze sobą poszczególne warstwy obrony, poczynając od jednostek frontowych i dronów przechwytujących FPV, aby go powstrzymać?
- Wszystko zależy od rodzaju drona. Jeśli mówimy o amunicji krążącej typu Shahed, obrona opiera się na zintegrowanym, wielowarstwowym systemie przeciwlotniczym. Łączy on w sobie drony przechwytujące FPV, działa przeciwlotnicze, systemy walki elektronicznej zakłócające nawigację, a nawet śmigłowce i lekkie samoloty, z których załoga potrafi dosłownie strzelać przez otwarte okna. Cała przestrzeń powietrzna jest podzielona na wyraźne strefy i pasma rażenia. Przykładowo: najpierw do akcji wkraczają drony FPV, a to, co zdoła przetrwać ich atak, kilka kilometrów dalej trafia pod ogień zamontowanych na ciężarówkach ciężkich karabinów maszynowych oraz lotnictwa.
Choć dokładna konfiguracja zależy od ukształtowania terenu, kluczowa zasada pozostaje niezmienna: kolejne warstwy obrony mają systematycznie "szatkować" i uszczuplać nadlatującą falę. W miarę jak te maszyny wlatują w głąb terytorium Ukrainy, ich liczba sukcesywnie spada. W efekcie do samego Kijowa dociera dziś znacznie mniej Shahedów niż kiedyś. W latach dwa tysiące dwudziestym czwartym i dwudziestym piątym drony latały nad stolicą niemal bez przerwy, ale ta częstotliwość drastycznie spadła, co jest w ogromnej mierze zasługą właśnie bezzałogowców przechwytujących FPV.
Wszystko, co zdoła prześlizgnąć się przez te pierwsze zapory, przechodzi pod odpowiedzialność Sił Powietrznych, które ściśle współpracują z jednostkami naziemnymi oraz mobilnymi grupami ogniowymi Obrony Terytorialnej.
W tym momencie dron trafia w prawdziwy krzyżowy ogień. Musi stawić czoła mobilnym zespołom na pickupach uzbrojonych w ciężkie karabiny maszynowe, podczas gdy Siły Powietrzne podrywają do lotu śmigłowce i lekkie samoloty tłokowe - jak choćby Jak-52 - z których pokładu członek załogi ostrzeliwuje drona z karabinka automatycznego. Ukraińcy używają też nieco większych maszyn wyposażonych w boczne miniguny, które lecą równolegle do Shahedów i po prostu je koszą. Wszystkie te tak skrajnie różne formacje działają, jak jeden organizm, by maksymalnie zredukować zagrożenie, zanim dotrze ono nad miasto.
A co dzieje się w tej ostatecznej fazie? Kiedy dron wleci już nad dzielnice mieszkaniowe i jest o krok od uderzenia w cel - jak wtedy próbuje się go strącić?
- Na tym etapie to już dramatyczna walka ostatniej szansy. Do akcji wkraczają ciężkie karabiny maszynowe, żołnierze strzelający z broni ręcznej oraz ciężkie zestawy przeciwlotnicze, takie jak samobieżne działa ZSU czy wielolufowe miniguny. To, czego na pewno nie zobaczysz w tym momencie w walce z Shahedami, to ciężkie rakietowe systemy obrony powietrznej. Okazyjnie zdarza się użycie ręcznych wyrzutni naprowadzanych na podczerwień (MANPADS), ale nikt nie poświęci na drona systemów takich jak S-300, Patriot czy Buk. Tych rakiet przechwytujących jest po prostu zbyt mało i są zbyt cenne - trzeba je trzymać na pociski manewrujące. Shahedy są oczywiście groźne i niszczycielskie, ale skala ich rażenia nie umywa się do spustoszenia, jakie sieje pocisk manewrujący. Zarządzanie zapasami amunicji rakietowej to w tej wojnie kwestia życia i śmierci.
