1 500 000 zrujnowanych budynków, 63% dworców kolejowych w gruzach, ponad 50% zniszczonych mostów, podobnie 18% domów. Oto bilans I wojny światowej na polskich ziemiach, która prócz odzyskania niepodległości przyniosła ze sobą ogromne spustoszenia materialne. Dodajmy inne statystyki: przed 1914 rokiem na terenie Królestwa Kongresowego istniało 1250 parowozów, w 1918 ich liczba zmalała do 800. Z kolei z 34 430 wagonów towarowych w Kongresówce przed konfliktem po jego zakończeniu pozostało 10 975. Do tego w całym kraju dziesiątki kilometrów wyrwanych szyn (Polska przez swoje pierwsze lata nie miała warunków do produkcji uzupełnień, elementy torów sprowadzano z zagranicy) czy ok. 1000 dużych mostów i kilka tysięcy mniejszych w ruinie. A jakby na podsumowanie, fakt, że z 50 austriackich i niemieckich linii kolejowych stykających się z granicą zaboru rosyjskiego, zaledwie 10 było kontynuowanych po drugiej stronie.
Odbudowanie, choć części tych budynków, dróg, torów itd. stanowiło wyzwane godne 12 prac Heraklesa. Podjął się zaś tego nie kto inny, a przyszły prezydent Rzeczpospolitej, Gabriel Narutowicz. W momencie powstania II RP mieszkający w Szwajcarii i ceniony na arenie międzynarodowej inżynier hydrotechnik oraz mający w dorobku m.in. wykłady na politechnice w Zurychu, który znalazł się na emocjonalnym rozdrożu. Z jednej strony, w kraju Helwetów miał już wyrobioną markę wybitnego naukowca, z drugiej ciągnęło go do ojczyzny ("Myślę, czy nie przenieść się na służbę do Polski, aby odrobić to, co nie było mi dane za młodu" [chodzi o brak udziału w konspiracji niepodległościowej]). Tym bardziej że do przyjazdu był namawiany zarówno przez polityków, jak i środowiska naukowe, m.in. Ignacego Mościckiego (“Polska nie powstaje co roku, panie profesorze").
Narutowicza trzymała jednak w Szwajcarii rodzina, zwłaszcza chora na raka, niewstająca z łóżka żona Ewa. Ostatecznie kobieta zmarła w lutym 1920 roku i choć z pewnością nasz bohater cierpiał po jej odejściu, zdawał sobie sprawę, że teraz musi tylko dokończyć rozpoczęte projekty i może wracać nad Wisłę. Konkretnie, jako minister robót publicznych w rządzie Władysława Grabskiego (na stanowisko został powołany w czerwcu 1920). Problem w tym, że równolegle z nominacją trwa ofensywa bolszewików na Polskę i samo istnienie państwa staje pod znakiem zapytania. Co ciekawe, w krytycznych dniach bitwy warszawskiej Gabriela nie ma na miejscu. Wprawdzie pojawia się w stolicy w lipcu, ale zaraz potem wyjeżdża, aby uporządkować i domknąć wszystkie sprawy nad Renem. Nawet jeśli tę postawę uznamy za kontrowersyjną, to Narutowicz zrehabilitował się, zwracając wynagrodzenie za lipiec i sierpień kolejnemu premierowi, Wincentemu Witosowi (obowiązki ministra podjął dopiero we wrześniu). Którego ze współczesnych polityków stać byłoby na taki gest?
Postawienie kraju na nogi po zawierusze, a w zasadzie zawieruchach wojennych - do I wojny światowej trzeba doliczyć walki o granice odrodzonej Polski - przypominało “mission impossible". Szczególnie że resort Narutowicza, który powinien stanowić jeden z priorytetów rządu, w praktyce był traktowany przez radę ministrów, w tym ministra skarbu, jak piąte koło u wozu. Nawet Piłsudski nie rozumiał znaczenia ministerstwa robót publicznych: “dla resortu, który objął p. Narutowicz, nie miałem nigdy ani wybitnego zainteresowania, ani wielkiego zaufania". W efekcie minister musiał niemal wyszarpywać z gardła swojemu koledze od skarbu kolejne sumy na inwestycje. W zaufanym gronie powiadał, że “łatwiej mi było w Szwajcarii o miliony niż w Polsce o tysiące".
Sytuacji nie polepszał fakt, że za rządów poprzednika, Józefa Pruchnika, nastąpił w ministerstwie wyjątkowy rozrost urzędników. Wyjątkowy, ale nieprzypadkowy, bo często stanowiska obejmowali ludzie bez większych kompetencji, ale za to z odpowiednią legitymacją partyjną w kieszeni. Przykładem choćby Małopolska, gdzie przeróżne biura drogowe, wodne i melioracyjne aż pęczniały od polityków PSL “Piast" i ich znajomych. Narutowicz nie akceptował tego stanu rzeczy i już na jednej z pierwszych narad z udziałem pracowników w resorcie zapowiedział: “Przyszedłem do panów, aby uczciwie pracować. [...] Wszyscy, którzy traktują swoje tutaj posady jako źródło osobistych korzyści czy teren wypoczynkowy, będą je [ministerstwo] musieli opuścić. [...] Niektórzy z panów rekomendowali się już u mnie protekcjami, ich w pierwszym rzędzie proszę o opuszczenie Ministerstwa...".
