Trąd, nazywany także leprą lub chorobą Hansena, towarzyszy ludzkości od tysięcy lat, o czym świadczą chociażby opisy choroby, które można znaleźć w Ewangeliach: "A oto podszedł trędowaty i upadł przed Nim, mówiąc:
Własna łyżka i kołatka
Pierwsze leprozoria, czyli domy lub całe kolonie przeznaczone dla trędowatych, w basenie Morza Śródziemnego zaczęły powstawać już w IV wieku, jednak najwięcej zbudowano ich w średniowieczu. Według szacunków historyków, między X-XIII wiekiem na starym kontynencie mogło funkcjonować nawet 20 tys. leprozoriów. W wielu miejscach chorych umieszczano w nich przymusowo, po wcześniejszym dokonaniu oględzin i potwierdzeniu choroby. Do kolonii nie wolno było zabierać żadnych przedmiotów osobistych, które na ogół niszczono, a chorzy otrzymywali nowe ubrania i własną łyżkę. Szczególnie ważnym elementem osobistego wyposażenia chorego był dzwonek, drewniana kołatka lub inny przedmiot, który wydawał dźwięk - dzięki nim chory ostrzegał o swoim przybyciu zdrowych, którzy mogli oddalić się na bezpieczną odległość.
Nie ma leczenia, jest strach
Wydaje się jednak, że kontakty chorych, którzy przebywali w leprozoriach, i zdrowych nie były częste - np. przed niektórymi koloniami stawiano nawet szubienice, które miały odstraszać ewentualnych uciekinierów. Strach przed trądem był tak wielki, że w średniowieczu dochodziło nawet do zamieszek i pogromów, np. we Francji w 1321 roku spalono żywcem ok. pięciu tysięcy chorych, oskarżonych (oczywiście niesłusznie) o celowe zatrucie studni z wodą pitną swoimi wydzielinami.
Choć sam trąd nie jest chorobą bezpośrednio zagrażającą życiu, atakuje skórę, błony śluzowe i nerwy, prowadząc do zaniku czucia, zarówno bólu, jak i uczucia zimna czy gorąca. Z tego powodu chorzy często doznają urazów, a ponieważ proces gojenia jest zaburzony, w ranach rozwijają się owrzodzenia, dochodzi do martwicy i rozpadu tkanek. Chorzy najczęściej umierali z powodu sepsy (zapalenia ogólnoustrojowego) i wyniszczenia organizmu. Widok zdeformowanego przez chorobę ciała i odór zakażonych i rozpadających się tkanek mógł przerażać zdrowych i tylko nasilać niechęć wobec trędowatych. Były oczywiście osoby, które usiłowały im pomagać, a nawet leczyć - w tym celu próbowano wykorzystywać np. rtęć, oczywiście bez powodzenia.


Nie tylko na kontynencie
Trąd stanowił duży problem nie tylko na kontynencie, ale również na Wyspach Kanaryjskich, szczególnie zaś na Teneryfie - i to niemal od momentu, w którym na wyspie pojawili się hiszpańscy osadnicy. Pierwszą wyspą, na której zdecydowano się odizolować chorych, była Gran Canaria - już w 1508 roku władze nakazały chorym zamieszkanie w pustelni niedaleko Las Palmas, a dwa lata później utworzono w tym miejscu szpital San Lázaro. Mimo rozmaitych trudności, związanych z brakiem pieniędzy, zniszczeniami czy przenosinami w inne miejsca, ośrodek ten funkcjonował aż do 1889 roku. Przebywali w nim zarówno miejscowi chorzy, jak i przybysze z Teneryfy. Jednak chorych przybywało tak szybko, że wreszcie podjęto decyzję o utworzeniu miejsca izolacji na Teneryfie. Najpierw w tym celu wykorzystywano pomieszczenia w założonym w 1753 roku szpitalu Nuestra Señora de los Desamparados w mieście Santa Cruz de Tenerife, a później zaczęto snuć plany budowy leprozorium "z prawdziwego zdarzenia".
Miasteczko trędowatych
Z powodu wojny domowej (1936-1939) i rozmaitych opóźnień, związanych zarówno z tworzeniem planów architektonicznych, jak i poszukiwaniem terenów pod zabudowę (mieszkańcy Teneryfy nie chcieli przebywać w bezpośrednim sąsiedztwie chorych) prace ruszyły dopiero w 1943 roku. Architekt, Marrero Regalado, dostosował swój projekt do kształtu działki w gminie Arico - był to duży teren, więc podzielono go na kilka części. Pierwszą miał stanowić kompleks budynków przeznaczonych dla chorych, ze szpitalem, jadalniami i częściami wspólnymi; drugą - pomieszczenia, w których chorzy przebywali czasowo, czyli szkoła i kościół; trzecią - budynki dla osób zdrowych, w większości personelu. Śmiałe plany obejmowały nawet utworzenie z czasem kina i biblioteki. Początkowo prace postępowały zgodnie z planem, więc władze, chorzy i ich rodziny spodziewali się, że ten nowoczesny i dość komfortowy, jak na ówczesne warunki, ośrodek powstanie szybko. Jednak tak się nie stało - budowę całkowicie wstrzymano około 1946 roku. Powód? Leprozoria, zarówno to na Teneryfie, jak i na całym świecie, właśnie przestawały być potrzebne. Wreszcie bowiem wynaleziono i upowszechniono skuteczny lek na trąd.


