Tomasz Czapla: 11 kilometrów nad ziemią. Niezła wysokość, jak na lot balonem.
Włodzimierz Klósek*: Drobna poprawka, w przypadku balonów, samolotów, szybowców itd. mówimy o metrach, tak że 11 tysięcy metrów. Reszta się zgadza, rzeczywiście wzniosłem się tak wysoko. Zanim był lot, powstał przecież pomysł. Trójka spadochroniarzy wymyśliła sobie, że skoczy razem ze stratosfery. Diabeł tkwił w szczegółach: koszt wynajęcia samolotu, który mógłby dolecieć do takiej wysokości i z którego mogliby rzucić się w powietrze, przewyższał ich możliwości finansowe. No to może wyskoczymy nie z samolotu, a z balonu? Też doleci, a jest tańszy. Tak został zrealizowany "Projekt Polska Stratosfera". Wziąłem w nim udział jako członek załogi, pilot rezerwowy.
Prócz pana polecieli: właściciel balonu - jako pierwszy pilot i trójka skoczków.
Wszyscy musieliśmy przejść wcześniej szereg badań w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Odbyliśmy badania w komorze niskich ciśnień, która imitowała warunki lotu, od momentu startu do 12 tysięcy metrów. Wie pan, taka kontrolowana symulacja, ale i tak nie obyło się bez przygód.
Jakich?
Na wysokości 10 tysięcy jeden z naszych skoczków zaczął odczuwać bóle w stawach i musieliśmy zejść do 9 tysięcy. Po kilku minutach sytuacja wróciła do normy, symulowaliśmy zatem dalsze wznoszenie, ale takich rzeczy nigdy nie wolno lekceważyć. W prawdziwych warunkach członek załogi może nie skończyć na dolegliwościach bólowych, a doznać - choć to rzadkie przypadki - nawet zapaści.


Wreszcie nadszedł dzień lotu - 3 grudnia 2014 roku.
Zanim wsiedliśmy do kosza, przez około 45-50 minut musieliśmy oddychać czystym tlenem. Może nie było to przyjemne, za to konieczne, podczas samego lotu też byliśmy wyposażeni w aparaturę tlenową: kaski, maski itd. Dodam, że dzięki uprzejmości ówczesnego dowódcy GROM, pułkownika Piotra Gąstała. Tak się złożyło, że jeden ze skoczków służył w tej elitarnej formacji i na jego prośbę dowództwo zapewniło nam odpowiedni sprzęt. Wystartowaliśmy na wysokości Pułtuska, po wschodniej stronie rzeki Narew. Naokoło leśniczówka, wysokopienny las, a w środku my, piątka śmiałków zmierzająca ku stratosferze. Po około godzinie byliśmy na 10 tysiącach metrów.
Jakie warunki są na takiej wysokości?
Na zewnątrz w pewnym momencie panowała temperatura -60 stopni Celsjusza. Do tego na 11 tysiącach zgasły nam płomyki pilotowe. Od nich zapalają się główne palniki, próbujemy więc je uruchomić i nic. Zaczęło się opadanie: 10 900 metrów, 10 800, 10 700...Na 10 650 metrów decyzja skoczków: teraz! Wyskoczyli i dopisało im szczęście, bo po analizie warunków atmosferycznych potwierdziło się, że zahaczyli o stratosferę. A nie było to takie oczywiste, ta warstwa, w zależności od pogody, znajduje się na różnych wysokościach.
Zrealizowaliście swój cel, a przy okazji pobiliście rekord.
A nawet trzy, dwa Europy i jeden Polski. Po raz pierwszy trójka europejskich skoczków spadochronowych zaliczyła skok z tak wysoka. Drugi rekord dotyczył czasu swobodnego opadania 3-osobową formacją. I na koniec wzniesienie się najwyżej spośród polskich załóg, jeśli chodzi o lot balonem na ogrzane powietrze. Łącznie trwał on 2 godziny i 28 minut. Od miejsca startu do miejsca lądowania pokonaliśmy w linii prostej mniej więcej 50 kilometrów. Za lądowisko posłużyły łąki na północ od Przasnysza i taki to był wyczyn.
Lot do stratosfery to 2014 rok. Jako lotniczy wyjadacz, mógł pan już wtedy zanucić za Andrzejem Rosiewiczem: "Czterdzieści lat minęło...". Jak jeden dzień?
Moje pierwsze kroki w lotnictwie to 1971 rok. Zacząłem od kursu lotniczego przysposobienia wojskowego II stopnia, potem była słynna szkoła "Orląt" w Dęblinie. Dalej praca w roli instruktora w pułku szkolno-bojowym w Modlinie, a od 1990 roku jestem związany z balonami w Aeroklubie Warszawskim. 36 lat, więcej niż niejeden małżeński staż, a zaczęło się od przypadku. Kolega, który w aeroklubie zajmował się balonami, odchodził z pracy, no to dyrektor powiedział: "Ty je przejmiesz". Z dnia na dzień stałem się szefem sekcji balonowej. Musiałem tylko odbyć kurs na pilota i mechanika balonowego. Potem egzamin, licencja i czas na loty. Mogłem się poczuć do pewnego stopnia, jak za sterami odrzutowca.
