Katarzyna Pruszkowska: Jednym z tematów, które regularnie pojawiają się na forach macierzyńskich, jest rozczarowanie płcią przyszłego dziecka. Z publikowanych wpisów wynika, że przyjmuje ono różne nasilenie - jedne kobiety po jakimś czasie godzą się z tym, że nie będą miały dziecka wymarzonej płci, inne, choć takich historii znalazłam faktycznie niewiele, rozważały nawet przerwanie ciąży. Co powoduje pojawienie się tak silnie negatywnych emocji na wieść o płci dziecka?
Marta Majorczyk: - Powody mogą być różne, ale jeden z najważniejszych jest związany z naszymi wyobrażeniami o dzieciach. Z jednej strony to zupełnie naturalne, zwłaszcza, jeśli ciąża była chciana i wyczekana, że dość szybko zaczynamy sobie nasze dziecko wyobrażać, bo tak zaczyna się budowanie więzi. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które, z oczywistych względów, w czasie ciąży mają z dziećmi głębszą więź niż ich partnerzy. No więc pojawiają się jakieś myśli dotyczące dziecka, często oparte na wcześniej zasłyszanych opiniach innych. Na przykład: że najlepiej mieć "parkę", czyli chłopca i dziewczynkę, i dobrze byłoby, żeby dziewczynka była pierwsza, bo będzie opiekować się potem młodszym bratem.
- Jeśli "uczepimy" się tej myśli wystarczająco mocno, ta wizja może stać się naszym marzeniem, więc będziemy ją sobie rozwijać i pielęgnować. Oczami wyobraźni "widzimy" małą dziewczynkę, wybieramy imię, w sklepach zerkamy w stronę małych sukieneczek, ozdób do włosów. Pojawia się coraz więcej emocji związanych z tą właśnie wersją naszej przyszłości - co również nie jest niczym niewłaściwym, pod warunkiem, że pamiętamy, że to właśnie tylko jedna z możliwych wersji, a nie jedyna. Czasami zdarza się tak, że i otoczenie upewnia nas w tym, że będzie tak, jak zaplanowałyśmy, np. analizując kształt ciążowego brzucha czy urodę matki. A i sami lekarze dokładają do tego "cegiełkę" potwierdzając płeć zbyt wcześnie, zanim narządy rozrodcze dziecka będą już wyraźnie widoczne.
Nadchodzi więc moment badania połówkowego, na którym okazuje się, że tej wizji przyszłości, o której pani powiedziała, nie będzie. W zasadzie nic dziwnego, że przynajmniej niektóre kobiety mogą poczuć rozczarowanie.
- Oczywiście, że tak - a im bardziej uwierzyłyśmy, że nasza wizja na pewno się ziści, tym silniejsze mogą być te niewygodne emocje, w rodzaju rozczarowania, smutku, złości. Używanie imienia, kupowanie ubranek czy urządzanie pokoiku przed potwierdzeniem płci to naturalny, ludzki mechanizm- chcemy oswoić nieznane. Warto jednak mieć świadomość, że z psychologicznego punktu widzenia jest to bardzo wczesne inwestowanie emocjonalne w tylko jeden, konkretny scenariusz.
- Im mocniej się w nim zakorzenimy, tym trudniejsze i bardziej bolesne może być zderzenie z rzeczywistości, jeśli okaże się ona inna. Bezpieczniej dla naszych emocji jest dać sobie czas i dawkować te przygotowania. Czas połogu sam w sobie bywa często trudny, choćby ze względu na gwałtowne wahania poziomu hormonów i zaburzenie rytmu snu, a jeśli dochodzi do tego jeszcze nieprzepracowany żal i rozczarowanie, zwiększa się ryzyko wystąpienia baby bluesa czy nawet depresji poporodowej.
Wyobrażenia rodziców to jedno, ale zdarza się, że oczekiwania co do płci mają inni członkowie rodziny. Moja znajoma opowiadała mi kiedyś, że w rodzinie jej męża od pokoleń rodzili się sami chłopcy, więc jej teść był bardzo rozczarowany na wieść o tym, że urodzi mu się wnuczka i namawiał synową, by szybko postarała się o drugie dziecko.
