Znajomy zapytał mnie kiedyś, czy chcę dowiedzieć się, jak pachnie rzeczywistość pozaziemska. Spodziewałem się głupiego żartu, ewentualnie przesadzonej rekomendacji zbyt drogiego zapachu. Zgodziłem się, a on pokazał mi duży, mieniący się rdzawą pomarańczą flakon, w którego górnej części znajdował się fragment grubego, starego gwoździa. Potem przyszedł zapach i to jakie obudził we mnie emocje, a następnie opowieść - kto za nim stoi.
Lew salonowy, intelektualista i człowiek renesansu par excellance. Filippo Sorcinelli jest włoskim artystą, projektantem szat liturgicznych i twórcą marki zapachowej UNUM - i choć każde z tych określeń jest prawdziwe, żadne nie wyczerpuje opisu jego działalności.
W rozmowie, którą publikujemy poniżej, opowiada o tym, jak muzyka otworzyła go na świat, co znaczy tworzyć liturgiczną szatę dla Leona XIV, i dlaczego strach - dziecięcy, metafizyczny, nieujarzmiony - jest dla niego narzędziem poznania, a nie ciężarem do dźwigania.
Jakub Dybek: W "Idiocie" Dostojewskiego książę Myszkin rzuca zdanie, które wciąż do mnie powraca: "piękno zbawi świat". Co Pan o nim myśli?
Filippo Sorcinelli: To zdanie ma w sobie coś niemal nie do zniesienia. Powierza pięknu misję, która wykracza daleko poza estetykę i dotyka samej idei zbawienia, możliwości posklejania pękniętego człowieka. Dostojewski znał dobrze otchłań, winę, gorączkę, upokorzenie i rozpacz - dlatego jego piękno nie ma nic wspólnego z dekoracją. U niego piękno idzie przez ranę, schodzi w samo centrum zła, patrzy w oczy ludzkiej nędzy i się nie odwraca. W tym upatruję jego wielkości: piękno zbawia tylko wtedy, gdy godzi się zamieszkać w dramacie, gdy rezygnuje z samej przyjemności i staje się odpowiedzialnością, objawieniem, wewnętrzną dyscypliną. Własną pracę budowałem wokół piękna wymagającego - czasem szorstkiego, czasem mrocznego, ale zawsze koniecznego. Interesuje mnie piękno o gęstości moralnej, które domaga się studium, poświęcenia, rygoru, a nawet pewnej formy posłuszeństwa wobec materii. Wszystko może stać się miejscem wzniesienia, jeśli rodzi się z autentycznej konieczności. Piękno zbawia świat, kiedy zmusza go, by przypomniał sobie o swoim duchowym pochodzeniu, kiedy przerywa banalność i otwiera w nawyku świecącą ranę. Uważam też, że piękno nie istnieje bez prawdy. Piękno odklejone od prawdy degeneruje się w jałowe uwodzenie, błyszczącą powierzchnię do szybkiego zużycia. Piękno zakorzenione w prawdzie staje się wydarzeniem: nawróceniem spojrzenia, doświadczeniem, które naprawdę zmienia tego, kto je spotyka. Dlatego mój stosunek do piękna jest surowy. Traktuję je jak powołanie, ale również jak szczęśliwą winę: kto je dostał, ma obowiązek mu służyć, studiować je, przechodzić przez nie i płacić za nie cenę.
Jakub Dybek: Zanim pojawiły się tkaniny i perfumy, były piszczałki organowe. Pańska muzyczna biografia nie zawsze przebija się w opowieściach o Panu, a wydaje się czymś, co konstytuuje całą resztę. Jak trafił Pan na ten instrument? Który kompozytor jest dla Pana najważniejszy - i dlaczego? Jak muzyka rzeźbi to, czym zajmuje się Pan w innych dziedzinach?
