Reklama

Jakub Dybek: Chciałbym, żebyśmy spróbowali pomówić o Wielkim Poście bez banałów — bez "zatrzymujemy się w biegu", bez "taki mamy klimat". Postawię tezę: post nie jest ani dietą, ani moralistyką, ale narzędziem oczyszczania uwagi i zrobienia miejsca na bliźniego. Od czego byś zaczął? 

Adam Strug: - Zdecydowanie od kontekstu katolickiego — a dokładnie jego polskiej odmiany. Mój stosunek do religii jest mocno sceptyczny, więc bardziej niż o przekonaniach chcę mówić o samych praktykach. Miałem szczęście — obcowałem ze starszyzną urodzoną pod koniec XIX wieku. Widziałem takich, których Eliade określa jako homo religiosus: ludzi integralnie religijnych, których życie upływało w rytmie kalendarza liturgicznego, kościelnych świąt i całej związanej z tym obrzędowości. 

Reklama

Skąd sceptycyzm? 

- Gdybym był Persem, zajmowałbym się szyityzmem w jego perskiej odmianie. Mieszkam w Polsce — zajmuję się katolicyzmem. Traktuję go jako łódź, która jednym krańcem sięga starożytności, a drugim cały czas przebija współczesność. Miał po drodze liczne przygody, w tym jedną, moim zdaniem szczególnie tragiczną w skutkach dla całej kultury europejskiej — reformy po Soborze Watykańskim II. To, co mamy dziś, można by nazwać postkatolicyzmem. Mówimy o instytucji, nie o wiernych — bo ci zazwyczaj o teologii pojęcia nie mają, dlatego można im różne rzeczy sprzedać jako oryginalnie katolickie. 

A jednak tu jesteś. 

- Parafianinem nigdy być nie przestanę. Byłem dzieckiem przy świątyni — z dziadkami spędziłem pewnie więcej czasu niż z rodzicami. Byłem pod przemożnym wpływem tego rytmu. Czy to dobrze, czy źle — trudno powiedzieć. Na pewno daje mi wgląd w to, czym jest katolicyzm i cywilizacja na nim wyrosła. Od rolnictwa, przez prawo, po sztukę — wszystko w naszym kręgu kulturowym ma katolicki korzonek. A że jestem zawodowym śpiewakiem, przekładam te zależności na praktykę śpiewów wspólnych. 

Pytam o żałobę. Czy mamy jeszcze do niej prawo, skoro wszystko dookoła oczekuje jak najszybszego powrotu do normy — do konsumpcji? Śmierć zostaje nam jako powiadomienie na Facebooku. Komunikat o cudzym nieszczęściu, nie część wspólnego losu. 

Tutaj chciałbym zgłosić votum separatum. To, że świat idzie sobie w jakimś kierunku  — mnie nie obowiązuje. Nie ma zgody na to, by trendy, mody czy konwencje współczesności narzucały mi sposób życia, rozumowania, estetyczne wybory. Moda filozofom nie przystoi — choćby dlatego, że szybko się zmienia. Gdy coś jest dobre, trwamy w tym, jest niezmienne. 

Jak ta muzyka. 

Ta muzyka przez wieki świetnie sobie radziła bez prądu, bez sceny, bez mikrofonu. Ma walor wiecznotrwałości — ona się nie nudzi. Piszę też własną muzykę i po dwóch, trzech sezonach nie jestem w stanie jej słuchać. A tę śpiewam po raz setny i tysięczny i za każdym razem odkrywam coś nowego — harmonię, rytm, sens wiersza. To jak w chińskiej operze: całe życie grasz i śpiewasz  jedną rolę. 

Repetycja jako pogłębianie.

Współczesność narzuciła konwencję skakania z kwiatka na kwiatek — synkretyzmy kulturowe, zlepki stylistyczne, które rzekomo mają odpowiadać życiu nas współczesnych. To bzdura. Antropologicznie nic się nie zmieniło. Nie ma różnicy w kwestiach egzystencjalnych między człowiekiem pierwotnym a obecnym. 