Jak w takim razie wygląda obrona przed pociskami manewrującymi? Czy to tutaj główną rolę odgrywają systemy Patriot?
- W idealnym scenariuszu próbuje się użyć innych, tańszych systemów przeciwlotniczych, zanim odpali się radosną salwę z Patriota. Jeśli jednak sytuacja tego wymaga, Patriot idzie w ruch bez wahania. Ukraina łata niebo miksem wszystkiego, co ma pod ręką - od systemów NASAMS, przez Osy i Buki, aż po zachodnie nowinki. Poza obroną naziemną, ukraińskie Siły Powietrzne bardzo mocno angażują też do walki z rakietami manewrującymi tradycyjne lotnictwo załogowe. Do polowań na te pociski regularnie podrywane są myśliwce, takie jak F-16 czy MiG-29.
20 czerwca sprawdziłem aplikację z alertami bombowymi. Alarm przeciwlotniczy trwał od 12:40 aż do godziny 20:00 z kawałkiem. Miało się wrażenie, że to jeden niekończący się ostrzał. Czy te wszystkie warstwy obrony naprawdę pozostają w pełnej gotowości przez osiem godzin bez przerwy, żeby powstrzymać pojedynczą falę?
- Tak, choć dla konkretnej załogi nie oznacza to nieustannej walki. Dany zespół może aktywnie zwalczać cel przez zaledwie kilka minut, zanim dron wyleci z jego sektora i przejdzie pod odpowiedzialność kogoś innego.
Standardowe Shahedy z silnikami tłokowymi poruszają się z prędkością przelotową około 185 kilometrów na godzinę. Warianty z napędem odrzutowym są znacznie szybsze - osiągają od 300 do 400 kilometrów na godzinę przy optymalnym pułapie dla maksymalnego zasięgu. I te maszyny są już naprawdę twardym orzechem do zgryzienia.
Niezależnie jednak od wersji drona, sieć obronna, jaką stworzyli Ukraińcy, robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że nawet amerykańska armia miała poważne problemy ze skutecznym zwalczaniem tego typu bezzałogowców w Zatoce Perskiej, gdzie tamtejsze instalacje USA mocno ucierpiały w wyniku ich ataków.
Kluczowym czynnikiem sukcesu Ukrainy są innowacje w systemach dowodzenia, kontroli i wczesnego ostrzegania. Ukraińcy opracowali niezwykle sprytny, w stu procentach krajowy system detekcji akustycznej - Sky Fortress. Opiera się on na gęstej sieci mikrofonów, które wychwytują charakterystyczny warkot Shaheda i na tej podstawie precyzyjnie triangulują trasę jego przelotu. Ponieważ jest to system całkowicie pasywny, a nie aktywny radar, nie emituje żadnych sygnałów. Dzięki temu jest całkowicie niewykrywalny dla przeciwnika i odporny na rosyjskie pociski przeciwradarowe.
Mam pytanie dotyczące czegoś, co najbardziej mnie frapuje, zwłaszcza gdy śledzę kanały monitoringowe na Telegramie. Od czasu do czasu pojawia się tam komunikat, że wystartował rosyjski MiG-31K uzbrojony w hipersoniczny pocisk Kindżał. Jednak zazwyczaj jakieś dziesięć minut później na kanale ląduje kolejna wiadomość: "zagrożenie minęło". Co dokładnie oznacza to sformułowanie w tym kontekście? Przecież nie zestrzeliwują tego MiGa za każdym razem.
- MiG-31K jest rzeczywiście platformą startową dla hipersonicznych pocisków Kindżał, a ta broń potrafi uderzyć w cele w dowolnym miejscu na terytorium Ukrainy w błyskawicznym tempie. Trzeba jednak zrozumieć, że nie każdy start MiGa-31K to realna misja bojowa z zamiarem odpalenia rakiety.
