Reklama

Bo skąd - na przykład - te artystyczne ujęcia, przewijające się przez całą produkcję, na których Pavel pojawia się jako jeden z ich bohaterów? Przecież nie wszystkie kręcone są ze statywu. Innego operatora obrazu w napisach końcowych nie wymieniono. Wobec powyższego "oscarowe" kadry jeszcze bardziej kłują w oczy. I nie chodzi o to, że osłabiają konwencję dokumentu kręconego z perspektywy szkolnego vloga-kroniki. Intuicja podpowiada nam, że pod całą narracją o tym, że to real footage wywiezione niemal pod kolbami służby bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, która wprawdzie przemieszana jest dokrętkami na potrzeby fabuły, czuć głęboki fałsz. Łagodniej: nachalną kreację. Tymczasem cienka granica gdzie wstrząsający, surowy zapis rzeczywistości miesza się z artystyczną konwencją, sprawia, że od pierwszych minut filmu trwamy w jakiejś nieokreślonej konfuzji.

Nie było to tylko moje odczucie. Współtowarzysz seansu był równie zmieszany. A zachwyt nad filmem, który - jak od pstryknięcia - udzielił się krytykom, ustąpił naszej podejrzliwości i sprowokował do stawiania sobie kolejnych pytań, gdy wyszliśmy z pokazu.

Reklama

Czytając recenzje zaledwie nominowanego podówczas do Oscara filmu pt. "Pan Nikt kontra Putin", który opowiada historię postępującej militaryzacji oraz indoktrynacji społeczeństwa rosyjskiego po ataku na Ukrainę w 2022 roku, jeszcze mocniej zacząłem zastanawiać się, czy oglądałem ten sam dokument co inni.

Karabasz i szkolny korytarz

Korytarze szkoły, w której na co dzień pracuje Pavel "Pasza" Talankin, zieją sowiecką beznadzieją. Lastryko na podłodze, smutne lamperie i obskurne toalety w budynku. Na naszej szerokości geograficznej przypominają starszemu pokoleniu szkolną codzienność ich młodości, rodzącą przygnębiające wspomnienia.

Za oknem Karabasz. Jedno z najbardziej zanieczyszczonych miast na kontynencie. W języku tureckim, któremu zawdzięcza swoją nazwę, oznacza tyle, co "czarny szczyt" i dobrze oddaje charakter tej industrialnej krainy.

Pomiędzy ciemnymi zboczami gór, w dolinie rzeki, króluje nad miastem moloch - kombinat Karabashmed. To jedna z największych hut miedzi w Rosji, której działalność prowadzi od dziesięcioleci do potężnej degradacji środowiska naturalnego w regionie. To ona sprawia, że długość życia mieszkańców miasta jest niższa od przeciętnej, ale daje też chleb i organizuje życie kilkunastu tysiącom dusz. Wysokie piece, hałdy żużlu i splątane symetrycznie dżungle rur są widoczne niemal z każdego punktu miasta. Niskie bloki z wielkiej płyty - w jednym z nich mieszka autor filmu - dopełniają obrazu całości. Talankin, jak mówi, kocha swoje miasto. Jego brud i niedostatki. O swoim miejscu na Ziemi wypowiada się z czułością. W wizji reżyserów filmu to tło ma uświadamiać nam, że tamtejsza społeczność ma naprawdę przechlapane. A skoro cała jest z tych toksycznych oparów, innej rzeczywistości nie ma, to co i jak miałaby zmienić?

Reżyser, bunt i gabinet

Oto Pasza stoi przed drzwiami dawnej klasy, która z biegiem lat stała się jego gabinetem. Ta przestrzeń szybko zaczyna pełnić rolę nie tylko miejsca pracy z uczniami, ale czegoś w rodzaju konfesjonału, przestrzeni wolnego słowa. Wszak w środku pełno jest akcentów z zachodniej popkultury. Znajduje się też miejsce dla biało-niebiesko-białej flagi. To symbol Rosjan sprzeciwiających się inwazji na Ukrainę oraz rządom Władimira Putina, która dumnie wisi na tablicy za biurkiem Talankina.

Dowiadujemy się, że jest zatrudniony w tej samej szkole, po której kiedyś biegał w krótkich spodenkach. Nikt nie pyta, dlaczego gromadzi tyle nagrań. Jest bowiem kimś w rodzaju szkolnego vlogera, gościa animującego imprezy i prowadzącego zajęcia kreatywne dla młodzieży. Teoretycznie nie budzi podejrzeń. Ma status nieszkodliwego ekscentryka. Tym bardziej, że jego obecność z kamerą wszędzie i w różnych okolicznościach uprawomocnia jego praca.