Terapia długa, ale skuteczna
Przyczyna trądu, a mianowicie bakteria Mycobacterium leprae, została zidentyfikowana już w 1873 roku przez norweskiego lekarza Gerharda Henrika Armauera Hansena - a ponieważ historia medycyny pokazuje, że czasem na uznanie przełomowych odkryć trzeba poczekać, uznano ją za oficjalną cztery lata później. Mimo tego przez kolejne dziesiątki lat prace nad lekarstwem stały w martwym punkcie. Aż do lat 40. XX wieku za najskuteczniejszy środek uznawano olejek uśpianowy (chaulmugrowy), wytłaczany z nasion uśpianu różnolistnego, rośliny rosnącej w Indiach, wykazującego działanie antybakteryjne, także przeciwko bakterii Mycobacterium leprae. Leczenie było jednak dość kłopotliwe - doustne przyjmowanie oleju wywoływało silne nudności, zastrzyki były bolesne i skutkowały tworzeniem się ran, a wcieranie nie przynosiło oczekiwanych efektów (ze względu na gęstą konsystencję, która utrudniała wchłanianie się substancji aktywnych). Dlatego lekarze cały czas poszukiwali skuteczniejszej terapii.
Przełom nastąpił właśnie w latach 40. XX wieku, kiedy to Guy Faget, lekarz zatrudniony w ośrodku badawczym z Carville w amerykańskim stanie Luizjana, odkrył, że znany od lat 30. XX wieku lek Promin (z grupy sulfonów) działa również na Mycobacterium leprae. Co prawda leczenie było długie - chorym podawano zastrzyki codziennie przez kilka lat, a pierwsze efekty leczenia widoczne były dopiero po kilku miesiącach, jednak odkrycie Fageta było absolutnym przełomem, który doprowadził do zamknięcia leprozoriów. Lub, jak w przypadku Teneryfy, do porzucenia budowy kolejnych. Ostatni chorzy Teneryfczycy zostali więc wysłani na Gran Canarię, a Sanatorio de Abona nigdy nie otworzono. Nie przebywała w nim także ani jedna chora na trąd osoba, choć do dziś są osoby, które twierdzą inaczej.
Budynki stoją, pomysłów brak
Przez kolejne kilkadziesiąt lat kompleks stał opuszczony. Choć co jakiś czas pojawiały się pomysły na jego zagospodarowanie - od kempingu turystycznego po ośrodek odwykowy dla osób uzależnionych od narkotyków, żaden nie został zrealizowany. Wreszcie, w 1981 roku zwierzchnictwo nad terenem objęło hiszpańskie Ministerstwo Obrony Narodowej, a wojsko regularnie urządzało tam manewry i ćwiczenia. W 2002 dawne Sanatorio de Abona zostało zdemilitaryzowane i sprzedane włoskiemu inwestorowi, który chciał urządzić w nim luksusowy kurort, mający pomieścić aż trzy tysiące gości. Jednak w wyniku wcześniejszej zmiany prawa, której celem była ochronna krajobrazu wyspy przez ograniczenie budowy wielkich kompleksów hotelowych, realizacja utknęła w miejscu.


