Magdalena Łyczko: Pierwsze wspomnienie związane z podróżą?
Sabina Zięba: - Miałam cztery, góra pięć lat, jechałam w nocy autobusem do Niemiec, w stronę Frankfurtu. Pamiętam, że mama chciała zasnąć, a ja przez całą podróż patrzyłam przez okno. Zmieniające się krajobrazy, natężenie oświetlenia, budynki. To było magiczne doświadczenie, dzisiaj porównałabym je do filmu oglądanego w ciemnej kinowej sali. Kiedy wysiadałam z autobusu, przewróciłam się, za mną leciała różowa walizka w kolorowe dinozaury. Nawet to bolesne doświadczenie nie przyćmiło mi głodu przygody.
Najbardziej niezapomniana podróż niekoniecznie turystyczna?
- To było połączenie podróży wewnętrznej z turystyczną. Byłam w kiepskim momencie życia. Miałam różne zawirowania w życiu prywatnym oraz ciężką depresję. Nie widziałam już żadnej nadziei w swoim życiu i wydawało mi się, że wszystkie piękne chwile są już za mną, a nie przede mną. Nie wiedziałam, co zrobić. Wtedy za ostatnią wypłatę z redakcji, z którą się rozstałam, kupiłam bilet w jedną stronę na Bali. Już na miejscu, przebywając z lokalsami, zrozumiałam, że szczęście nie polega na tym, żeby kupić sobie kolejne buty od Prady.
Nagle wychodząc z codzienności, która kręciła się wokół pełnego blichtru świata mediów, markowych ubrań, znanych ludzi i pokazów mody, poczułam, że to już nie jest moje miejsce.


Dlaczego akurat na Bali?
- To proste! Impulsem do podróży była autobiograficzna książka Elizabeth Gilbert "Jedz, módl się, kochaj". Czytałam ją wiele razy, po raz pierwszy chyba w gimnazjum. W tej powieści znalazłam inspirację do szukania nowej wersji siebie. Bohaterka książki - podobnie jak ja, była na rozdrożu. Dla tych, którzy nie czytali książki, ani nie oglądali filmu z Julią Roberts, przypomnę, że główna bohaterka rozwiodła się, została bez pieniędzy, domu i postanowiła wybrać się w podróż życia. Najpierw odwiedziła Włochy, potem Indie, a na końcu Bali. Z tych trzech opisanych przez autorkę miejsc pozostały mi jedynie Indie, które - mam nadzieję - uda mi się odwiedzić jeszcze w tym roku.
Spakowała pani do plecaka książkę Gilbert?
- Tak. To była kolejna lektura tej książki, ale tym razem miała zupełnie inny wymiar, ponieważ czytałam ją podczas pobytu na Bali, odwiedzając miejsca, które Elizabeth Gilbert opisywała dwadzieścia lat wcześniej.
Co znalazła pani na Bali?
- Przede wszystkim spokój i nową perspektywę. To była najbardziej kształtująca podróż w moim życiu. Za pierwszym razem spędziłam tam dwa miesiące, początkowo z dala od turystycznych miejsc - na północy i wschodzie wyspy, bliżej lokalnych mieszkańców. Dopiero później pojechałam na bardziej zatłoczone południe. Zobaczyłam ludzi żyjących bardzo skromnie, często w prowizorycznych domach i z niewielką liczbą rzeczy, a mimo to szczęśliwych i wdzięcznych za codzienność. To mocno zmieniło moje myślenie. Uświadomiłam sobie, że można żyć prościej i pełniej. Rok później wróciłam do Indonezji i wtedy zobaczyłam chyba najpiękniejsze miejsce w swoim życiu - Padar Island w Parku Narodowym Komodo. Każda plaża na tej wyspie ma inny kolor - różowy, biały, czarny. Weszłam na szczyt o wschodzie słońca i ten zapierający dech w piersiach widok zostanie ze mną na zawsze.
Co daje pani podróżowanie?
- Na różnych etapach życia podróżowanie dawało mi coś innego. Od dziecka fascynowało mnie odkrywanie nowych miejsc i poznawanie innych kultur. Najpierw podróżowałam z rodzicami po Polsce, później z koleżankami i znajomymi, a z czasem także samodzielnie. Z biegiem lat nie zmieniła się jednak moja największa motywacja - ciekawość świata. Dziś podróżuję wolniej i bardziej świadomie. Lubię zostać gdzieś na dłużej, porozmawiać z mieszkańcami, zobaczyć, jak wygląda ich codzienność i spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. Nie interesuje mnie kolekcjonowanie atrakcji ani odhaczanie kolejnych punktów na mapie. Znacznie bardziej cenię możliwość zanurzenia się w lokalnej kulturze i zrozumienia miejsca, które odwiedzam.
Z którego miejsca na Ziemi najtrudniej było pani wyjechać i dlaczego?
- Gdziekolwiek jestem zawsze trudno mi wracać. Nie przepadam za siedzeniem w domu, wolę być w drodze. Cieszy mnie nawet wielogodzinna podróż powrotna, bo to wciąż szansa na poznanie kogoś nowego, zobaczenie czegoś ciekawego… Świadomość, że jeszcze wszystko może się zdarzyć. Ze wszystkich destynacji najtrudniej mi było wracać z Indonezji. Po czterech miesiącach stwierdziłam, że wypadałoby pojawić się w kraju.
Cztery miesiące to szmat czasu…
- Najpierw pokazywałam ówczesnemu partnerowi moje ulubione miejsca - Bali, Nusę Penidę i Nusę Lembongan, a później podróżowałam już sama przez wyspy Gili, Lombok, Sumbawę aż do Flores.