I tak zaczyna się ten film. Kamera rejestruje fragmenty szkolnych uroczystości pokazuje codzienność korytarza, odwiedzamy z Talankinem jego matkę pracującą w bibliotece, a do gabinetu Paszy wpadają zarówno rozczochrani pierwszoklasiści, jak i licealiści, którzy ukończyli już podstawówkę, w której jest zatrudniony. Pogadać, zwierzyć się, pośmiać. Paradne. Okazuje się, że w tej ciasnej salce w miasteczku na Uralu można pozwolić sobie na luksus bycia "innym", choć tuż za progiem czeka autorytarny system, który właśnie przybiera coraz groźniejsze oblicze totalitaryzmu. Tak to przynajmniej przedstawione jest w filmie, co nawet niezbyt wnikliwego obserwatora rosyjskiej rzeczywistości powinno przynajmniej zaalarmować. Ale szkoda marnować czas na podejrzliwość, myślę, gdy na ekranie przewijają się kolejne sekwencje obrazów. Przecież na naszych oczach rodzi się cichy bohater. I to z krwi i kości, posiadający słabości ("chciałbym być tak odważny jak ci bici opozycjoniści w Moskwie, ale nie jestem"), a przez to ludzki, dotykalny, prawdziwy. I do tego emploi: zagubiony intelektualista w okularach, wycofany w wewnętrzny świat przyjaciel młodzieży, wrażliwy czytelnik książek, który chce po prostu żyć.

Mówi o tym zresztą wprost, co znowu powoduje mieszane odczucia. Na przykład wtedy, gdy sugeruje, że za jego czasów szkolnych było "normalnie" w przeciwieństwie do "nienormalnego" teraz. Za ten stan rzeczy odpowiedzialne jest to, co wydarzyło się 24 lutego 2022 roku. Z kanału informacyjnego płyną doniesienia o "specjalnej operacji wojskowej" na Ukrainie. U dołu ekranu przesuwa się krwisty pasek z komunikatami, a na twarzach współpracowników pojawia się wyraz, którego Pasza nie umie nazwać. Kilka tygodni później w szkole zaczynają obowiązywać nowe rozporządzenia przysyłane z Moskwy, dyrekcja zwołuje kolejne narady.

Archiwum wojennej propagandy

Jego zadaniem w nowych warunkach było utrwalanie patriotycznych akademii, wieców poparcia dla reżimu, montowanie krótkich materiałów i umieszczanie ich tam, gdzie nakazało ministerstwo. Zamiast usuwać nagrania, zaczął je konsekwentnie gromadzić - tworzyć prywatne, nieformalne archiwum szkolnej propagandy. Odczuwał potrzebę zachowania czegoś, co wydawało mu się zbyt bezprecedensowe, by mogło rozpłynąć się na rządowych serwerach. Oczywiście Pasza ma z tym problem, ale trudno. Działa. Trzeba jakoś żyć. W oczach człowieka znającego choć trochę realia rosyjskie niejakie zdziwienie przemieszane z niesmakiem, budzi scena, gdy Talankin orientuje się, że jego czyste w intencjach "dokumentowanie" samochodowego wiecu poparcia dla rosyjskich sołdatów zabijających na froncie Ukraińców wykorzystane jest później na miejskich ekranach jako film propagandowy. Tego już dla niego za wiele. Za pomocą uniwersalnego pilota wyłącza telewizory za witrynami lokalnego domu kultury. Ze smutną miną i poczuciem "wykorzystania" przez system, odchodzi. A nas dziwi jego zdziwienie.

W klasach pojawiają się recytowane niezgrabnie przez nauczycieli propagandowe formułki, podczas godzin wychowawczych mówi się o poświęceniu i o wrogu zza granicy. Uczniowie zaglądają do gabinetu Paszy coraz rzadziej. Jedni znikają bez słowa, inni przestają głośno formułować to, co myślą. Przynajmniej tak przedstawia nam to Pasza. Ktoś pod nosem rzuca, że brat jest na wojnie i po co tam pojechał. Byli uczniowie naszego reżysera wyjeżdżają na front, żegnani wódką i ogniskiem z kiełbaskami przez kolegów, którzy wręczają nowemu żołnierzowi prezent - koszulkę pracowniczą z logotypem McDonald’s. Zgrabna metafora, prawda? Tym bardziej każąca stawiać pytania o uczciwość intencji współreżysera, biorąc pod uwagę, że Borenstein historię przedstawioną w filmie stosuje, by snuć paralele pomiędzy dzisiejszą Rosją a Stanami Zjednoczonymi, na czele których stoi Donald Trump. Ktoś złośliwy mógłby zasugerować, że tak zyskuje się posłuch w Akademii, czyż nie?

