Pierwsze co zobaczyłem, wysiadając z auta, to żołnierza. Miał strasznie spuchnie oczy. Nigdy w życiu nie widziałem tak zmęczonego spojrzenia. Jadł hotdoga i pił kawę. W jego twarzy było coś przejmującego. Chwila przerwy od uciekania przed śmiercią. Tak wyglądają oczy, które widziało za dużo.
Zatrzymujemy się na "zaprawce" czyli na stacji. Do frontu jeszcze 100 km.
Jest woda, jest prąd i jest paskudna kawa, ale jest! I pełno żołnierzy, którzy zostali zluzowani i mogą na chwilę złapać oddech. Są tak zmęczeni, że nawet nie pytam, czy mogę zrobić im zdjęcia. Czuję, że nie wypada.
Na okno większość koło pięćdziesiątki. Ukraińska armia robi się coraz starsza. W ciągu 4 lat wojny średnia wieku skoczyła z czterdziestu do pięćdziesięciu lat (jeśli wierzyć danym to średni wiek żołnierza to obecnie 47 lat). Do wojska biorą od 25 roku życia, ale starsi są podobno lepsi. Mają rodziny, więc mają o co walczyć, są bardziej odpowiedzialni. Tylko w filmach walczą chłopcy. Reguły jednak nie ma. W fast foodzie koło dworca w Kijowie widziałem 2 żołnierzy tak młodych, że nie sprzedałbym im piwa. Może byli ochotnikami? Zamienili konsole na kałasze?
Ale teraz jedziemy z Charkowa na wschód. Mamy przerwę na zaprawce. Pijemy kawę i palimy fajki. Witalij, mój kierowca, który dba o moje bezpieczeństwo, mówi, że już dwa lata nie palił, ale zaczęła się wojna i znów wrócił do nałogu.
Było błoto, teraz jest mgła
Wokół nas jest gęsta mgła. Po ukraińsku i rosyjsku to tuman!
Mgła pomogła Rosjanom wejść do Pokorowska, ale teraz gra po naszej stronie.
- Dobrze, że jest tuman to drony nas nie zobaczą - rzuca ktoś na boku.
Wcześniej rytm wojny regulowała zima. Jesienią padało, wiosną były roztopy, ciężki sprzęt tonął w błocie. Ale teraz zamiast wojny manewrowej jak w czasie IIWŚ mamy wojnę w okopach jak w czasie IWŚ. Drony cofnęły wojnę w czasie. Żadna ze stron nie szturmuje już kolumną pancernych pojazdów. Błoto (i to jesienne i wiosenne) przestało mieć znaczenie. Teraz ważniejsza jest mgła. Atakuje się małymi oddziałami, tylko takie mają szansę się przebić.
My też się przebijamy. Przed nami jeszcze kawał drogi (jakieś 120 km będziemy jechać przez 4h), ale internetu już nie ma. W Charkowie śmigał, ale ruszyliśmy na północy wschód i szybko zniknął zasięg. Próbuję coś wysłać do Polsatu, ale nie ma szans. Maszty GSM zostały albo zniszczone, ale wyłączone, żeby nie pomagać Rosjanom.
Jeśli Elon Musk znów wyłączy Starlinki w Ukrainie będzie naprawdę słabo. Prawie każde wojskowe auto ma na dachu zagłuszarki.
- Wycinają i krótkie i długie fale - ktoś mi tłumaczy.
My zamiast zagłuszarek mamy na szybie napis: pomoc humanitarna. Słaba ochrona, ale lepsza taka niż żadna. Witalij mi opowiada, że jego koledzy mieli taki napis, ale i tak w nich walneli koło Sum.
Pasy niebezpieczeństwa
Kolejna zaprawka jest w Izium. Rosjanie zajęli je na początku inwazji, ale jesienią 2022 musieli się wycofać. Miasto wygląda jak jeden wielki garnizon. Wszędzie wojenni, pełno wojskowych aut. Stoimy na stacji, toaleta nie działa, ale obok stacji jest pancerny, pospawany z metalu wychodek. Tutaj nawet w toalecie człowiek nie może czuć się bezpiecznie. Do tego na głównych drogach wszędzie są siatki. Główne ulice są owinięte, jakby ogromny pająk zrobił sobie tutaj dom. Robią duże wrażenie. Mówią mi, że do frontu może być z 30 km, ale jest cicho.