Nasz strach nie różni się od strachu człowieka z jaskini. 

Zmieniły się wyłącznie przypadłości. Ta muzyka zapładniała i nadal zapładnia umysły najwybitniejszych poetów i muzyków. Nagle, naprzeciwko niej wyrosła hydra podłączona do prądu — bardzo głośna, bardzo ekspansywna, ale pusta 

Barok. Zatrzymuję cię tu, bo chcę zapytać o śmierć i o język. 

Polski katolicyzm wytworzył trudną do oszacowania — zarówno kunsztem, jak i liczbą — ilość pieśni nabożnych, w których muzykalność naszych plemion etnograficznych zderza się z tematyką i stylistyką katolicką, która przywędrowała znad Morza Śródziemnego. Z tego zderzenia powstają owe pieśni. W warstwie literackiej to dzieła najwybitniejszych — anonimowych i podpisanych — poetów polskich wszystkich dób: anonimy średniowieczne, potem kwiat renesansu, baroku, klasycyzmu, romantyzmu. Poeci oddawali wiersze na służbę kościołowi. Wszyscy modlili się Kochanowskim, Żabczycem, potem Krasickim albo Karpińskim, często nie znając pochodzenia wiersza. 

I to się skumulowało właśnie w pieśniach pasyjnych? 

80% tychże to wiek XVII i XVIII — ale z zastrzeżeniem: polska specyfika polega na tym, że wszystko u nas jest mniej więcej 200 lat przesunięte. We Włoszech renesans na pełnej petardzie w XV wieku — w Polsce pod koniec XVI nadal gotyk nadwiślański. Analogicznie z barokiem. Karpiński, zaliczany do sielanki — jest moim zdaniem poetą barokowym. Wystarczy przyjrzeć się jego nieszporom albo "Bóg się rodzi, moc truchleje" — a jest to przecież barokowy polonez.

A czas trwania postu? 

Pieśni pasyjne śpiewa się u nas przez cały Wielki Post, nie tylko w Wielkim Tygodniu jak w reszcie katolickiego świata. Analogicznie z kolędami — na świecie kończą się na Trzech Królach, 6 stycznia, u nas śpiewa się do Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego. Wszystko poprzesuwane. Dlaczego? Bo żeby ten gigantyczny repertuar wyśpiewać — potrzeba czasu. A pokolenie, do którego się odwołuję, śpiewało te pieśni nie tylko w kościele, ale też w domu i obejściu, w czasie prac gospodarskich i kuchennych. 

Czy utraciliśmy język mówienia o śmierci? 

Myślę, że wciąż padamy ofiarą przekonania, że musimy się do czegoś odnosić — do kryzysu, do tej zafajdanej współczesności. Osobiście nigdzie nie odchodziłem. Jestem tam, gdzie byłem. Plagi współczesności owszem mnie dotknęły — ale kulturowo? Nigdzie się nie wybierałem i nie wybieram. 

Trwasz. 

Kultura tradycyjna jest o wiele bardziej żywotna, niż byśmy byli gotowi ją o to posądzać. Elektryfikacja polskiej wsi na dużą skalę to dopiero czasy po II wojnie — ale znam miejsca elektryfikowane pod koniec lat 70. Ci ludzie żyli po dawnemu. Nawet jeśli 50 lat spędzili w mieście, mentalnie nie odbiegli od standardów homo religiosus. Odeszli tylko z pozoru. 

Przemiany zewnętrzne nie dotykają głębszych pokładów  

Dlatego rewolucje światopoglądowe działają u nas w ograniczonym zakresie. Potrzeba religijna jest stara jak ludzkość. Nie wchodzę w to, czy jest uprawniona. Ale jest faktem. Nie jestem od zbawiania świata — ani religijnie, ani politycznie. Jestem pracownikiem polskiej kultury. To właściwie definiuje moją funkcję. 