- No cóż, mogłoby się wydawać, że czasy, kiedy całą rodzina czekała na męskiego potomka, który poniesie dalej rodowe nazwisko, już minęły. Tymczasem okazuje się, że nie do końca. To na pewno trudna sytuacja, bo na przyszłą matkę nakłada się ciężar "przedłużenia rodu" - wymaganie, którego spełnienie jest przecież niezależne od kobiety. Nie ma przecież potwierdzonych naukowo metod, za pomocą których można zaplanować poczęcie dziecka konkretnej płci. A tak na marginesie i z przymrużeniem oka: ponieważ to plemniki decydują o płci, rozczarowany teść powinien mieć uwagi nie do pani koleżanki, ale do własnego syna.


Kultura się zmienia, ale myślę, że są przekonania, które nadal mocno się trzymają. Przytoczę kilka cytatów: "wolałabym córkę, bo dziewczynki są spokojniejsze", "wiadomo, że córka to córka, na starość zajmie się rodzicami" lub "zawsze marzyłam o synu, bo dziewczynki są jakieś takie wrażliwe, więcej płaczą, obrażają się". Jak takie opinie, które bierzemy za prawdę, mogą wpływać na odczuwanie rozczarowania płcią dziecka?
- Przekonania bazują na naszej interpretacji i działają trochę jak filtry, przez które patrzymy na świat. Traktujemy je nie jako możliwe warianty rzeczywistości, ale jako prawdę absolutną - o samych sobie, innych ludziach, świecie wokół. Wpływają nie tylko na to, co myślimy, ale także na to, co czujemy i na decyzje, które podejmujemy. Najczęściej jednak to wcale nie my je stworzyliśmy na podstawie naszych przemyśleń czy doświadczeń, a zostały nam przekazane w procesie socjalizacji i sterują nami w dużej mierze bez naszej świadomości. Na przykład, jeśli w rodzinie funkcjonuje takie rdzenne, a wiec głęboko zakorzenione i przekazywane z pokolenia na pokolenie, przekonanie, że córki muszą opiekować się starszymi rodzicami, to każda kolejna kobieta w rodzinie będzie musiała się z nim zmierzyć.
Sami lekarze dokładają do tego „cegiełkę” potwierdzając płeć zbyt wcześnie, zanim narządy rozrodcze dziecka będą już wyraźnie widoczne.
- Jedne zaakceptują to przekonanie - same zatroszczą się o bliskich, nawet kosztem siebie, a potem tego samego będą oczekiwały od swoich córek, przywiązując je do siebie choćby wywołując w nich poczucie winy na zasadzie "to ja tyle dla ciebie zrobiłam, tyle poświęciłam, a ty mnie zostawiasz?!". Inne - zaczną to przekonanie kwestionować i zastanawiać się: czy ono jest prawdziwe? Czy rzeczywiście muszę podporządkować życie mojej matce, a moja córka - mi? Takie rozważania mogą doprowadzić do zmiany myślenia i zachowania. To jest - uznania, że córka nie jest mi nic winna, więc to ja muszę tak się o siebie zatroszczyć, żeby na starość jak najdłużej pozostać sprawna i niezależna po to, by nie obciążać bliskich.
Wśród wielu historii kobiet rozczarowanych płcią dziecka natrafiłam także na taką, która wiązała się nie tyle z przekonaniami, co ze strachem. Mogłabym ją streścić tak: "nie chcę mieć córki, bo moja mama nigdy nie była ze mnie zadowolona, ciągle mnie strofuje, chce mi układać życie, a kiedy się buntuję - obraża się. Jej matka była dla mniej dokładnie taka sama. Ja nie chcę nikogo tak ranić, myślę, że synowi bym tego nie robiła".
- Zacznijmy może o tego, że rodzice mogą skrzywdzić i zranić każde dziecko, bez względu na jego płeć - popełniając błędy wychowawcze, sięgając po wątpliwe metody, skupiając się na tym, jakie dziecko powinno być, a nie jakie jest. Sądzę, że błędów nie da się uniknąć - w końcu jako rodzice mamy tylko 9 miesięcy, żeby jako-tako przygotować się na narodziny dziecka, i to bardziej technicznie, czyli kupując wyprawkę czy ucząc się podstawowej obsługi noworodka. Później zaczyna się codzienność - a ona bywa nieprzewidywalna. Może nam się trafić dziecko, które będzie przesypiało noce, ładnie jadło, z dobrą odpornością. A może być całkiem inne - budzące się co półgodziny, grymaszące, chorujące.