Odrzutowca?
I jedno, i drugie huczy, także pilotowanie to nie rzecz dla słuchowych wrażliwców...A mówiąc poważniej, to w obydwu przypadkach ważna jest wyobraźnia, zdolność przewidywania, długofalowego myślenia. Dzięki temu możemy z wyprzedzeniem zdać sobie sprawę z zagrożenia podczas lotu i podjąć odpowiednie działania, aby go uniknąć. Zbyt późna reakcja to ogromne ryzyko.
Dlaczego?
Załóżmy, że jest pan pilotem odrzutowca i zbliża się do skał - nie wytraci pan prędkości w kilka czy kilkanaście sekund. W przypadku balonów problemem jest ich bezwładność. Tak jak nie zmienimy w mgnieniu oka toru jazdy ciężarówki, tak nie zrobimy tego z balonem. Potrzeba do tego chwili, której może zabraknąć, i zderzenie z przeszkodą gotowe.
Po tylu latach towarzyszą panu jeszcze emocje w powietrzu czy raczej to taki wtorek, środa w biurze?
Emocje są zawsze, choć nie ukrywam, że to już raczej dreszczyk niż dreszcz. Ten ostatni towarzyszył mi zwłaszcza podczas zawodów. W początkach swojej kariery wielokrotnie startowałem w różnych zawodach. I krajowych, i zagranicznych, teraz głównie loty rekreacyjne. Ale, ale - mimo tylu lat żaden tam ze mnie pyszałek, wciąż staram się zachować pokorę wobec natury. Lepiej zostać na ziemi i żałować, że nie jest się w powietrzu niż być w powietrzu i żałować, że się nie jest na ziemi.


Kto nie zostaje na ziemi, musi być pewnie zdrów, jak ryba, koń i rydz razem wzięci.
Niekoniecznie. Może tu zaskoczę, ale średnio sprawny człowiek jest w stanie latać balonem, i to nawet wyczynowo. Mięśnie są potrzebne głównie przy montażu balonu na ziemi, podczas lotu pracujemy już bardziej głową. Wiadomo, jeśli ktoś cierpi na choroby krążenia czy jakieś choroby psychiczne, to nie powinien wsiadać do kosza, ale poza tym nie ma szczególnych przeciwwskazań. Niemniej, jako piloci, musimy przechodzić badania okresowe. W młodszym wieku co 2 lata, w starszym co rok i potem uzyskujemy od lekarza orzecznika zaświadczenie uprawniające do latania.
A balony? Jakiej podlegają kontroli?
Przegląd balonu odbywa się co 12 miesięcy. Dokonuje go inspektor z Urzędu Lotnictwa Cywilnego i jeśli przegląd zakończy się pomyślnie, otrzymujemy świadectwo oględzin. Potwierdza ono, że nasz statek powietrzny spełnia wymagania techniczne. Ale to jedno, drugie to czujność samego pilota. Przed każdy startem należy zrobić taki przegląd przelotowy, że patrzymy, czy mamy kompletne wyposażenie. To podstawa, ale nie tylko. Pilot musi mieć pod ręką również przyrządy do wskazywania temperatury w powłoce balonu czy prędkości wznoszenia i opadania. Do tego wysokościomierz - zdarza się, że otrzymujemy zgodę na lot pod warunkiem utrzymywania odpowiedniej wysokości lotu.
Sprzęt sprzętem, ale jeszcze ważniejszy jest chyba czynnik ludzki.
Każdy słownik "balonowy" powinien zaczynać się od "A", jak "asekuracja" i "B", jak "bezpieczeństwo". Zawsze ktoś, kto orientuje się w temacie, jest pożądany na pokładzie oprócz pilota. I to nie tylko w powietrzu. W moim przypadku przeważnie jest jeszcze 2 kolegów na dole, którzy jadą samochodem za nami. Jesteśmy z nimi na radiu, a że z góry widzimy, gdzie są, przy podejściu do lądowania dajemy im znać, gdzie mniej więcej powinni podjechać. Jeśli wszystko przebiega sprawnie, balon ląduje, w pobliżu jest samochód z przyczepą i nic, tylko przystąpić do załadunku.
A jeśli nie?