Korytarze, które dotąd wypełniało dokazywanie młodzieży, zmieniają się w plac musztry. Dzieci maszerują w rytm komend nauczyciela. Podczas lekcji wykłada propagandową wersję historii i sączy do głów młodych rządowy przekaz dotyczący inwazji na Ukrainę. Robi to ochoczo, jest za to nawet nagrodzony. Otrzymuje - w plebiscycie na najlepszego nauczyciela, w którym "głosują" uczniowie - mieszkanie. Ale domyślamy się, że młodzież wcale nie przepada za jego chłodną surowością i odpychającym sposobem bycia. Nowe lokum należało się Talankinowi, który mieszka w urągających warunkach. Przecież to jemu dzieciaki zwierzają się ze swoich trosk, to z nim budują więź. Dla Paszy w tym świecie nie ma miejsca. I gdy już podejmuje decyzję, by złożyć wymówienie, dzieje się coś, co jeszcze bardziej zakrawa o abstrakcję. Talankin natrafia na ogłoszenie rosyjskiej firmy medialnej - jakiej, nie dowiadujemy się - która na Instagramie zbiera relacje o tym, jak wojna wpływa na codzienność zwykłych ludzi. Pasza, bez przekonania, że ktokolwiek się tym zainteresuje, postanawia szczerze napisać, co myśli. Powtarzam: w kraju zmierzającym do totalitaryzmu szczerze opisuje swój sprzeciw wobec putinowskiej propagandy w czasie, gdy jest zmuszony ją rejestrować.

Dobry Rosjanin i moralny szantaż

David Borenstein, amerykański dokumentalista pracujący w Kopenhadze, od pewnego czasu myślał o filmie poświęconym propagandzie wojennej. I tak się złożyło, że ktoś z owej rosyjskiej firmy dał mu znać, że jest taki Pavel, który dokumentuje to, co wyprawia się w szkole. Błogosławiony przypadek? Znajomy amerykańskiego filmowca z apetytem na nagrody w rosyjskiej firmie zbierającej opinie na Instagramie? Najwidoczniej świat jest mały.

Od tego momentu następuje ich tajna współpraca. Talankin nadal pracuje w szkole, realizując wszystkie oczekiwania resortu edukacji/obrony, a nieformalnie staje się współautorem dokumentu, który obnażyć ma mechanizm indoktrynacji we współczesnej Rosji. Pasza zgrywa materiał i wysyła go na zaszyfrowany serwer, Borenstein po drugiej stronie ogląda, selekcjonuje, wstępnie montuje i w zaszyfrowanych rozmowach telefonicznych dopytuje o kontekst poszczególnych scen.

Najbardziej niepokojący w filmie "Pan Nikt kontra Putin" nie jest wcale sam aparat propagandy i jego najbardziej jaskrawi przedstawiciele. Owszem, Wagnerowcy odwiedzający szkołę w pełnym rynsztunku, pokazujący dzieciom jak korzystać z min przeciwpiechotnych i robiący sobie z nimi zdjęcia, przyprawiają o trwogę. Tylko że to wszystko jest dla nas jasne, gdy patrzymy na masowe groby na terenach, gdzie kadyrowscy bandyci zostawili swoje krwawe żniwo. Znamy te metody nazbyt dobrze z nieodległej historii.

Bardziej uderza, jak film kieruje naszą uwagę w kierunku współczucia ludziom, którzy ten aparat obsługują, a przy tym niemal bezboleśnie zdejmuje z nich sprawczość. I to jest akt oskarżenia wobec tego filmu. Talankin zostaje ustawiony w roli dobrze nam znanej, bo "dobrego Rosjanina". Cierpiącego, gorzko-ironicznego, wciągniętego w wojnę wbrew sobie. Jakby był jakąś urzekającą postacią z kart książek Dostojewskiego. W publicystyce wokół filmu słyszymy, że "zaryzykował wszystko", że "musiał uciekać, by powiedzieć prawdę światu". Ale nie urodził się w północnokoreańskim łagrze, a w państwie, które od dekad żyje w półcieniu Zachodu, z jego luksusowymi butikami w moskiewskiej dzielnicy twerskiej, ofertami biur podróży z wycieczkami do egzotycznych krajów, z możliwością kształcenia i życia poza Rosją dla dzieci oligarchów Kremla w najdroższych miejscach w Europie. Najbardziej niepokojący jest moralny szantaż wpisany w konstrukcję filmu. Skoro Pavel ryzykował, a jego życie naprawdę się posypało, jeśli teraz siedzi gdzieś w Czechach i martwi się o rodzinę, to kim jesteś, krytyku z kim zachodniej Europy, żeby wypominać mu partycypację w systemie?