- Każdy etap rozwojowy przynosi nowe wyzwania, z którymi będziemy się zmagać, a my, rodzice, rozwijamy się podążając za rozwojem dziecka. Noworodek potrzebuje jedzenia, snu i bliskości, przedszkolak wspólnej zabawy, nastolatek poczucia zrozumienia i wyrozumiałości. Tego wszystkiego nie można się nauczyć w dziewięć miesięcy, dlatego dobrze byłoby zaufać sobie i uwierzyć we własne kompetencje. A kiedy dziecko rozpocznie proces separacji - pozwolić mu stopniowo oddalać i się stawać człowiekiem, który ma być.
- Jeśli ten proces będzie przebiegał prawidłowo, dziecko w końcu zacznie stawiać nam granice. I tu dochodzimy do sedna pani pytania - bo tak samo można łamać granice i dziewcząt, i chłopców. Tu wcale nie chodzi o płeć, ale o rodziców, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że ich dziecko idzie swoją drogą, podejmuje swoje decyzje i popełnia swoje błędy. O rodzicielski scenariusz, który się nie ziszcza, a to wywołuje w nich złość, frustrację, strach. Dlatego zamiast skupiać się na tym, czego się doświadczyło i co może się powtórzyć, lepiej zacząć nad sobą pracować, być może z pomocą specjalisty. Nauczyć się rozpoznawać własne potrzeby, stawiać granice, pilnować ich, znosić rozczarowanie innych. Wtedy jest naprawdę spora szansa, że usamodzielnienie się dziecka potraktujemy jako kolejny etap i będziemy umieli właściwie na niego zareagować.


Ze zrozumieniem dziecka łączy się moje kolejne pytanie - niektóre kobiety opowiadały, że chciałyby mieć córki, bo sądzą, że dzięki własnym doświadczeniom łatwiej będzie im zrozumieć i wychować dziewczynki, a nie "mniej znanych" chłopców. Czy "wspólna" płeć może ułatwić proces wychowywania?
- Nie sądzę, choćby dlatego, że, jeśli dobrze rozumiem, założenie jest tu takie: możemy mieć wspólne doświadczenia, od typowo dziewczęcych zabaw, przez rozterki, choćby związane z okresem dorastania". Jednak i ja, i pani, znamy tylko i wyłącznie swój wewnętrzny kobiecy świat. Nie wiemy, czego doświadczyła inna kobieta i jak to przeżycie na nią wpłynęło, dopóki sama nam o tym nie opowie. Tak samo nie możemy zakładać, że tylko dlatego, że nasze dziecko będzie dziewczynką, będzie łatwiej je nam zrozumieć. Niestety, w wychowaniu nie ma drogi "na skróty". Oczywiście często jest tak, że córkom łatwiej się zwrócić w pewnych sprawach do matek, niż do ojców - tradycyjnie to np. kwestie związane z miesiączkowaniem.
- Podobnie jest zresztą także w przypadku ojców i synów, bo mogą się zdarzyć sytuacje, jak choćby nocne polucje, z którymi łatwiej będzie pogadać z tatą, który, być może, przeżywał kiedyś to samo. Dawniej w wielu kulturach było tak, że do pewnego wieku dzieci biegały wolno, należąc niejako w obu światach - żeńskim i męskim, a w czasie dojrzewania przechodziły specjalny rytuał włączający je do któregoś z nich. Wtedy np. dziewczynki trafiały głównie pod opiekę matek, sióstr, babek, ciotek, z którymi mogły rozmawiać o kobiecości, od których uczyć, które podpatrywać. W naszej współczesnej kulturze takie celebracje w zasadzie zanikły, role też się mieszają. Naprawdę nie warto zakładać, że płeć dziecka nam coś ułatwi, bo wierząc w to można się bardzo rozczarować.
Ostatni argument za konkretną płcią, który nazwałam "powrotem do dzieciństwa". Chodzi o to, że mamy piszą: "tak kochałam bawić się lalkami, chciałabym robić to z córeczką", "pamiętam, że marzyłam o Barbie syrence, nigdy takiej nie dostałam, ale córce bym kupiła". Czy to możliwe, że za sprawą dziecka chcemy niejako wrócić do swojego dzieciństwa - po to, by się nim jeszcze nacieszyć lub je naprawić?