- Chłopaki teraz musimy już uważać - tłumaczy Witalij, mój kierowca.
- Pasy bezpieczeństwa zapinamy za plecami, żeby nas nie blokowały. Jak usłyszymy drona, zatrzymujemy auto i każdy biegnie w inną stronę. Za jednym człowiekiem dron może nie poleci... ale w samochód "ruskie" chętnie uderzą.
- Jak chcesz usłyszeć drona, jadąc autem?
- Usłyszymy! - zapewnia Witalij
- Nie da się nie usłyszeć tego buczenia. Będziemy mieli kilka sekund na ucieczkę.
Gwarancji jednak nie ma. Czasem Rosjanie urządzają sobie safari. Kończy się bateria w dronie, więc jak widzą jakiegoś człowieka, po prostu w niego walą. Tak jest np. w Chersoniu. Rosjanie mają blisko, bo są po drugiej stronie rzeki. Według raportu ONZ tylko w tym jednym mieście Rosjanie "upolowali" już co najmniej 200 cywilów, 2000 zostało rannych.
- Jeśli będziesz tam jechał, koniecznie pozbądź się tych europejskiej kurtki i załóż jakąś kufajkę -radził mi kolega z Kijowa.
Pola minowe
Mijamy wzgórze 7 wiatrów koło Izium. Kiedyś był tu hotel o tej nazwie. Teraz są zgliszcza i pamięć o heroicznej walce.
- W 2022 nasi chłopcy długo się tu bronili, gdyby Rosjanie szybko ich złamali weszliby do Charkowa od wschodu - ktoś mi tłumaczy.
Naszą bazą jest Charków, ale jedziemy na pogranicze Charkowszczyzny i Donbasu. W 2022 Rosjanie zdobyli te tereny. Ukraińcy ich jednak wypchnęli, teraz Putin chce dostać te ziemie za darmo. Jest płasko jak stół, jeśli upadnie pas twierdz, który jest bardziej na wschód (tam są miasta, rzeki i pagórki, które łatwiej bronić) to Rosjanie wejdą tu jak w masło.
Droga jest fatalna. Żwirówka rozjechana przez sprzęt wojskowy. Nagle wiedzę saperów.
- Rosjanie zaminowali wszystko w 2022 roku. Teraz nasi je czyszczą - rzuca Witalij. Saperzy najpierw po prawej, potem po lewej.
Pola minowe ciągną się przez wiele kilometrów. Wygląda to jak z filmu wojennego. Ale to nie jest film. Czasem są wbite tablice z ostrzeżeniem, ale widziałem też na poboczach zwykłe wiaderka odwrócone do góry nogami i owinięte czerwoną taśmą. Wystarczy zejść z asfaltu na piach i już cię nie ma. Takich rzeczy nie da się nauczyć, trzeba w sobie tę czujność wytresować. Na początku wojny prawie nadepnąłem na minę koło rozwalonego rosyjskiego czołgu, przejechałem przez zaminowaną drogę (ostrzeżenie pojawiło się dopiero wieczorem, jak wracaliśmy) i usiadałem na zaminowanym przystanku. Po 3 latach wojny już nikt nie musi mi tłumaczyć, że sikamy na środku drogi i nigdy nie schodzimy na pobocze.
Babciu leci dron!
Przebijamy się przez pola minowe na dwa auta. W pierwszym: lekarz, pielęgniarka i psycholog z International Rescue Committee. W drugim Witalij, Nikola i ja.
Jedziemy do wiosek, w których nie było lekarza od miesiąca. Całe auto mamy wyładowane lekarstwami. Rafał Kostrzyński z IRC tłumaczył mi wcześniej w Charkowie, że Rosjanie zniszczyli 2400 szpitali, 300 doszczętnie. Między polami minowymi a frontem mieszkają głównie starsi ludzie. Kiedy w końcu dojeżdżamy w starej chałupie, jest już napalone w piecu. Jeszcze nie śniegu, ale jest zimno. Przed chałupą stoją już ludzie.