Co daje komuś, kto przyjdzie na koncert "Monodii Polskiej" usłyszeć pieśni pasyjne? Czego nie dostanie od organisty? 

To, że to przybrało formę koncertu, jest już miarą naszego kulturowego upadku. Te pieśni nie są materiałem estradowym, kreacyjnym. Ale skoro taka jest konwencja, wchodzimy w nią, przełamując ją na wszelkie możliwe sposoby. Unikamy sceny — schodzimy między ludzi. Jeśli jesteśmy we wnętrzu sakralnym, nie stoimy tyłem do ołtarza. I wreszcie: angażujemy publiczność do wspólnego śpiewania. Zawsze są zaskoczeni — a po chwili cały kościół śpiewa. 

To, co przed Soborem było normą. 

To jest oryginalny katolicyzm. To, z czym mamy do czynienia po soborze — odnoszę się do instytucji, nie do wiary konkretnych ludzi — to wyrób czekoladopodobny. 

Wchodzisz w rolę przewodnika, nie artysty. Czy to misterium jest możliwe przy tak rozbitej wspólnocie? 

Przewodnika? Śpiewak jest jedynie instrumentem. I tym różni się od piosenkarza. Śpiewak opowiada od wieków tę samą historię — bo nic innego nie mamy. Rodzimy się i umieramy. Pomiędzy narodzinami a zgonem kochamy, pracujemy, uświadamiamy sobie własną nędzę i naszą nędzę gatunkową — mamy dzieci, szczęścia, żałoby. Śpiewak opowiada to wspólne nam wszystkim doświadczenie, które w pieśniach pasyjnych przybiera postać szczególną. 

Stąd "kariera" chrześcijaństwa? 

Opowiada o cierpiącym, okrutnie potraktowanym przez świat, który umiera w mękach. Wszyscy tego doświadczamy. Im jesteśmy starsi, tym lepiej widzimy tę narzucającą się przecież perspektywę. Pierwiastek śmierci jest widoczny w ciele już u zarania — jeśli dobrze się temu przyjrzeć. 

Te pieśni nas zbliżają do tego? 

Opowiadają o tym. Jeden do jednego o naszej kondycji. A o czym traktują? Między innymi o niesłusznym oskarżeniu. Ileż razy nas to spotyka. Obserwujemy to także w tak zwanym życiu publicznym  — niesłuszne oskarżenia, ciężko się bronić, a przed oczami widzów czyjeś życie z dnia na dzień zostaje przekreślone. 

 Ale i całe narody. 

Niesprawiedliwość, jaka spotyka Nazarejczyka, spotyka też całe narody — niszczone, najeżdżane i mordowane w świetle jupiterów, a Sanhedryn kiwa główką. Za każdym razem, gdy śpiewam te pieśni — po raz setny, po raz tysięczny — za każdym razem odczytuję nowe wątki: melodyczne, harmoniczne, rytmiczne i w samych wierszach. 

Widzisz je też dlatego, że śpiewasz razem z innymi? 

Jeżeli gdzieś można by jeszcze odnaleźć resztki polskiej cywilizacji — to w tych pieśniach ona się materializuje. To nie jest materiał do solowych występów. To materiał dla śpiewającego ludzkiego stadła. Im liczniejsze, tym lepiej. Kto doświadczył fenomenu śpiewającej polskiej wsi — temu potem już nic nie smakuje. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, to już przeszłość. 

Pierwsze wspomnienie — kiedy zetknąłeś się z tym repertuarem? 

*(śmiech)* Absolutnie tragiczne. Babka ubrała mnie w czerwone rajstopy w Niedzielę Palmową, wstawiła do prezbiterium z palemką... nie, nie, o tym nie opowiadamy. 

Ale opowiedziałeś. 