- Tak, jak najbardziej. Od razu pomyślałam sobie o pewnym sklepie odzieżowym, w którym można kupić takie same ubrania dla dorosłych kobiet i małych dziewczynek. Ubieranie dziecka w identyczne stroje bywa niewinną zabawą. Warto jednak zachować uważność na to, co za tym stoi. Gdyby taka praktyka stała się stałym elementem codzienności, warto zadać sobie pytanie: czy widzę w dziecku autonomiczną, osobną jednostkę, czy też nieświadomie próbuję zrobić z niego przedłużenie samej siebie? Kluczem jest równowaga między wspólną zabawą a pozwalaniem dziecku na budowanie własnej, unikalnej tożsamości. Jednak w pewnej nostalgii, z którą patrzymy na swoje dzieciństwo, nie ma niczego złego.
- Nic też dziwnego, że pojawienie się dziecka sprawia, że myślami wracamy do przeszłości i się jej przyglądamy - co mi się podobało i chciałabym powtórzyć? Czego mi brakowało? Co było trudne, bolesne i nie chcę zafundować tego dziecku? Te słowa, które pani zacytowała, wcale nie muszą być stricte o zabawkach - ale o uwadze rodziców czy spełnionych lub niespełnionych marzeniach. To prawda, że dzięki dziecku możemy zaznać trochę tej dawnej magii - ale to nie musi być wcale związane z jego płcią, a beztroską i zachwytem, tak charakterystycznym dla dzieci, które mogą się udzielić i nam, dorosłym.
Im bardziej uwierzyłyśmy, że nasza wizja na pewno się ziści, tym silniejsze mogą być te niewygodne emocje, w rodzaju rozczarowania, smutku, złości.
Z historii, które poznałam, wyłania się jeszcze jedno: poczucie wstydu i przekonanie, że rozczarowanie płcią jest tematem tabu. No bo skoro jest się w ciąży, a dziecko jest zdrowe, na co tu się skarżyć?
- To rozczarowanie jest emocją, a my nie możemy "ot tak" zdecydować, że czegoś nie będziemy czuć. Rzeczywiście, są pewne tematy, o których mówić "nie wypada", np. że od razu po porodzie nie pokochało się swojego dziecka, czy że nienawidzi się własnej matki. Teraz przyszło mi do głowy, jak wiele z tych tematów "tabu" łączy się właśnie z macierzyństwem! Myślę jednak, że nie warto się wstydzić, a potraktować emocje jako informatorów, którzy pokazują nam, że coś się w nas dzieje. Można się nimi zainteresować i zadać sobie kilka pytań; jednym z pierwszych może być: moje dziecko jeszcze się nie urodziło, a ja już go nie akceptuję - dlaczego? W jakie przekonania związane z płcią wierzę i czy aby na pewno są prawdziwe? Jak ta zmieniona wizja przyszłości na mnie wpływa?
- Zamiast wpadać w panikę, oceniać się na podstawie tego, co w danym momencie czujemy, np. że skoro płeć mnie rozczarowała, to na pewno będę okropną matką, warto dać sobie trochę czasu. Najpierw na przeżycie emocji, co może być dość intensywne, potem na rozmyślania. To nie jest coś, co wydarzy się w jedno popołudnie, ale na szczęście ciąża trwa dłużej.


Wspomniała pani o tym, żeby się nie oceniać. Tymczasem wiele historii zaczyna się tak: "wiem, że nie powinnam tak czuć, bo są kobiety, które nie mogą zajść w ciążę albo rodzą chore dzieci. Powinnam być wdzięczna za swoje dziecko, pewnie uważasz, że jestem złą osobą…". Nie trafiłam nawet na jedną kobietę, która przyjmowałaby swoje emocje z wyrozumiałością.