Wypadki oczywiście się zdarzają i pół biedy, jeśli np. balony się zderzą powłokami - to nikomu i niczemu nie zagraża. Odbiją się od siebie co najwyżej. Gorzej, jeśli kosz jednego balonu zetknie się z powłoką drugiego. Wystarczy kawałek wikliny, zahaczymy i balon rozdarty. Wtedy następuje w uszkodzonym balonie ubytek ciepłego powietrza i może dojść do gwałtownego opadania. A jak opadanie, to i lądowanie: nieplanowane, w terenie, który może się do tego kompletnie nie nadawać, np. las czy zabudowania. Na szczęście to ekstremalne przypadki.
A w powietrzu, jak podczas jazdy autem - nakazy, zakazy, tylko znaków brakuje.
W powietrzu, jak na drodze - nie ma róbta, co chceta. Szczególnie przed żniwami są setki hektarów wyłączonych z lądowania. No bo jak, nie szanować czyjejś pracy i niszczyć zbiory? Szczęście w nieszczęściu, jeśli na danym obszarze są jakieś nieużytki, ale np. Wielkopolska czy Lubelszczyzna to urodzajne ziemie. Tam nie ma łąk, bo wszystko się przeznacza pod uprawy, o lataniu możemy zapomnieć. Z kolei, jeśli chcę wykonać lot w jakimś kompletnie nowym miejscu, najpierw muszę sprawdzić, czy nie jest to strefa z zakazem albo ograniczeniem lotów. Zakaz niekoniecznie wyklucza naszą obecność w powietrzu. Może być tak, że użytkownik stały strefy, na przykład wojsko, nie korzysta z niej w sobotę czy w niedzielę i wtedy możemy tam latać. Tyle, że potrzebna jest zgoda organu koordynującego ruch lotniczy na danym terenie.
A jak już się wyląduje, to jakie są reakcje ludzi? Załóżmy, załoga kończy lot na polu i...
Przeważnie spotykamy się z życzliwym nastawieniem rolników. Oczywiście, pod warunkiem, że żadnych poważnych szkód nie wyrządzimy, a staramy się tego nie robić. Lądowanie balonu to czasem wydarzenie takiej rangi w historii wsi, że mieszkańcy dzielą czas na przed i po nim. Parę razy pomagali nam nawet ładować balon na przyczepę.
Jeśli chodzi o kontakty z rolnikami przed zawodami, to my, baloniarze tym się nie zajmujemy. Piłka leży po stronie organizatora. Gdy gospodarz nie chce balonów na swoich hektarach, to się po prostu zgłasza i mówi: nie, dziękuję. Istnieje jeszcze opcja, że właściciel pola zezwoli na przelot, ale na wysokości nie mniejszej niż np. 100 metrów. Chodzi o to, żeby nie płoszyć zwierząt hodowlanych.
A bliscy? Jak reagują na pana pasję? Przyzwyczaili się czy każdy lot to dla nich troska?
Mam za sobą ponad 5 dekad spędzonych w powietrzu i żona przekonała się przez ten czas, że bezpieczeństwo to dla mnie priorytet. Wie, że jeśli przestrzegam zasad, nie latam w ekstremalnych warunkach, to raczej nic mi nie grozi. Dwa-trzy razy nawet wsiadła ze mną do kosza, ale uznała, że to nie dla niej.
Co ją zniechęciło?
Nie chodzi nawet o częste wyjazdy na loty czy lęk wysokości, ale sen. Żona nie należy do rannych ptaszków, a latanie balonem odbywa się wcześnie rano. Trzeba wstać jeszcze szybciej, ubrać się, dojechać na miejsce, przygotować sprzęt itd. To nie zajęcie dla kogoś, kto lubi długo leżeć pod kołdrą.
Na czym polegają zawody balonowe?
Ludzie czasem myślą, że balon ma jakąś trasę do przebycia i musi się po niej poruszać. No ale nie ma napędu, nie ma sterów, to jak? Skoro nie liczy się określona droga do pokonania, to co? Niech za przykład posłuży najczęstsza konkurencja, czyli "pogoń za lisem". Polega to na tym, że startuje jeden balon - "lis", który po przebyciu iluś kilometrów ląduje w określonym miejscu. Tam załoga wykłada krzyż z płócien, widoczny z daleka, przy dobrych warunkach nawet do 2 kilometrów. Pozostali muszą dolecieć możliwie blisko tego krzyża i zaznaczyć swoją pozycję za pomocą markera. To taki 70-gramowy obciążnik, woreczek z piaskiem i wstążką, nic skomplikowanego. Rzuca się go jak najbliżej środka krzyża, komisja mierzy taśmą odległość i przelicza ją na punkty.
A start? Kto wskazuje miejsce?