Dlatego ukraińska obrona przeciwlotnicza ogłasza alarm na terenie całego kraju w momencie, gdy tylko wykryje, że MiG-31K oderwał się od ziemi. Gdy wywiad oceni, że maszyna wykonuje jedynie lot szkoleniowy lub rutynowy patrol i nie wystrzeli pocisku, alarm zostaje odwołany. To właśnie oznacza sformułowanie "zagrożenie minęło" w tych komunikatach. Niemniej, jednak jeśli Rosjanie rzeczywiście zdecydują się na odpalenie Kindżała, system Patriot PAC-3 jest w pełni zdolny do jego strącenia i robił to już wielokrotnie.
Czyli nie są one takie niezwyciężone, jak próbowali je prezentować Rosjanie jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny. Jeśli się nie mylę, ich pierwsze bojowe użycie miało miejsce w okolicach marca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku.
- Absolutnie nie są niezwyciężone. Koniec końców Kindżał to po prostu pocisk aero-balistyczny wystrzeliwany z powietrza - nie ma w nim nic unikalnego. Jest "hipersoniczny" dokładnie w taki sam sposób, w jaki każdy standardowy pocisk balistyczny staje się hipersoniczny w określonych fazach swojego lotu.
Czyli jest po prostu potwornie szybki, ale wciąż do przechwycenia.
- Owszem. To po prostu rakieta balistyczna odpalana z samolotu, a pociski balistyczne zestrzeliwuje się regularnie. Oczywiście, to wymagający cel, ale system Patriot radzi sobie z nim niezwykle efektywnie. Widzimy to na przykładzie Ukrainy, tak jak widzieliśmy w Zatoce Perskiej, gdzie systemy te z powodzeniem strącały irańskie rakiety balistyczne.
Czyli to żadna Wunderwaffe?
- Słowo "hipersoniczny" oznacza po prostu poruszanie się z prędkością wielokrotnie przekraczającą prędkość dźwięku - zazwyczaj definiuje się to jako wartość powyżej Mach pięć. I tyle.
Nawet w Polsce jesteśmy zalewani rosyjską propagandą, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Sposób, w jaki przedstawiali platformy takie jak Oresznik czy Kindżał, brzmiał tak, jakby Zachód nie miał absolutnie żadnych analogicznych zdolności.
- Ponieważ ta propaganda to czysty nonsens. Amerykanie opracowali własną wersję pocisku balistycznego wystrzeliwanego z powietrza - Skybolt - już na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Projekt działał, ale ostatecznie z niego zrezygnowano, ponieważ nie dawał znaczącej przewagi strategicznej nad systemami lądowymi i rakietami odpalanymi z okrętów podwodnych, które rozwijano w tym samym czasie.
Wiele krajów posiada rakiety balistyczne. Sam Oresznik nie jest pod względem konstrukcyjnym żadną rewolucją; to w gruncie rzeczy pocisk balistyczny pośredniego zasięgu zaprojektowany z myślą o przenoszeniu głowic nuklearnych. Kiedy używa się go bez ładunku atomowego, jego konwencjonalna siła uderzenia kinetycznego wypada niezwykle blado. Miałem okazję osobiście odwiedzić miejsce, w które uderzył Oresznik. Jak na system uzbrojenia, którego koszt szacuje się na pięćdziesiąt do stu milionów dolarów za sztukę, realne szkody, jakie wyrządza, są naprawdę mizerne.
Kiedy byłem w Kijowie, wszyscy bez przerwy powtarzali, że nadchodząca zima może być zabójczo niebezpieczna dla sieci energetycznej, głównie przez ogromne drenaż zapasów ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.
- Widzieliśmy, jak trudna była zeszła zima i spodziewam się, że nadchodząca przyniesie podobne wyzwania - choć miejmy nadzieję, że temperatury nie będą aż tak skrajne. Głównym problemem w zeszłym roku był fakt, że w pewnym momencie słupki rtęci spadły do około minus trzydziestu stopni Celsjusza. To potworny mróz, nawet jak na ukraińskie standardy. Poprzednie zimy od początku pełnoskalowej inwazji były dla porównania stosunkowo łagodne.