Filippo Sorcinelli: Organy były moim pierwszym, wielkim ciałem dźwięku. Zanim dotknąłem tkaniny czy flakonu, istniał ten ogromny, fizyczny, pionowy oddech złożony z powietrza, drewna, metalu, piszczałek, wiatru i architektury. Organy nauczyły mnie, że materia może stać się duchem pod warunkiem konkretnej dyscypliny. Dźwięk rodzi się z mechanizmu, z mierzalnego drgania, ale kończy jako doświadczenie, które wymyka się wszelkiej mierze. W tym paradoksie bardzo wcześnie rozpoznałem siebie. Przyszedłem do organów przez Kościół i liturgię, przez dzieciństwo spędzone w przestrzeniach sakralnych, wśród tkanin, kadzidła, ciszy i rytmu rytuałów. Kościół Santa Giustina w Mondolfo był dla mnie pierwszą akademią duchowości i zmysłów. Organy po prostu tam były: jednocześnie monumentalne i codzienne, tajemnicze i konkretne. Fascynowały mnie, bo zdawały się zawierać całe miasto. Miały różne głosy, rejestry, temperamenty. Potrafiły się modlić, krzyczeć, drżeć, podtrzymywać zgromadzenie, zjeżdżać w rejony niemal piekielne i wynosić je z powrotem ku oślepiającemu światłu. Jeśli chodzi o kompozytorów, Bach jest dla mnie figurą absolutną, ale tuż obok stoi świetlista, potężna sylwetka Dietricha Buxtehudego - mistrza surowej wolności, który otworzył organom niemieckim wymiar prawie prorocki. W Buxtehudzie słyszę oddech stylus phantasticus, muzyki, która szuka Boga przez nagłe zrywy, ryzykowne zawieszenia i wewnętrzne światłocienie. Bach przejmuje ten płomień i prowadzi go do konstrukcji jeszcze bardziej koniecznej. U niego muzyka ma strukturę teologiczną: myśl śpiewa, architektura dźwięku staje się modlitwą a proporcja drogą duchową. Buxtehude otwiera drogę swoim wolnym żarem. Z kolei Bach wynosi ją do poziomu niewidzialnej katedry, w której ciało człowieka i wyższy porządek spotykają się w absolutnej formie. Muzyka do dziś porządkuje wszystko, co robię. Projektując ornat, myślę o kompozycji mas, o pełniach i pustkach, o rytmie haftu i czasie spojrzenia nań. Tworząc perfumy, pracuję akordami, dysonansami, powrotami tematycznymi, które mają własne rozwinięcie, modulacje i finał. Zapach może mieć atak, fugę, nota pedale - ten długo trzymany ton, na którym spoczywa cała harmonia - kontrapunkt i kodę. Moja perfumeria wyrasta z owej muzycznej gramatyki. Perfum jest dla mnie muzyką, która wyrzekła się dźwięku, by stać się powietrzem zranionym przez pamięć.
Jakub Dybek: Kusi mnie, żeby poprosić Pana o to, żeby opisał się jednym słowem. Jakie by ono było?
Filippo Sorcinelli: Dziś powiedziałbym: nadmiar. Rozpoznaję się w nim, bo moje życie twórcze zawsze przekraczało granice dyscyplin. Niczego w moim doświadczeniu nie da się sprowadzić do jednej kategorii. Nadmiar to to, co się przelewa, wykracza poza wyznaczony kontur i wciąż domaga się większej formy. Być nadmiarem to znaczy nosić w sobie siłę, która często rozsadza ustalony porządek. Moje poszukiwania rodzą się z tego tarcia. Od początku czułem potrzebę łączenia światów, które tradycja ustawiła naprzeciw siebie: sacrum i ciała, liturgii i transgresji, dyscypliny i rany, perfum i teologii, organmistrzostwa i fizyczności, prywatnej pamięci i zbiorowej wyobraźni. Nadmiar jest też odpowiedzialnością - zmusza, by zamienić intensywność w język. Chaos musi stać się formą, gorączka oczekiwania - dziełem.