Samotne podróżowanie nie budziło lęku?
- Na początku tak, dlatego zaczynałam od małych kroków - samotnego weekendu nad polskim morzem, później Zakopane, następnie Paryż. Z czasem doszły dalsze kierunki, jak Nowy Jork czy Indonezja.
Dziś widzę w tym ogromną wolność. Nie muszę dostosowywać się do nikogo, mogę zmieniać plany w ostatniej chwili, zostać gdzieś dłużej. Samotne podróżowanie daje też poczucie sprawczości. Pokazuje, że naprawdę można sobie poradzić.
Oczywiście bywają trudne sytuacje. Pamiętam podróż z Bali na Flores - zamiast polecieć samolotem, postanowiłam pokonać trasę lądem i promami. O czwartej rano utknęłam sama na końcu jednej z wysp wśród samych mężczyzn, którzy prawie nie mówili po angielsku. Ostatecznie jeden z nich pomógł mi znaleźć nocleg i dalszy transport. Takie sytuacje uczą zaufania do ludzi, ale też ostrożności.
Które miejsca najbardziej zmieniły pani sposób patrzenia na świat?
- Na pewno mniej turystyczne regiony Indonezji i Tanzanii. Widok ludzi żyjących w skrajnie prostych warunkach bardzo zmienia perspektywę. Żyjąc w Europie często jesteśmy otoczeni nadmiarem rzeczy i przestajemy to doceniać. Tam ludzie często nie mają podstawowych rzeczy, a mimo to potrafią cieszyć się życiem.
Co zawsze zabiera pani w podróż?
- Książkę - zawsze. Nieważne, gdzie jadę. Oprócz tego kapelusz, bo fatalnie znoszę słońce, i mały statyw z pilotem Bluetooth do robienia zdjęć, kiedy podróżuję sama. Pamiętam prom z indonezyjskiej Sumbawy na Flores. Były tam może trzy białe osoby, w tym ja. Dwaj pozostali podróżnicy wyglądali jak rasowi odkrywcy - mieli lornetki, profesjonalne aparaty i spodnie cargo. A ja? Siedziałam w różowych szortach, koszuli w kolorowe wzorki i różowym kapeluszu. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z nich, fotograf, i zapytał, jaki dokument oglądam na telefonie. Spojrzałam na niego i odpowiedziałam: "Legalną blondynkę". Na promie nie było zasięgu, więc miałam zapisane tylko dwa tytuły - odcinek "Przyjaciół" i właśnie ten film. Do dziś śmieję się, że musiał pomyśleć: "No tak, prawdziwa legalna blondynka na końcu świata". To był moment, w którym szczególnie wyraźnie zobaczyłam kontrast między moją przeszłością w świecie mody a nowym życiem podróżniczki przemierzającej samotnie indonezyjskie wyspy.


Kiedy zrozumiała pani, że chce zawodowo zająć się podróżami?
- Właśnie w trakcie pierwszej solo podróży na Bali, kiedy walczyłam też z depresją. Wcześniej marzyłam o pracy w mediach związanych z branżą mody, dziś wiem, że bardziej interesuje mnie człowiek i jego historia niż kolejne trendy. Chciałam pisać o świecie, ciekawych miejscach i o zmianach, które zachodzą w ludziach pod wpływem podróży, dlatego zaczęłam budować własne portfolio podróżnicze. W końcu dostałam szansę pracy w National Geographic Polska i poczułam, że jestem we właściwym miejscu.
Chce pani zachęcać kobiety do podróżowania solo?
- Tak. Bardzo. Kobiety często boją się samotnych wyjazdów - tego, że sobie nie poradzą, że coś się stanie. A ja uważam, że jeżeli ktoś ma w sobie ciekawość świata, nie powinien czekać na innych, tylko po prostu wyruszyć. Warto zacząć od krótkiego weekendu solo, nawet w Polsce. To niesamowicie buduje pewność siebie. Dlatego w redakcji National Geographic Polska realizuję podcast, w którym rozmawiam z kobietami podróżującymi w pojedynkę. Chcę pokazać, że podróże mogą być nie tylko sposobem na poznawanie świata, ale także siebie. Uczą bowiem wdzięczności i pozwalają spojrzeć z dystansu na własne życie. Przede wszystkim pomagają też docenić rzeczy, które na co dzień uznajemy za oczywiste.
Sabina Zięba - podróżniczka i dziennikarka. Związana z redakcją National Geographic.