- Z reguły czeka na nas 20-30 osób - tłumaczy mi lekarz - nadciśnienie, cukrzyca, nerwica. Wszystko to, co przynosi starość i wojna.
Ludzie z IRC przyjeżdżają w te rejony od początku. Ostatnio musieli zmienić trasę, bo poprzednia znalazła się w zasięgu dronów.
Teraz też cały czas słychać wybuchy.
- To nie front, ale poligon - uspokaja mnie kierowca.
W jednej z izb siedzą starsze panie. Jest ciepło i miło więc można sobie porozmawiać.
- Szpital jest parę kilometrów stąd, ale tu nikt nie ma auta, autobusów już nie ma, a droga ciężka - tłumaczy mi starsza kobieta.
- A dzieci jakieś zostały? - pytam.
- A jak! Mają po kilka lat a potrafią już po dźwięku rozpoznać co zaraz uderzy - tłumaczy mi pani Natalia
- Straszne to wszystko, bez tabletki nie umiem zasnąć - dodaje.
Ta "setka" (tam mówimy w telewizji na krótką rozmowę) zostanie ze mną na długo. Gdybym miał jednym zdaniem opisać, jak wygląda życie za polem minowym, to byłoby to właśnie ta rozmowa.
Woda i prąd
Docieramy do Charkowa kiedy jest już ciemno. Cały świat od wielu dni mówi o planie pokojowym Trumpa. Ja też praktycznie codziennie opowiadam na lajfach z Brukseli o kolejnych punktach, co dopisali Rosjanie, co udało się Ukraińcom usunąć. W Charkowie plan pokojowy wydaje się odległy jak wyspy na Pacyfiku, dużo bliżej, bo tylko 30 km stąd jest granica z Rosją. Kiedy pada pytanie w aucie nasz kierowca wali prosto z mostu
- Po co nam ten Donbas, tyle ludzi zginęło. Trzeba to jakoś zakończyć.
Później Witalij, drugi kierowca jeszcze doda, że 100 lat trzeba, żeby odbudować, to co zniszczyli Rosjanie.
W Charkowie to nie plan Trumpa jest głównym tematem.
- Masz wodę?
- Mam, ale nie mam prądu.
Tym żyje ulica. Zęby można umyć wodą z butelki, ale jak spłukać toaletę? Po kilku dniach ciągłych przerw (czasem nie ma ciepłej, czasem nic nie płynie z kranu) na korytarzu w hotelu pojawiają się duże baniaki. Jak nie ma wody, bierzesz butlę do pokoju (napełnianie na zapas czajników, butelek, garnków to kolejna rzecz, którą można u siebie wytresować, jest woda, to nalewasz, słyszysz wybuch, biegniesz odkręcić wodę w wannie)
Siedzę z baniakiem w pokoju i oglądam przez okno największy ostrzał miasta od kilku tygodni. Rozumiem ludzi, którzy zamiast siedzieć w piwnicy, patrzą tak jak ja przez okno.
To taka rosyjska ruletka. Każdego dnia w Ukrainie ginie co najmniej kilka, kilkanaście, czasem kilkudziesięciu cywilów. Po 3 latach wojny szybko liczysz w głowie: iść znów do piwnicy czy liczyć na to, że znów się uda. Wiele zależy też od tego gdzie mieszkasz. W Charkowie najgorzej było na początku wojny kiedy Rosjanie chcieli zdobyć miasto. Setki wybuchów dziennie.
Andrij Semenko pokaże mi któregoś dnia zniszczony przez bombę budynek koło biura IRC w Charkowie.
- Szedłem właśnie do pracy kiedy walnęło. W filmach ludzie wylatują w powietrze, ale to inaczej wygląda, siadasz po prostu na dupie. Gdybym spóźnił się do pracy parę sekund, byłbym 200 metrów dalej, tam gdzie walnęli.


Pęknięte serce
Ruszamy z biura IRC do schroniska, kiedy w mieście trwa alarm. Już wiemy, że w centrum uderzyły dwie bomby szybujące, ale nikt nie schodzi do schronu. Bęben w ruskim rewolwerze znów się obrócił i znów wygraliśmy. Trzeba jechać.
Wsiadamy do auta a Andrij Semenko zaczyna opowiadać o dzieciach, które nie potrafią się podpisać.