Jakub Dybek: Jak zatem stworzyć tak radykalnie intymną sztukę, jeśli zawodowo funkcjonuje się jako postać światowa, otoczona nieustannie ludźmi niczym salonowy lew?
Filippo Sorcinelli: Radykalna intymność bardzo często rodzi się właśnie z doświadczenia konfrontacji z tłumem. Życie publiczne - spotkania, wydarzenia, wywiady, relacje zawodowe, świat prasy i mody, międzynarodowy rytm pracy - tworzy powierzchnię pełną głosów. Ale pod tą powierzchnią, akt twórczy jest skrajnie samotny. Nikt naprawdę nie ma dostępu do punktu, w którym obraz, zapach, wspomnienie, lęk czy pragnienie zaczynają nabierać ciała. Światowość, jeśli podchodzi się do niej z trzeźwością, może stać się teatrem obserwacji. Patrzę na ludzi, słucham ich oczekiwań, obserwuję sposób, w jaki chcą się pokazać, widzę kruchość ukrytą za społeczną konstrukcją - to wszystko dodatek do moich poszukiwań. Tłum daje mi materię ludzką. Intymność przetapia ją w dzieło. Żyję w tym napięciu cały czas: z jednej strony świat, który żąda obecności, z drugiej - wnętrze, które domaga się ciszy, studium, wierności. Współczesny artysta ma być widoczny, rozpoznawalny, komunikować się. Ale dzieło rodzi się w miejscu o wiele bardziej tajnym, często bolesnym i dziecinnym, a nawet nieprzyzwoicie szczerym. Moje zadanie polega na tym, żeby pozostać prawdziwym, będąc nieustannie wystawionym na widok publiczny. Wizerunek może nieść moją pracę w świat, ale dzieło musi wypływać z głębszej konieczności. Kiedy ta konieczność słabnie, zostaje już tylko fasada. Ja wciąż szukam rany, która rodzi formę.
Jakub Dybek: Porozmawiajmy o szatach. Kapłan, biskup, papież - ich stroje to przecież coś więcej niż dekoracja. W pewnym sensie to strój ustanawia pozycję tego, kto go nosi. Jak Pan pracuje z materiałem? Co decyduje o wyborze? Skąd bierze się pierwszy impuls do zaprojektowania nowej szaty?
Filippo Sorcinelli: Szata liturgiczna należy do najwyższego rejestru języka liturgii. Oczywiście okrywa konkretną osobę, ale przede wszystkim objawia posługę. Wydobywa celebransa z czystej indywidualności i wprowadza go w inny porządek symboliczny. Kapłan, biskup, papież przywdziewają znaki, które przemawiają, zanim przemówi ich własna twarz. Szata sakralna ogłasza funkcję, odpowiedzialność, ciągłość Kościoła i pamięć apostolską. Z tego powodu widzę swoją pracę jako formę służby. Piękno liturgiczne wymaga dyscypliny, miary, znajomości norm, rozumienia rytu, wyczucia materii, uważnego słuchania Kościoła - wszystko to może podtrzymać godność rytu albo ją osłabić. Materia ma własną teologię. Każde włókno niesie historię kulturową i duchową. Wybór wynika z czasu liturgicznego, miejsca, funkcji, z tego, kto będzie szatę nosił, z charakteru samego rytu i światła danej przestrzeni. Pierwszy impuls to bardzo często konkretna wizja zbioru detali ikonograficznych. Ale bywa też, że rodzi się z pamięci zakrystii, z koloru zobaczonego na obdrapanej ścianie, z iluminowanej strony, z muzyki albo zdania któregoś z Ojców Kościoła. Potem zaczyna się prawdziwa robota: proporcje, próby, błędy, praca rąk, rozmowa z tymi, którzy znają liturgię od środka. Szata sakralna żyje na niezwykle delikatnej granicy: musi mówić mocno, ale jednocześnie ustąpić miejsca celebrowanemu misterium. Jej wielkość polega na wyrzeczeniu się jałowego protagonizmu. Szata ma służyć i podnosić.