Po kilkunastu latach lekko zmodyfikowany pomysł powrócił - tym razem chodziło nie tylko o budowę hoteli, ale także parku rozrywki, centrum handlowego i ośrodka, w którym goście mogliby korzystać z prozdrowotnego wpływu nadmorskiego klimatu. Jeszcze w 2016 roku wydawało się, że tym razem plan się powiedzie - rząd uznał bowiem, że inwestycja ma charakter "strategiczny", szczególnie ze względu na powstanie wielu nowych miejsc pracy. Jednak po pięciu latach nastroje znowu się zmieniły - urzędnicy pracujący w resorcie ds. transformacji ekologicznej uznali, że prace budowlane mogą trwale zaszkodzić środowisku naturalnemu całego przylądka Punta de Abona. Zdanie to poparły także lokalne organizacje ekologiczne, na czele z Asociación Salvar La Tejita. Efekt? Zawieszenie prac. Obecnie właścicielem dawnego Sanatorio de Abona jest hiszpańska spółka Playa de Arico S.A (o tym, że dawne leprozorium znajduje się w prywatnych rękach informują nawet tabliczki na miejscu).
To, że prace budowlane nigdy nie ruszyły, nie oznacza, że miejsce jest wymarłe. Przeciwnie - od lat fascynuje nie tylko okolicznych mieszkańców i turystów, ale także filmowców. Najbardziej chyba znaną produkcją, którą nakręcono w Sanatorio de Abona, był odcinek serialu "Doctor Who" pt. "The Pyramid at the End of the World", w którym opuszczony teren ukazano jako granicę między Turmezistanem i L'Egyptienne.
Główną drogą do końca
Sanatorio de Abona nie należy oczywiście do głównych atrakcji wyspy, opisywanych w kolorowych przewodnikach, jednak turyści, którzy lubią czasem zboczyć z utartych szlaków, bez większych kłopotów mogą natrafić na informacje o dawnym leprozorium. Jego istnienie nie jest utrzymywane w tajemnicy, a krzyż wieńczący okazały kościół widać z drogi lokalnej TF-629 (zjazd z autostrady TF-1 w kierunku miejscowości Abades). Samochodem należy jechać do końca głównej ulicy miasteczka, czyli Avenida de Ocira. Dalej trzeba iść pieszo. Trasa prowadzi w górę, jednak nie jest przesadnie wymagająca - żeby nią bezpiecznie przejść wystarczą zwykłe buty sportowe. Po około 200 metrach wędrówki wchodzi się na teren ośrodka. Po lewej stronie od wejścia znajduje się kościół, a po prawej - inne budynki, w tym te przeznaczone na mieszkania dla chorych, pralni, budynku głównego.


Jak już wspomniałam, teren znajduje się w prywatnych rękach, a zwiedzanie odbywa się, no cóż, nieformalnie - nie ma tu przewodnika, a władze wyspy informują o możliwości zawalenia się budynków. Mimo to kiedy odwiedziłam Sanatorio de Abona w lutym, czyli jeszcze przed sezonem, na miejscu było całkiem sporo osób, przechadzających się wśród, co zaskakujące, całkiem nieźle zachowanych zabudowań. Już na pierwszy rzut oka widać, że architekt, który projektował leprozorium, dobrze znał się na swojej pracy - pomieszczenia są dobrze zaplanowane, ustawne, jasne. Choć pozostają opuszczone od lat, nie są przesadnie zaśmiecone - za to w wielu budynkach trudno znaleźć ścianę, na której nie byłoby graffiti, pamiątkowego wpisu z kategorii "tu byłem" czy wyznań miłości (także do ulubionych zespołów muzycznych).
- Też lubię Rolling Stones - powiedział na głos młody chłopak, przyglądając się tej samej ścianie, co ja, i wodząc palcem po charakterystycznym języku. Zaraz obok ktoś wydrapał w ścianie napis "The Doors forever", więc odpowiedziałam, że oboje mamy szczęście - w jednym miejscu upamiętniono i jego ulubiony ulubiony zespół, i mój.


Słychać tylko wiatr i myśli
Kiedy wyszłam z budynku, dołączył do mnie starszy pan, który łamaną angielszczyzną ostrzegł przed dotykaniem zabudowań. - Wie pani, oficjalnie to tu nigdy chorych nie było, ale miejscowi wiedzą, że to nieprawda. Byli i na dodatek prowadzono na nich badania - opowiadał, wyraźnie poruszony. - A te bakterie trądu mogą w murach przeżyć wiele lat, także nie ma co się narażać - dodał. Nie zaczęłam dyskusji, w końcu nasze drogi przecięły się tylko na moment, ale zapytałam, dlaczego w takim razie tu przychodzi. Wyjaśnił, że to budynków nie wchodzi, ale lubi między nimi spacerować. - Wie pani, ten świat robi się coraz głośniejszy. A tu to słyszę tylko wiatr, morze i swoje myśli.
Szwendając się po terenie rzeczywiście trzeba uważać, jednak bardziej od postarzałych bakterii, bałam się motocyklistów, którzy jeździli wokół ruin i w środku głównego budynku. Jednak kiedy zobaczyli, że wchodzę do środka z dwójką małych dzieci, pomachali nam i wyjechali na zewnątrz. Już po wycieczce doczytałam, że teren byłego leprozorium przyciąga amatorów motocrossu, a także nastolatków, którzy mają tu organizować nielegalne imprezy muzyczne. Choć mi chyba bardziej podobała się cisza, o której wspominał starszy pan.


***
Obecnie trąd nie występuje już ani w Europie, ani na Wyspach Kanaryjskich. Nie znaczy to jednak, że choroba całkowicie zniknęła - co roku notuje się około 200-250 tys. nowych zakażeń, głównie w Indiach, Afryce Równikowej i Ameryce Południowej. Dzięki nowoczesnej terapii, polegającej na podawaniu kilku różnych leków, trąd można dziś wyleczyć - kuracja trwa ok. 2 lat. W biedniejszych rejonach świata problemem pozostaje jednak dostęp do opieki medycznej i pieniądze potrzebne na opłacenie leczenia.