- Najpierw była pandemia, potem przyszła wojna. Są dzieci, które od lat nie chodzą do normalnej szkoły - mówi mi o zniszczonych szkołach, o lekcjach na stacjach metra, o zaminowanych placach zabaw.
Andij Semenko odpowiada w International Rescue Committee za pomoc dla dzieci.
W mieście wyją syreny, a my dojeżdżamy. Posępny blok kiedyś był akademikiem, teraz mieszkają tu Ci, którzy musieli uciekać. Tylko w tym jednym budynku mieszka prawie pół tysiąca osób. A takich bloków tylko w Charkowie jest czterdzieści.
W schronisku spotykamy Nadię, mamę kilkuletniej Nastii. Nagrywam z nią dla Polsat News "setkę"
- Opowiedz, co się stało.
- Przyszli Rosjanie, pół roku siedziałam z córką w wannie. W końcu udało nam się jakoś uciec - mówi z coraz bardziej ściśniętym gardłem. Pół minuty temu jeszcze się uśmiechała, teraz już płacze. Ciężko się nagrywa takie rozmowy.
Nadia przychodzi z córką na zajęcia prowadzone przez animatorów z IRC.
Zamiast bomb są kredki. Zamiast koszmarów trzeba namalować szczęście.
- Była z nami jeszcze babcia, ale nie mogła tego wszystkiego wytrzymać i pół roku temu serce jej pękło - kończy zapłakana Nadia.
Medycyna nie zna takiego terminu, ale w Ukrainie wielu umiera na pęknięte serce.


Legenda o zemście
Jak tu trafiłem? Tym razem pociągiem. Lot z Warszawy do Charkowa kiedyś zająłby pewnie niecałe dwie godziny, teraz podróż trwa ponad dobę.
Na stoliku kultowa szklanka w metalowym koszyku. W środku "chmielnicka trawa" podobno da się ją kupić tylko w ukraińskich pociągach. Może to tylko legenda, ale ja dla mnie to rytuał: zawsze kiedy jadę pociągiem do Ukrainy, zamawiam chmielnicką trawę. Stare, ale wygodne wagony sypialne (Warszawa-Kijów, 450 zł bilet, ale trzeba się pośpieszyć, bo znikają w ciągu kilku chwil) powoli przetaczają się przez granicę. Trzeba się mocno przypatrzeć, żeby dostrzec różnicę. Po jednej stronie ładne płoty, po drugiej dziurawe siatki, ale teraz w nocy, drzewa wyglądają tak samo.
Po jednej stronie bogata i spokojna Europa, po drugiej: najbardziej krwawy konflikt na Starym Kontynencie od IIWŚ.
Zainstalowanie e-sima zajmuje mi chwilę, konduktor podaje mi swój numer, przychodzi sms, parę kliknięć w aplikacji i karta działa. Po wygonie niesie się ze mam ukraińską sim-kartę. I szybko mam kolejkę chętnych. Telefon Jurija jest niestety za stary na takie numery. Jedziemy razem w jednej kuszetce i od kilku godzin gadamy.
Jest z Ługańska, miasta, które Rosjanie zajęli jeszcze w 2014. On wyjechał w 2018, przez Białoruś gdzie mieszka jego córka, jak mówi rusofilka.
Od 7 lat nie widział swojego domu. Od 7 lat przed jego domem wciąż stoi jego samochód. Od 7 lat nie widział brata. Przed Kijowem mijamy małe miasteczko - Korosteń a Jurij zaczyna mi opowiadać legendę o zemście. Mieszkało tam plemię Drewlan, które zabiło kijowskiego księcia Igora. Jego żona księżna Olga postanowiła się zemścić. Jej wojska otaczały miasto, po długim oblężeniu księżna obiecała łaskę, ale pod warunkiem, że mieszkańcy oddadzą po 3 gołębie i 3 wróble z każdego domu. Olga kazała do ptaków przywiązać płonące materiały i spaliło całe miasto. Dzisiaj ukraińskie miasta palą rosyjskie drony. Jurij kończy legendę, a pociąg wjeżdża do Kijowa. Daję mu telefon, dzwoni do brata, i przynosi kolejną chmielnicką trawę