Jakub Dybek: Protokół liturgiczny Watykanu to zbiór ściśle określonych zasad. Jak w praktyce wygląda negocjacja między Pańską wizją a oczekiwaniami Urzędu Celebracji Liturgicznych Najwyższego Papieża? Kto ma ostatnie słowo?
Filippo Sorcinelli: Ta relacja wymaga trzech rzeczy: szacunku, kompetencji i jasnego podziału ról. Liturgia papieska należy do tradycji bardzo ściśle skodyfikowanej. I to jest bogactwo, bo chroni przed dominacją indywidualnej fanaberii nad kościelnym sensem rytu. Wizja artystyczna musi wejść w dialog z normami, zwyczajami, wymogami ceremoniału, czasem, przeznaczeniem, jakością celebracji. Moim zadaniem jest przedstawić propozycję wysoką, spójną, technicznie solidną, duchowo czytelną. Ta propozycja jest potem oceniana z perspektywy liturgicznej i praktycznej, a także symbolicznej. Artysta w takim dialogu musi znać swoje miejsce. Sztuka liturgiczna ma realną wolność, ale jest to wolność uporządkowana, ukierunkowana, wpisana w większe ciało. Ostatnie słowo należy do Kościoła, ponieważ ryt należy do Kościoła. Ta świadomość uwalnia pracę od pokusy narcyzmu. Ogromne znaczenie ma jakość relacji. Potrzebne jest zaufanie, wspólny język, umiejętność wyjaśnienia sensu wyboru, powodów dla danej tkaniny, wartości danego symbolu, harmonii koloru. Moje doświadczenie uczy mnie, że najbardziej płodna innowacja wyrasta z głębokiego szacunku dla tradycji. Innowacja w liturgii polega na wydobyciu żywotności, która już jest obecna w pamięci Kościoła - na służeniu żywej ciągłości.
Jakub Dybek: Czy to inny rodzaj odpowiedzialności? Ta, która wynika z projektowania szat sakralnych i ta, którą czuje Pan, tworząc perfumy?
Filippo Sorcinelli: Tak, choć w obu przypadkach jest to odpowiedzialność poważna. Projektując szatę, wchodzę w funkcję kościelną. Moja wolność twórcza zostaje ukierunkowana konkretnym zadaniem: służyć rytowi, wierze, modlącej się wspólnocie. Szata ma przeznaczenie publiczne i sakramentalne, należy do ciała większego niż moje życie. Moja tożsamość artystyczna musi tu stać się dyscypliną, miarą, czujnością wobec misterium. Perfum rodzi się z odpowiedzialności bardziej wewnętrznej, ale równie intensywnej. Zapach wchodzi w najbardziej intymne przestrzenie życia: przylega do skóry, do pamięci, do pragnienia, lęku, pożądania, śmierci, dzieciństwa. Jego siła leży w niewidzialności. Perfum może wydobyć pogrzebane wspomnienia, może niepokoić i pocieszać, towarzyszyć momentom granicznym. Tu również istnieje wymiar etyczny i estetyczny. Różnica dotyczy przeznaczenia. Szata należy do rytu; perfum - do ciała i pamięci. Ale w obu przypadkach materia domaga się szacunku, bo pracuję z czymś, co przekracza sam przedmiot. Tkanina staje się językiem wiary, zapach - językiem niewidzialnego. I odwrotnie: wiara może czasem mówić przez zapach, a niewidzialne - przez linię szwu.
Jakub Dybek: W naszej rozmowie wciąż przewija się motyw napięcia między sprzecznościami. Rudolf Otto opisywał religijne doświadczenie jako spotkanie z "całkowicie innym". Zarazem mysterium tremendum i mysterium fascinans, czyli tajemnicą przerażającą i pociągającą jednocześnie. Jest Panu blisko do takiego podejścia?