Melancholia zamiast odpowiedzialności

Nie pisałbym o tym, gdybym nie zadał sobie pytania o to, co ze mną zrobiła ta historia. Okrucieństwo jest za ścianą gabinetu Talankina, ale bliskość zbrodni zdaje się nie budzić ani sumienia, ani buntu. Kiedyś także ludzie potrafili budować sobie małe azyle tuż obok pieców krematoryjnych, w dosłownym i metaforycznym znaczeniu. Talankin, o ironio, świetnie to rozumie. W filmie mówi wprost, że ukraińskie cierpienie jest niewspółmierne, że to, co dzieje się po "tamtej" stronie, nie ma porównania z jego lękiem przed dyrektorem czy wydziałem oświaty. Ale dokument zatrzymuje się dokładnie w tym miejscu, w którym powinien zadać pytanie, co to znaczy żyć tak blisko przemocy, być w nią tak głęboko wrośniętym i ostatecznie wybrać bezradność.

Zamiast tego osuwa się w żal za Karabaszem "sprzed wojny", w obraz prowincji, która kiedyś podobno była zdrowsza, pełniejsza, normalniejsza. Sam tytuł przygnębia jeszcze bardziej, gdy zdamy sobie sprawę, że Pan Nikt to nie samotna, bohaterska jednostka wobec wszechwładnego dyktatora. Nikt to przeciętny Rosjanin. Zmielony przez historię, pozbawiony wpływu, niesiony prądem wydarzeń. Jeśli naprawdę nic nie może, to czego możemy od niego wymagać?

Bolesne wydaje się to, jak konstrukcja filmu rezonuje także z zachodnią wyobraźnią, dostosowana estetyczną kliszą podobającą się na festiwalach filmowych z czerwonym dywanem, gdzie paraliż rosyjskiego społeczeństwa zamieniony zostaje w cnotę. Antywojenna poza Talankina jest wiarygodna, jego przerażenie, gdy starsi uczniowie zaczynają mówić o wojsku jak o jedynym bilecie pozwalającym na wydostanie się z biedy, naprawdę nas dotyka. Ale narracja obraca tę mieszaninę strachu i wstydu w zagadnienie estetyczne. Lęk skomponowany jest tu jak soundtrack. Dylematy i położenie mieszkańców miasta zobrazowane są z moralną wyższością, a samo przetrwanie w tych warunkach jawi się jako cichy heroizm. Zamiast jasnego stanowiska dotyczącego odpowiedzialności dostajemy piękny obraz melancholii. Kulminacyjną figurą owej jest scena, która w recenzjach krytyków uchodzi za odważny gest: przez głośniki podczas szkolnej akademii w miejsce hymnu Federacji Rosyjskiej płynie wykonanie hymnu USA przez Lady Gagę. To sprawka Paszy. Czysty opór, prawda? W rzeczywistości to gest niemal pozbawiony kosztu. Amerykański pop jest w rosyjskim pejzażu obecny od lat dziewięćdziesiątych, w Petersburgu jeszcze do niedawna można było kupić produkty tych samych luksusowych zachodnich marek co w każdym innym mieście Unii Europejskiej. Lady Gaga - znak globalnego mainstreamu - ma kogoś obudzić? Ciężko uwierzyć w bunt, który wygląda jak dobrze zaplanowany fragment zwiastuna oscarowej produkcji. Chyba, że wielkomiejskiej widowni, w dobrze klimatyzowanej sali kinowej.

To nie tak, że "Pan Nikt kontra Putin" to film, który nie nazywa zła po imieniu, ale bardziej woli współczuć. Zdejmuje ciężar historii i niewygodnych faktów wpisując się w długą opowieść o "dobrym rosyjskim ludzie" złamanym przez złych władców, o narodzie poetów i muzyków, który sam cierpi pod batem swoich carów. To opowieść, którą uwielbiamy, bo jest wygodna. Pozwala płakać nad losem Rosjan, nie dotykając pytania, jaką cenę płaci za to reszta świata. Trudno zarzucić mu kłamstwo, ale poprzez swoją strukturę zapala wszystkie ostrzegawcze lampki, bo na niektórych rejestrach - i to na tych najczulszych, bo emocjonalnych - zdaje się pracować jak inteligentna propaganda. Uczy nas widzieć Rosjan przede wszystkim jako ofiary, a ich bierność - jako dowód na to, że po prostu są "nikim". Melancholia działa tu przekonująco. Tylko świata, jak zwykle, nie uratuje.

***

15 marca 2026 roku, podczas 98. ceremonii wręczenia Oscarów w Los Angeles, film "Pan Nikt kontra Putin" zdobył statuetkę w kategorii najlepszego pełnometrażowego filmu dokumentalnego.