- Nie chcę sprowadzać wszystkiego do biologii, ale ciąża to naprawdę wyjątkowy stan. Wahania hormonalne, dolegliwości ciążowe, osłabienie - to wszystko wpływa nie tylko na naszą formę fizyczną, ale i na nastrój. Powiedziałabym nawet, że pewne rozedrganie emocjonalne jest w tym okresie naturalne. Jednak nasza postawa wobec tych emocji może się różnić, w zależności od tego, jak radziłyśmy sobie jeszcze przez ciążą. Jeśli już wtedy nawet drobne niepowodzenia lub zmiany planów potrafiły solidnie nas przytłoczyć, w ciąży może być podobnie, a nawet bardziej intensywnie. Sądzę, że najgorszym, co możemy w takiej sytuacji zrobić, jest zamknięcie się w sobie, próba bagatelizowania i tłumienia emocji. Rozumiem, że mamy do czynienia z delikatnym, bo być może jeszcze nie tak często poruszanym w przestrzeni publicznej tematem, jednak myślę, że zawsze warto rozejrzeć się wokół siebie i sprawdzić, czy na pewno nie ma ani jednej osoby, które może zrozumieć nasze troski.
- Często jest tak, że kiedy przechodzimy coś trudnego, wydaje nam się, że dotyka to tylko nas. A to bzdura - już z pani opowieści widać, że jest wiele kobiet, które przeżyły rozczarowanie płcią. Zresztą wspólne doświadczenia wcale nie są konieczne, żeby okazać drugiemu człowiekowi wsparcie bez oceniania - powiedziałabym, że wystarczy empatia. Jeśli jednak czujemy, że nie damy rady porozmawiać z kimś, kto nas zna, zawsze można skorzystać z pomocy psychologa - nie mówię tu o rozpoczęciu długiej terapii; czasem nawet kilka spotkań i porządna psychoedukacja mogą zdziałać cuda.
Czy rozczarowaniu płcią może towarzyszyć coś na kształt żałoby?
- Oczywiście. W naszej kulturze przyjęło się, że żałobę utożsamiamy wyłącznie ze śmiercią bliskiej osoby. Tymczasem żałoba może towarzyszyć każdej bolesnej stracie, także wizji życia, która się nie zrealizuje. Od razu jednak powiem, że nie każda kobieta, która podczas badania poczuje ukłucie zawodu z powodu płci, musi taką żałobę przeżyć. Mówię to, żeby czytelniczki, które przeczytają naszą rozmowę, nie obawiały się, że trudne emocje będą trwać miesiącami. Tak wcale nie musi być - one mogą narastać, osiągnąć swój punkt kulminacyjny i zacząć opadać, jeśli i oczywiście na to pozwolimy, czyli przyjmiemy je i przeżyjemy. Choćby sobie porządnie popłaczemy.
Na koniec zostawiłam zagadnienie, które zaczerpnęłam bezpośrednio od kobiet rozczarowanych płcią dziecka. Wiele z nich w pewnym momencie pyta: a co, jeśli ja tego dziecka nie pokocham?
- Odpowiem tak: to rozczarowanie o czymś mówi, dlatego sądzę, że warto się mu przyjrzeć. A to dlatego, że postawa braku akceptacji ze strony rodzica może mieć ogromny wpływ na późniejszą więź rodzice-dziecko. A więc - najpierw dajmy sobie poczuć to rozczarowanie, żal czy smutek, ale później zastanówmy się nad źródłem przekonań, lęków, dawnych doświadczeń, które mogą wpływać na to, jak postrzegamy tę "niechcianą" płeć dziecka. Można po prostu wziąć notatnik, wypisać wszystko to, co nas martwi, a potem go zamknąć i sprawdzić, jak się czujemy. Czasem już samo nazwanie obaw pomaga. O pomocy psychologicznej już wspomniałam, więc na koniec chciałabym powiedzieć jeszcze jedno - wiem, że hasło "oby tylko było zdrowe" bywa używane przez otoczenia jako uciszać i może ranić, bo unieważnia to, co kobieta czuje tu i teraz.
- Nasz ból w tym momencie jest realny i ma prawo taki być. Jednak w miarę upływu czasu, gdy opadną pierwsze, najsilniejsze emocje, to sformułowanie może, zamiast batem, stać się dla nas kotwicą. Nie po to, by umniejszać nasz smutek, ale by pomóc nam łagodnie przekierować uwagę z tego, co straciłyśmy (czyli z wyobrażenia o płci), na to, co realnie otrzymujemy i co jest fundamentem: nowe, żywe, rozwijające się pod naszym sercem dziecko.
Żałoba może towarzyszyć każdej bolesnej stracie, także wizji życia, która się nie zrealizuje.