Sędziowie, oni wyznaczają strefę, z której można wystartować. W ramach tej strefy szukamy miejsca do startu, jeździmy w różne miejsca i puszczamy baloniki. Takie, jak na festynach, lecą one w górę, a załoga obserwuje: w jakim kierunku, na jakiej wysokości itd. W ten sposób sondujemy wiatry. Bywa tak, że baloniarze muszą sprawdzić kilka miejsc, a bywa, że od razu trafimy. Nie ma reguły. Najczęściej wykorzystujemy baloniki w czarnym kolorze, są najlepiej widoczne. Ja biorę je z hurtowni gadżetów, takich piknikowych, festynowych.
Mówi pan o balonikach, a wróćmy jeszcze do balonów przez duże B. Gdzie przechowuje się taki sprzęt?
Obecnie mamy powłoki z tkanin syntetycznych, które nie wymagają jakichś specjalnych warunków przechowywania. Bywa tak, że jeżeli pilot nie ma garażu, to po prostu powłoka jest zmagazynowana na przyczepie. Wiadomo, nie zostawia się przyczepy ot tak, pod gołym niebem. Jakieś przykrycie musi być, żeby nie padał deszcz czy śnieg. No i powłoka powinna być sucha - zdarza się, że pilot ląduje na mokrej trawie i potem powłoka jest "skąpana" w rosie. Trzeba, jeżeli zamierzamy dłużej nie latać, ten balon wysuszyć. Dobrze, jeśli mamy dostęp do większej zamkniętej przestrzeni typu sala gimnastyczna, to wtedy w parę osób rozkłada się powłokę. Suszymy, potem przyczepa i czekamy na zawody. I bez obaw, jak balon suchy, to i rok może leżeć, nic mu nie będzie.
W swoim baloniarskim CV ma pan loty w Polsce, Francji czy USA. Któreś z miejsc startowych szczególnie zapadło panu w pamięć?
Lotaryngia, niedaleko miasta Metz, mniej więcej 70 kilometrów od granicy francusko-niemieckiej. Balony startowały z terenu dawnej bazy amerykańskiej, z nieczynnego lotniska. Niech pan sobie wyobrazi: betonowy pas startowy, długi na 3200 metrów, a na nim dziesiątki, setki balonów. Powłoka ociera się o powłokę i nie przesadzam, podczas którejś edycji udało się nawet pobić rekord Guinnessa w liczbie balonów ustawionych obok siebie. Było ich około 400, niesamowite wrażenie z dołu, a co dopiero z lotu ptaka. Żeby nie było wątpliwości, w górę wzbił się śmigłowiec i jego załoga przeliczała wszystkie balony. Osobne liczenie było na ziemi, a jak już wszystko potwierdzono, rozpoczęły się starty. W odstępie, powiedzmy, 2-3 minut 100 balonów uniosło się w powietrze i z różną prędkością szły do góry. Potem kolejne...
Dość duży ścisk.
O ile ze startem bywało tłoczno, to lądowisk było pod dostatkiem. W tamtych rejonach marna farma liczy z 300, a przeważają gospodarstwa po 500, 700 hektarów. I większość w jednym kawałku, bo ojciec zazwyczaj nie dzieli ziemi między wszystkie dzieci, tylko wyznacza jednego spadkobiercę. Takie niepodzielone majątki trwają do tej pory i dla nas to raj, bo jest gdzie lądować. Byle przeczekać żniwa, a te okolice to spichlerz Francji. Sam widziałem "zbożowe konwoje", ciężarówki ze zbożem kursujące na południe kraju. Ale my tu gadu gadu o zbożu, a nie wspomniałem o krowach.
Krowach?
Francuskie są takie ciekawskie, że od razu by przeskoczyły kilka stopni do piekła. Zwłaszcza gdy balon wyląduje na pastwisku. Gdy przelatujemy nad nimi, pierwszego dnia zawodów najwyżej rozbiegną się w popłochu. Potem zachowują się, jakby mieszkały obok lotniska, całkiem obojętnie. Co innego, gdy załoga kończy lot: krowy najpierw się rozpierzchną, ale ciekawość zwycięża i chcą zobaczyć, co to jest. Chwila zastanowienia, ale ciekawość jest silniejsza - ryzykują i są gotowe wejść na powłokę. Rozpoczyna się wyścig baloniarzy z czasem, trzeba szybko zwinąć powłokę, a tu za jedną krasulą idzie druga, potem trzecia, na te z przodu napierają następne. Na szczęście zwykle kończyło się na polizaniu kosza, ewentualnie samochodu czy przyczepy.
*Włodzimierz Kłósek - absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Podporucznik w specjalności pilot samolotów odrzutowych, od 1990 roku związany z baloniarstwem. Wielokrotny uczestnik, a czasem zwycięzca zawodów balonowych w kraju i za granicą. Dwukrotny wicemistrz Polski, do tej pory wykonał 1777 lotów balonem, spędzając w powietrzu 1595 godzin. I, jak zapewnia, nie powiedział jeszcze ostatniego balonowego słowa.