Filippo Sorcinelli: Tak, bardzo. Otto przywraca sacrum jego podwójną siłę: przerażającą i przyciągającą. Prawdziwe sacrum rodzi lęk i pragnienie, dystans i przyciąganie, poczucie unicestwienia i pocieszenia. Każdy, kto poważnie przeżywał liturgię, zna to napięcie. Pusty kościół, dźwięk organów, kadzidło wznoszące się do góry, światło na ołtarzu, cisza tuż przed rozpoczęciem - wszystko to mówi o rzeczywistości, która przyciąga, ale wymyka się naszej kontroli. Mysterium tremendum jest dla mnie ważne, bo nie pozwala, by sacrum stało się miłym ornamentem. Sacrum rani i wytrąca z równowagi, zmusza człowieka do uznania własnej małości. Mysterium fascinans to z kolei twarz tajemnicy, która pociąga: piękno, które wzywa, światło, które zaprasza, obietnica sensu. W mojej pracy te dwa bieguny są stale obecne. Tworzę perfumy, które mogą wydawać się mroczne, niepokojące, cielesne - nawet nieprzyjemne w pierwszym kontakcie - a jednocześnie myślę o nich jako o narzędziach objawienia. Nawet niewygodny zapach może prowadzić ku prawdzie. Tłum przeżywa sacrum chóralnie, jednostka - intymnie. Liturgia w niezwykły sposób odsłania tę podwójną naturę: całe zgromadzenie uczestniczy w tym samym rycie, ale każda osoba zostaje dotknięta w jakimś sekretnym miejscu. Myślę, że sztuka powinna odzyskać tę moc: mówić do wielu, trafiając w niepowtarzalność każdego.
Jakub Dybek: Skoro mowa o lęku. W opisach perfum UNUM często pojawia się motyw strachu - jest zapach inspirowany "Tym" Stephena Kinga. Czym jest dla Pana strach? Przekleństwem, motywem pokutnym, czy narzędziem schodzenia do najciemniejszych zakamarków człowieka?
Filippo Sorcinelli: Strach jest dla mnie materią poznawczą. Otwiera na oścież drzwi do stref, które wolelibyśmy zostawić w ciemności. Od dziecka doświadczałem strachu w towarzystwie bardzo mocnych obrazów: filmów, atmosfer, monstrualnych postaci, pozornie banalnych miejsc, które nagle stawały się naładowane groźbą. Strach wytrenował moje spojrzenie, nauczył mnie, że to, co niepokojące, mieszka bardzo blisko tego, co oswojone. Pokój, ulica, dziecięca zabawka, uśmiechnięta twarz - w jednej chwili mogą pokazać zupełnie inną prawdę.
Perfum inspirowany "Tym" wyrósł właśnie z tej świadomości. King świetnie rozumie dziecinną i metafizyczną naturę strachu. Potwór przybiera kształt tego, czego boimy się najbardziej, ale źródło terroru leży w pamięci, samotności, zranionym dzieciństwie, we wspólnocie, która wybiera wyparcie. Strach staje się rodzajem archeologii duszy. W chrześcijaństwie istnieje timor Dei - bojaźń Boża - i trzeba ją rozumieć mądrze: to poczucie wielkości Boga, świadomość własnej kruchości wobec tajemnicy. Strach może nas zniszczyć, jeśli zostanie ślepy, ale może też oświecić, jeśli przez niego przejdziemy. W sztuce szukam właśnie tego przejścia. Zapach, bardziej niż inne języki, sięga stref prewerbalnych. Potrafi wydobyć na powierzchnię to, co rozum trzyma na dystans. Dlatego strach tak mnie interesuje: bo drąży, odsłania, oczyszcza.
