Mój hotel mieści się w centrum Bukaresztu. Wychodząc, kieruję się w stronę Calea Victoriei. Mijam imponujący gmach Narodowego Muzeum Historii Rumunii, tuż obok widzę równie dostojny Pałac CEC. Idę jednak dalej i nagle moim oczom ukazują się zaniedbane, zabite deskami budynki. Opuszczone przez ludzi, zamieszkane już tylko przez szczury i myszy oraz polujące na nie koty. Dysonans poznawczy w obrębie centrum stolicy jest spory.
Tego jednak spodziewałem się, przylatując do Rumunii. To kraj, który, choć - podobnie zresztą jak Polska - rozwija się i prze naprzód, wciąż leczy głębokie rany, zadane mu przez niełatwą historię. Od 1965 roku rządzony był przez nieobliczalnego dyktatora Nicolae Ceaușescu i jego równie bezwzględną żonę Elenę. Małżeństwo uprawiało zręczny slalom, balansując niczym na cyrkowej linie pomiędzy Zachodem a Związkiem Radzieckim. Niebezpieczna gra pozorów doprowadziła autorytarnego przywódcę do manii prześladowczej, w wyniku której podejmował coraz bardziej niedorzeczne decyzje.
Zacznijmy jednak tę historię od początku. A ten wcale nie zwiastował wielopoziomowej katastrofy, która miała wydarzyć się w kolejnych latach.
Jest rok 1965. Po śmierci Gheorghe Gheorghiu-Deja stanowisko I sekretarza Rumuńskiej Partii Robotniczej obejmuje Ceaușescu. Natychmiast wprowadza swoich ludzi do aparatu państwowego. Szybko zmienia też nazwę partii - od teraz to Rumuńska Partia Komunistyczna. Przemianowuje również państwo, które pod jego rządami nazywać się będzie Socjalistyczna Republika Rumunii.
- Na początku swoich rządów Ceaușescu był inną osobą niż w późniejszym okresie. Tuż po objęciu władzy przeprowadził liberalizację systemu, której nie było za czasów jego poprzednika, Gheorghe Gheorghiu-Deja. Zrobił to w ramach walki o władzę, a także po to, aby zdystansować się od komunistów starego pokolenia - mówi Jakub Pieńkowski, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Nowy przywódca kupił sobie przychylność ludu. Choć był zadeklarowanym komunistą, pałał antypatią do ZSRR.
- To akurat łączyło go z Gheorghiu-Dejem. Obaj dążyli do uniezależnienia się spod zwierzchnictwa Sowietów. Ich podejście było inne niż liderów czechosłowackich czy nawet naszych, PRL-owskich - dodaje ekspert.
Zamiast do modelu sowieckiego, Ceaușescu odwoływał się chętniej do idei nacjonalizmu rumuńskiego. Kreował się na przywódcę, który ma własne zdanie i nie musi w sposób poddańczy słuchać instrukcji z Moskwy. Często demonstrował to zresztą w bardzo wyraźny sposób. Wszak Rumunia jako jedyna z państw Układu Warszawskiego wyłamała się z interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., a później wzięła udział w igrzyskach w Los Angeles w 1984 roku, które - na polecenie Moskwy - były zbojkotowane przez kraje bloku wschodniego.
Przez liderów Zachodu Ceaușescu uznawany był za niezależnego od Moskwy. Kraje Wolnego Świata widziały w nim nadzieję na normalizację stosunków ze Wschodem, nawet jeśli wewnątrz Rumunii działo się coraz gorzej. Najwyraźniej to jednak nie przeszkadzało Europejczykom, Amerykanom czy Kanadyjczykom, którzy równie często podejmowali Ceaușescu, jak i odwiedzali go w Bukareszcie.
Naocznie przekonuję się o tym w byłej rezydencji tyrana. Mieści się w północnej części miasta, mniej więcej godzinę spacerem od centrum. Zwiedzanie wnętrza odbywa się z przewodnikiem i niestety w środku nie wolno robić zdjęć. A szkoda, bo bogactwo i przepych aż zwalają z nóg!
Warto na marginesie dodać, że podobne wille znajdowały się w każdym województwie. Były utrzymywane w stanie najwyższej gotowości w razie niespodziewanej wizyty gospodarskiej.