Czy ta zima będzie ciężka? Bez dwóch zdań. Jednak wiele ukraińskich miast jest dziś o niebo lepiej przygotowanych. Ruszył masowy program decentralizacji produkcji energii i budowania awaryjnych systemów rezerwowych. Rosja najpewniej wciąż będzie w stanie odciąć fragmenty sieci energetycznej i tymczasowo skazać ludzi na ciemność i chłód, ale w ostatecznym rozrachunku nie zmieni to biegu wojny. Mogą utrudnić życie cywilom, ale wielkie zakłady przemysłu zbrojeniowego nie są już zależne od krajowej sieci. Wszystkie posiadają niezależne generatory - w momencie, gdy odcinają prąd, po prostu je odpalają i wracają do pracy.
A co z kurczącymi się zapasami rakiet do Patriotów? Czy nie ma ryzyka, że liczba ofiar gwałtownie wzrośnie?
- To oczywiste, że jeśli skończą się rakiety przechwytujące, więcej rosyjskich pocisków dotrze do celu. Rzeczywistość jest jednak taka, że liczba rakiet balistycznych, jakimi dysponuje Rosja, wciąż jest stosunkowo ograniczona, a same uderzenia balistyczne nie wystarczą, by zmusić społeczeństwo do kapitulacji. Co więcej, Ukraińcy potężnie zdecentralizowali swój przemysł obronny. Produkcja jest rozsiana po wielu ufortyfikowanych obiektach, co oznacza, że nawet jeśli jedna fabryka zostanie trafiona, nie paraliżuje to całego łańcucha montażowego danego systemu czy platformy. To będzie trudna zima, ale Rosja nie zmusi tymi atakami Ukrainy do poddania się.
Skoro o tym mowa - słyszałem wiele doniesień, że Ukraina pracuje nad własnym systemem obrony powietrznej. Czy oni naprawdę są w stanie stworzyć krajowy odpowiednik Patriota w tak krótkim czasie?
- Na pewno próbują. To, czy uda im się sfinalizować ten projekt w tak agresywnym tempie, o jakim się mówi, pozostaje wielką niewiadomą - i osobiście podchodzę do tego sceptycznie. Jednak zespół z Fire Point nie zaczyna od zera. W praktyce wykorzystują istniejącą technologię - ich FP-7X to zmodernizowany, odwrócony inżynieryjnie klon rosyjskiego S-400. Planują także zintegrować z nim elementy od zachodnich koncernów obronnych, takie jak radary i systemy kierowania ogniem.
Czy to się może udać? Potencjalnie tak. Sceptycznie oceniam tempo tych prac, ale nie nazwałbym tego rzeczą niemożliwą. Jeśli sytuacja zmusza cię do błyskawicznego wdrożenia systemu obrony przed rakietami balistycznymi, to robisz to dokładnie w ten sposób. Nie próbujesz wymyślać koła na nowo; adaptujesz, łączysz i kopiujesz sprawdzone, dostępne technologie. Dlatego, choć nie pękam od optymizmu w kwestii terminów proponowanych przez Fire Point, wciąż trzymam kciuki.
Jimmy Rushton to brytyjski dziennikarz, a także analityk ds. bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, który na stałe mieszka i pracuje w Kijowie. Od samego początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku relacjonuje przebieg konfliktu, analizując go zarówno od strony czysto wojskowej, jak i geopolitycznej.
Jego artykuły, reportaże oraz analizy (koncentrujące się m.in. na ewolucji wojny dronów, systemach obrony powietrznej czy taktyce obu stron) regularnie ukazują się w prestiżowych mediach ukraińskich i międzynarodowych, takich jak The Kyiv Independent, Yahoo News, New Lines Magazine czy The Telegraph.