Jakub Dybek: Rozmawiamy w świecie postsekularnym. Pan zajmuje w nim miejsce szczególne: wewnątrz Kościoła - współtworząc jego estetykę - i jednocześnie pracując dla ludzi całkowicie spoza tej instytucji. Czy Kościół zbyt mocno skupia się na tych, którzy już do niego należą?
Filippo Sorcinelli: Żyjemy w czasie, który często stracił słownik sacrum, ale nie utracił głodu absolutu. Wiele osób czuje się daleko od Kościoła instytucjonalnego, a zarazem szuka rytów, symboli, milczenia, doświadczeń przemieniających. Świat postsekularny jest pełen pytań religijnych przebranych za estetykę, wellness, sztukę, modę, performance, tożsamość. Kościół ma ogromne zasoby, żeby odpowiedzieć na ten głód, ale musi zdobyć się na odwagę mówienia językiem wysokim, prawdziwym, wcielonym. Jest prawdą, że Kościół w pierwszej kolejności ma obowiązek troszczyć się o swoich - wspólnota potrzebuje formacji, opieki, karmienia. Ale Ewangelia z natury jest ruchem na zewnątrz. Piękno liturgii, sztuka sakralna, muzyka, zapach, troska o znak mogą stać się mostami ku tym, którzy stoją daleko. Wiele osób wchodzi do kościoła najpierw oczami, potem sercem. Bywają dotknięci dźwiękiem, światłem, szatą, ciszą, zanim sformułują jakiekolwiek wyznanie wiary. Czuję, że moja praca dzieje się właśnie w tej strefie spotkania. Jestem wewnątrz kościelnego języka, a zarazem mówię do tych, którzy patrzą na Kościół z zewnątrz - z pragnieniem, dystansem, raną, ciekawością, podejrzliwością. Piękno może otworzyć dialog tam, gdzie słowa doktrynalne docierają później. W tym sensie sztuka ma funkcję misyjną: pozwala odczuć głębię, zanim się ją wyjaśni. Kościół powinien w to uwierzyć - i bardziej zaufać nam, małym narzędziom, które mu w tym pomagają.
Jakub Dybek: W 2021 roku otrzymał Pan nagrodę Papieskiego Instytutu Liturgicznego za innowacje w dziedzinie szat sakralnych. Równocześnie Kościół wyklucza osoby LGBTQ+ z wielu ról - także Pana jako część tej społeczności. Czy ten laur miał dla Pana znaczenie?
Filippo Sorcinelli: Tę konkretną nagrodę pamiętam słabo, za to bardzo dobrze pamiętam inną. 15 grudnia 2024 roku Primaria Associazione Cattolica Artistico‑Operaia di Carità Reciproca - z okazji Jubileuszu 2025, który papież poświęcił nadziei - przyznała mi tytuł "Znaku Nadziei w Sztuce". Ten gest był dla mnie ważny, bo uznawał możliwość badań liturgicznych, które są żywe, rzetelnie uczone, wierne i jednocześnie zdolne do innowacji. Liturgię traktuję śmiertelnie serio. Wymaga kompetencji, pokory, wizji, miłości do Kościoła, znajomości materii i rytu. To wyróżnienie dotknęło właśnie tego poziomu. Jeśli chodzi o kwestię LGBTQ+, mogę mówić tylko z miejsca własnego ciała, historii i tożsamości. Zawsze wnosiłem do pracy całą swoją złożoność, nawet kiedy rodziło to niezrozumienia, uproszczenia czy ideologiczne interpretacje. Kościół jest ogromną rzeczywistością: doktryną, instytucją, ludźmi, ranami, świętością, historycznymi ograniczeniami czy drogami, które wciąż są otwarte. Ja żyję tym napięciem od środka - z miłością i trzeźwością. Ta nagroda znacząco mówiła: twoja praca może zostać przyjęta ze względu na swoją artystyczną i liturgiczną prawdę. Była potwierdzeniem, ale też nową odpowiedzialnością. Moja osobista tożsamość i moje dzieło spotykają się w pytaniu: w jaki sposób piękno może wytwarzać przestrzeń, słuchanie, godność, uznanie? Odpowiadam na nie tak, jak umiem - pracą, powagą, jakością materii i wiernością temu, kim jestem.