A muzyczne pierwsze wspomnienie jest takie, że na Wielki Post się czekało — bo te pieśni były bodaj najpiękniejsze. 

Co cię ujmowało? 

Melodyka. I ten moment, kiedy masz naprzeciwko siebie nabity ludźmi kościół zanoszący się śpiewem — naturalną emisją, bez manier operowych i soulowych, z pełną ekspresją, ale bez krzyku. I nagle ów tłum śpiewa o słodkim drzewie i słodyczy gwoździa. Albo: "Słońce, słońce jasność swą zawiera." Na mnie jako na dziecku — wrażenie ogromne. Co to znaczy, że słońce jasność swą zawiera? Albo: "Szedłem za nim na biskupi dwór, gdziem słyszał policzek jak najcięższy grom." Kto kogo bije? Kto jest kim? Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że to barokowa aktualizacja — autor XVII-wieczny używał słowa "biskup" w odniesieniu do członków Sanhedrynu. Ale istota się nie zmienia. Jezus jest prześladowany także w kościele — a właśnie w kościele się o tym śpiewa. O paradoksie. 

Skąd repertuar? Jak go wybierasz? 

Nie dokonuję żadnego wyboru — ten wybór odbył się ponad moją głową. Nie planowałem bycia muzykiem. Dziadkowie śpiewali, w sąsiedztwie śpiewano, w wieku sześciu lat zapisano mnie do szkoły muzycznej. Nikt mnie o zdanie nie pytał. Śpiewam repertuar z krainy swojego dzieciństwa — to tak rozległy zasób, że wystarczy na całe życie. Wioski drobnoszlacheckie w Łomżyńskiem, po południowej stronie Narwi, od Łomży po Wysokie Mazowieckie. A po drugiej stronie rzeki — Kurpie Zieloni. Szlachta miała repertuar wprost barokowy. Kurpie — wyrafinowany śpiew plemienny, w stylistyce którego przetwarzali muzykę szlachecką. Mówiono o nich: "śpiewajo jak dzikie." A mnie ta dzicz się podobała. Kiedy usłyszałem ich po raz pierwszy — a miałem ze siedem lat — kopara mi opadła i tak już zostało.

I elektryfikacja to przecięła. 

Wrażliwość muzyczna zainfekowana innymi dźwiękami niż te, które rodzi cisza. Innymi niż te, które znaliśmy z kościoła. Ze zderzenia ciszy z muzyką plemienną i kościelną powstawały jakości endemiczne, niepowtarzalne. I nagle ciach — prąd, radio, telewizja, z czasem magnetofon, wszystko się zmieniło. Oczywiście zaraz pojawią się drwiący mędrkowie mówiący: no tak, kiedyś to było super, a teraz jest już tylko gorzej. Tak, muzyczna degradacja naszej zbiorowości jest faktem 

Cisza. Jaką rolę pełni — przed śpiewaniem, między zwrotkami, po? 

Cisza jest równie ważna jak muzyka. Cisza nie jest brakiem — jest warunkiem słyszenia. Kto nie potrafi trwać w ciszy — nigdy nie spotka się z muzyką. Współczesność generuje atak dźwięków na każdym możliwym polu: w komunikacji, w sklepie, w knajpie, w domu. Reprodukuje ludzi traktujących muzykę jak tło. Sprowadzenie muzyki do roli tła jest wielce szkodliwym nieporozumieniem. Muzyka jest formą wypowiedzi egzystencjalnej. Śpiew zaś formą mowy, bywa uroczystej, ale też zwykłą mową codzienności. 

Wielki Post ma swój kierunek. Kończy się Wielkanocą. Zmartwychwstaniemy? 

Nie mam niestety żadnych dobrych wiadomości. 

Adam Strug - śpiewak, poeta, kompozytor, popularyzator muzyki tradycyjnej. Rozmawiano w Warszawie, Wielki Post 2026.