Zarządzona przez polityka redukcja etatów przyniosła wymierny skutek - z 3679 osób w szeregach resortu zostało 2780. Niestety, nie do końca poszło za tym zwiększenie rzetelności i efektywności machiny urzędniczej - wciąż zdarzali się w ministerstwie pracownicy biorący łapówki, wydający publiczne pieniądze na prywatne cele itd. Narutowicz popełnił tu błąd, zbytnio ufając, że podwładni, którzy pozostali to najlepsi z najlepszych, ale z czasem zabrał się do walki z nadużyciami. W ten sposób wymienił niemal wszystkich dyrektorów okręgów, a ok. 100 inżynierów trafiło z jego inicjatywy przed sąd. Generalnie, minister stawiał na samodzielność i kreatywność podległych sobie urzędników, uważając, że nadmierne krępowanie ich przepisami to w przypadku Polski droga donikąd. “Polacy najmniej nadają się do systemu administracji pruskiej, przepełnionej szablonami i wzorami, przewidującymi najdrobniejsze wypadki" - przekonywał.
Roszady personalne roszadami personalnymi, ale najważniejsze były postępy w odbudowie kraju. Te natomiast, mimo arcytrudnych warunków, w jakich przyszło pracować Narutowiczowi, przedstawiały się imponująco. Otóż tylko w 1921 roku zbudowano na nowo lub odrestaurowano 268 364 budynki, w tym szkoły, kościoły, miejsca użyteczności publicznej czy domy. Ministrowi i jego współpracownikom udało się też doprowadzić do budowy lub remontu 2600 małych mostów, 150 dużych drewnianych i 27 żelaznych. Mało? To dołóżmy jeszcze 200 kilometrów nowych dróg, wreszcie odnowienie takich zabytkowych obiektów, jak Pałac Namiestnikowski (obecny Pałac Prezydencki), siedziba Ministerstwa Skarbu, Pałac Prymasowski czy Pałac Branickich w Białymstoku.
Wspomnieliśmy, że późniejszy prezydent musiał wręcz wymuszać na szefach resortu skarbu fundusze na swoje ministerstwo. I choć niekiedy musiał iść na ustępstwa, czasami odnosił w tym zakresie spektakularne sukcesy. Dla przykładu - gdy ministrem od finansów został Jerzy Michalski, swoje urzędowanie rozpoczął od zażądania od wszystkich cięć w swoich resortach. Jako że był człowiekiem nieznoszącym sprzeciwu (nie bez powodu nosił przydomek “żelazna miotła"), ministrowie, mimo licznych obiekcji, przystąpili do szukania oszczędności. W tym Narutowicz, który w zasadzie popierał działania Michalskiego, ale gdy okazało się, że jego resort ma zostać jeszcze bardziej “ścięty" niż inne, zaprotestował. Na posiedzeniu rządu wystąpił z żarliwym przemówieniem w obronie robót publicznych, argumentując że są nie mniej ważne niż wojsko, banki czy rolnictwo. "Jeżeli [...] nie będzie pieniędzy na prowadzenie robót, to zbytecznym i szkodliwym ciężarem dla państwa staje się takie ministerium, wobec czego stawiam wniosek o skasowanie tego ministerstwa".
Inni ministrowie w szoku, Michalski w szoku - jak to, resort do likwidacji? Swoje zrobiło też to, że Narutowicz wypowiedział wspomniane słowa tonem jak najbardziej poważnym. Zaczęła się więc dyskusja, w której nasz bohater został poparty przez innych polityków i której finałem był następujący dialog między nim, a Michalskim. “- A więc jak, panie ministrze, dostanę fundusze na roboty czy odchodzę? - Cóż mam z panem zrobić, panie profesorze? Jest pan uparty, jak każdy Litwin i konsekwentny, jak każdy Szwajcar, a przy tym chce nam pan Polskę zelektryfikować i pobudować. Trzeba coś dać!". Na szczęście Michalski nie poprzestał na słowach i przekazał ministrowi robót publicznych 9 miliardów marek polskich.
A jak wyglądał dzień Narutowicza na ministerialnym stanowisku? Zaczynał się o 6:00 - pierwszym punktem po wstaniu i ubraniu się była konna przejażdżka do Łazienek. O 9:00 przyszły prezydent stawiał się w swoim biurze i wpadał w wir służbowych obowiązków: narady, spotkania, konferencje, podpisywanie dokumentów itd. Jeśli nie musiał, nie opuszczał resortu w ciągu dnia i nawet obiad jadł we własnym gabinecie. Kładł się zwykle dosyć późno, bowiem prócz pracy w resorcie realizował dodatkowe zlecenia: artykuły dla prasy branżowej, projekty techniczne dla swej byłej firmy w Zurychu itd. To wszystko robił wieczorami, wychodząc z założenia, że roboty publiczne to priorytet i dopiero po wypełnieniu zadań ministra może zająć się innymi pracami. Innymi słowy, przyjął postawę, której wśród polityków każdej epoki ze świecą szukać...