Jakub Dybek: Mówi Pan, że zna Leona XIV od 1995 roku, gdy był jeszcze augustiańskim zakonnikiem w Tolentino. Co widzi Pan dziś w człowieku, którego znał Pan przed konklawe?
Filippo Sorcinelli: Poznaliśmy się w Tolentino, na długo przed jego wyborem. Zapamiętałem go jako człowieka miary, spokoju, stałego spojrzenia i słów ograniczonych do tego, co konieczne. Miał rozpoznawalną jakość wewnętrzną - trzeźwość, która uderzała właśnie przez brak ostentacji. Niektórzy ludzie potrafią zająć przestrzeń, nie podnosząc głosu. U niego czułem taką spokojną formę autorytetu. Widok Prevosta, już jako Leona XIV, na loggii Świętego Piotra domknął we mnie pewną linię między pamięcią, powołaniem a służbą. Papież należy dziś do wymiaru powszechnego, jego prywatność jest wzięta w posługę, która ją przekracza. Ale w sposobie patrzenia, w tym jak stoi przed światem, wciąż rozpoznaję coś z człowieka, którego spotkałem w Tolentino. Z jego wewnętrzną trzeźwością, zdolnością do skupienia i siłą, która wyraźnie wybiera powagę zamiast spektaklu. Dla kogoś, kto pracuje z szatami liturgicznymi, widok człowieka przyobleczonego w posługę Piotrową jest szczególnym doświadczeniem odpowiedzialności za znak. Szata papieża okrywa człowieka i objawia misterium. W tym momencie osoba się cofa, a znak wychodzi na pierwszy plan. Ta świadomość bardzo mnie zobowiązuje.
Jakub Dybek: Czy instytucja, dla której Pan pracuje - ten Kościół, który Pana fascynuje - prosiła kiedyś, by ukrył Pan jakiś aspekt swojej tożsamości, przekonania, fragment twórczości?
Filippo Sorcinelli: Moje doświadczenie kościelne prowadziło mnie przez środowiska bardzo różne: od bardzo otwartych po ostrożne, pełne niepokoju. Spotykałem życzliwość, rezerwę, różne wrażliwości, czasem lęk. Zawsze wybierałem przedstawianie siebie przez jakość pracy: kompetencję, powagę, znajomość rytu, troskę o materię. Moje życie artystyczne było widoczne - również w swoich częściach najbardziej radykalnych, cielesnych, mrocznych, prowokacyjnych. Instytucja ma własne języki i własny czas. Nauczyłem się poruszać w tej przestrzeni z szacunkiem, ale bez zdradzania siebie. Najważniejsze pytanie zawsze dotyczy prawdy dzieła: szata liturgiczna musi służyć rytowi, perfum - mówić o swoim źródle, fotografia - nieść ranę, z której powstaje. Osoba, która to wszystko tworzy, musi pozostać całością. Zawsze czułem, że moja praca jest miejscem, gdzie spotykają się siły bardzo różne: przynależność kościelna, wolność artystyczna, tożsamość osobista, dyscyplina rzemieślnicza, współczesna wyobraźnia. Dojrzałość polega na pozwoleniu im współistnieć bez sprowadzania ich do karykatury. Moją odpowiedzią był i pozostaje po prostu serio traktowany warsztat. Taka praca mówi mocniej niż wiele uproszczonych ocen.
Jakub Dybek: Szlachetna prostota - zasada zapisania w dokumentach Soboru Watykańskiego II - miała porządkować liturgię. Czy w kulturze, w której każdy obraz natychmiast trafia na Instagram, ten ideał nadal ma sens?
Filippo Sorcinelli: Ma, o ile rozumiemy go właściwie. Prostota liturgiczna, o której mówi Sobór, to nie redukcja, ale jasność, godność, czytelność, uczestnictwo, prawda znaku. "Szlachetna" znaczy tutaj: daleka od bylejakości i zubożenia formy. To prostota, w której porządek, konieczność, proporcja i esencjalność są nasycone sensem. Żyjemy w kulturze, która pochłania obrazy z zawrotną prędkością. Szata liturgiczna, jak każdy inny znak, może zostać wyrwana z kontekstu i zamieniona w cyfrowy fragment. To tylko podnosi rangę jakości znaku: jeśli ma podróżować, musi mieć dość wewnętrznej energii, by nie rozpaść się w tej drodze. Liturgia jednak rodzi się po to, by być przeżywana tu i teraz, we wspólnocie, w konkretnej przestrzeni. Instagram może pokazać kadr, ale nigdy nie odda rytu. Dziś szlachetna prostota wymaga nowej inteligencji wizualnej. Trzeba tworzyć znaki mocne, przejrzyste, teologicznie ugruntowane, które zdolne będą przemawiać także w rytmie współczesnej szybkości - ale nie zredukowane do sloganu. Prawdziwa prostota jest niezwykle trudna, wymaga więcej studium niż dekoracyjny nadmiar. Usuwać zbędne może tylko ten, kto bardzo dobrze zna to, co jest esencją. W tym sensie zasada Soboru jest nadal aktualna. Wzywa do piękna bardziej precyzyjnego, odpowiedzialnego i koniecznego.
Jakub Dybek: W związku z tym na koniec zapytam jak nie ulec pokusie estetyzacji pustki w świecie, który pozornie sekularyzuje się z dnia na dzień, a jednocześnie - być może nieświadomie - tęskni za czymś, co go przekracza?
Filippo Sorcinelli: Odpowiedź jest brutalnie prosta. Trzeba wrócić do substancji. Nasza epoka produkuje obrazy w ilościach nie do ogarnięcia, aranżuje atmosferę, sprzedaje przeżycia, mnoży przestrzenie odczuwania. A jednak za tym wszystkim kryje się ogromny głód duchowy. Współczesny człowiek wciąż szuka "czegoś dalej", nawet jeśli używa innych słów. Szuka intensywności, rytu, przynależności, rany, pocieszenia, formy, która odda ciało niewidzialnemu. Na artyście spoczywa w tej sytuacji wielka odpowiedzialność. Może mnożyć kolejne techniki uwodzenia, poruszając się w próżni albo spróbować przejść przez pustkę i zamienić ją w pytanie. Ja wybieram to drugie. Piękno musi mieć korzenie: studium, pamięć, ból, wiarę, materię, dyscyplinę. Musi kosztować. Dzieło stworzone wyłącznie do konsumpcji gaśnie bardzo szybko. Dzieło zrodzone z autentycznej konieczności nadal pracuje w tych, którzy je spotkali. Trzeba przywrócić rzeczom ciężar. Stworzenie perfum musi mieć głęboki powód. Szata sakralna - służyć misterium. Fotografia - ranić spojrzenie. Muzyka - otwierać przestrzeń wewnętrzną. Działanie kulturalne musi mieć wizję, inaczej jest tylko handlem przebranym w słowa. Myślę, że przyszłość należy do tych, którzy zdołają na nowo spleść piękno z sensem, materię z duchem, ciało z transcendencją. Świat rzeczywiście dryfuje ku sekularyzacji, ale jednocześnie pragnie tego, co go przekracza. W tej sprzeczności jest ogromna przestrzeń do pracy. Ja próbuję w niej pozostać całym sobą. Z organami, z tkaniną, z zapachem, z raną, z wiarą i z wolnością.