Jako szef, Gabriel był wymagający i w niektórych kwestiach, jak np. punktualność podwładnych, zasadniczy. Niemniej, jeśli zauważał rzetelność i uczciwość danego pracownika, potrafił to docenić i odpowiednio wynagrodzić. Na pozór szorstki i mało kontaktowy, przy bliższej współpracy zyskiwał szacunek, a nawet dozę sympatii - nie tylko swoją fachowością, ale również kulturą osobistą. “W obejściu z otoczeniem miał on dar szybkiego ujmowania sobie ludzi przez swe uprzejme i pogodne formy towarzyskie, tak iż nawet odmowa miała formę łagodzącą przykrość dla zainteresowanego" (Adam Różański, dyrektor departamentu polityki wodnej). Jeśli chodzi natomiast o styl pracy, to Narutowicz nie bawił się w długie analizy, wolał szybkie, ale za to konkretne decyzje.
Dodajmy, że choć w ministerialnych murach spędzał długie godziny, regularnie jeździł “w teren" i bezpośrednio doglądał postępów w odbudowie Polski. Jak się wydaje, były to dla nie niego nie tylko chwile oddechu od pracy biurowej, ale również okazje do rozmów z miejscowymi inżynierami na tematy techniczne. Nie dość, że znał się na tym najlepiej, to jeszcze mógł wymienić myśli z kolegami po fachu i nic dziwnego, że w tych momentach czuł się całkowicie swobodnie. Weźmy, chociażby wyjazd do Porąbki w celu obejrzenia okolic przyszłej przegrody na rzece Soła - “Zabronił urządzenia wszelkich choćby najskromniejszych przyjęć. Z pobliskich miast przyjechali inżynierowie państwowi przedstawić się swemu ministrowi. Zaraz jednak rozmowa zeszła na szczegóły budowy przegrody [...]. Rozpoczęły się żywe naukowe debaty - nie jak z ministrem, lecz jak z uczonym i wielkim praktykiem. Kiedy wstaliśmy, odezwał się z uśmiechem: “Przyjechałem tu nie jako minister, lecz jako znawca techniczny".
Intensywny tryb życia dawał się naszemu bohaterowi mocno we znaki i bywało, że w trakcie wyjazdów “w teren" miewał kłopoty z sercem. Zdarzało się nawet, że pluł krwią, ale nie przerywał swoich obowiązków, aż do naprawdę poważnych niedyspozycji. Nie samą pracą żyje jednak człowiek i Narutowicz trzymał się tej dewizy, chętnie bywając na przykład na operach i koncertach symfonicznych. Interesowała go również literatura, zwłaszcza współczesna polska poezja. Gdy zaś przyłapał swojego sekretarza na pisaniu wiersza w godzinach pracy, nie tylko go nie zbeształ, ale wręcz przeciwnie - przeczytał ów utwór. Następnie z uznaniem pokiwał głową i poprosił obecną w pokoju maszynistkę o przepisanie tego “dokumentu urzędowego". Okazjonalnie uczestniczył też w wyczekiwanych przez siebie polowaniach, a jako zapalony bonapartysta, z wypiekami na twarzy śledził obchody 100 rocznicy śmierci Napoleona w Warszawie.
Wreszcie, niejednokrotnie dawał dowody dystansu do siebie, np. podczas jednej z szopek politycznych, przygotowanej przez skamandrytów w Belwederze. Jak relacjonował Jan Lechoń, “bractwo, czyli ministrowie z Naczelnikiem Państwa na czele pokładali się ze śmiechu, słuchając naszych piosenek i patrząc na komiczne podrygi kukiełek, przedstawiających samego Piłsudskiego, Wieniawę, marszałka Trąmpczyńskiego, Daszyńskiego, Hallera. Pamiętam też doskonale, że ostatni z lewej strony w pierwszym rzędzie siedział starszy pan, bardzo przyjemny i szalenie łatwy do śmiechu. Był to minister robót publicznych, późniejszy Prezydent Rzeczypospolitej". Niestety, Narutowiczowi nie było dane poznać bliżej Tuwima i reszty, a jakiś czas później autor “Ptasiego Radia" tworzył wiersz żegnający naszego bohatera - “Pogrzeb prezydenta". “Zimny, sztywny, zakryty chorągwią i kirem, Jedzie Prezydent Martwy a wielki stokrotnie. Nie odwracajcie oczu! Stać i patrzeć, zbiry! Tak! Za karki was trzeba trzymać przy tem oknie!"...
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: "Gabriel Narutowicz. Biografia" Marka Białokura,"Trzej prezydenci II Rzeczpospolitej" Zygmunta Kaczmarka, "Gabriel Narutowicz. Pierwszy prezydent Rzeczpospolitej" Waldemara Łazugi i Janusza Pajewskiego, "Narutowicz i Niewiadomski. Biografie równoległe" Macieja Nowaka i "Strzały w Zachęcie" Marka Ruszczyca.