Piękne, zdobione sypialnie, imponująca klatka schodowa, gustownie zaprojektowane korytarze, kryty ogród z egzotycznymi roślinami, basen, taras, balkony. To wszystko ze sobą współgra i zachwyca. Podobnie jak rozmieszczone tu i ówdzie prezenty i pamiątki, które Ceaușescu latami otrzymywał od zagranicznych gości. Nie brakuje podarków od królowej Elżbiety II czy prezydentów i premierów Francji, Stanów Zjednoczonych, Izraela. Część przedmiotów to jednak nie prezenty, a ordynarnie skradzione dobra. Nicolae i Elena ogołocili między innymi apartament w Paryżu.
- Tych pamiątek została niewielka część. Na początku lat 90., tuż po śmierci Ceaușescu, zorganizowano publiczną licytację i można było kupić przeróżne fanty - uświadamia mi mój rozmówca. Aż strach pomyśleć, ile drogocennych prezentów musiało znajdować się w tym domu za czasów świetności Ceaușescu!
Rumuńska dualna polityka z czasem coraz mocniej irytowała Sowietów. Moskwa uznawała Europę Wschodnią za wyłączną strefę wpływów, tymczasem Bukareszt utrzymywał wysoką dynamikę relacji dyplomatycznych na kierunku zachodnim - pomimo tego, że Ceaușescu pozostawał zatwardziałym komunistą. Despota, nie chcąc narazić się na zbyt daleko idący konflikt z ZSRR, musiał dać towarzyszom coś w zamian za autonomię.
I dał. Korzystając przy tym z naiwności Zachodu.
- Poprowadził skomplikowaną i ryzykowną grę, starając się balansować pomiędzy Zachodem a ZSRR. Jako że przez kraje kapitalistyczne długo był uważany za oświeconego komunistę, dostawał od nich lepsze technologie i patenty. Następnie, w ramach spłaty swoich zobowiązań, przekazywał je w tajemnicy towarzyszom radzieckim. Blok wschodni potrzebował technologii, ale dostęp do nich był bardzo utrudniony. Ceaușescu wystąpił więc w roli wentyla bezpieczeństwa, na którego nabrał się Zachód, wierząc, że przywódca Rumunii jest liderem niezależnym od Moskwy, prezentującym swój sprzeciw, więc warto go wspierać - wyjaśnia Pieńkowski.
Szach mat.
Ceaușescu, który wraz z upływem lat coraz mocniej wierzył w swoje wręcz nadludzkie zdolności przywódcze, rozwijał politykę zagraniczną również w innych rejonach świata. Interesowały go Afryka i Azja.
- Rumunia miała wiele do zaoferowania krajom, które niedawno wyszły z kolonializmu. Przede wszystkim były to stypendia dla studentów, a także różnego rodzaju pomoc materialna i technologiczna. W zamian Rumunia pozyskiwała produkty spożywcze, za które w przeciwnym razie musiałaby płacić dolarami na rynkach międzynarodowych. Dzięki takiej polityce przez pewien czas rządów Ceaușescu rumuńskie sklepy były naprawdę nieźle zaopatrzone. Można było bez problemu kupić kawę czy czekoladę - podkreśla analityk PISM.
Szczególną fascynacją rumuński dyktator darzył jednak Chiny i Koreę Północną. Podczas podróży do tych dwóch krajów niezwykle silnie zainteresował go tamtejszy kult jednostki. Z niekłamanym podziwem patrzył na tłumy wiwatujące na cześć odpowiednio Mao Zedonga i Kim Ir Sena. Zdawał się nie zauważać, że to, co ogląda, to skrzętnie przygotowany spektakl obliczony na efekt propagandowy.
Po powrocie do Rumunii zapragnął zaszczepić ten rodzaj fanatyzmu w swoim narodzie. Kult jednostki nie ograniczył się jednak wyłącznie do Nicolae - równoległą pozycję zbudowała sobie Elena.
W bukaresztańskiej rezydencji daje się zauważyć, że była ona nie tylko żoną przywódcy. Choć nie miała formalnego zakresu obowiązków w państwie, wywierała przemożny wpływ na jego funkcjonowanie. Uczestniczyła w rozmowach, naradach, spotkaniach, a część spraw i projektów nadzorowała osobiście.
- Często mówi się o samym Ceaușescu, natomiast w rzeczywistości Rumunią rządził duet: Nicolae i Elena. Była ona kimś znacznie więcej niż tylko pierwszą damą, miała realny wpływ na politykę. Koordynowała między innymi działania służb specjalnych - podkreśla Jakub Pieńkowski.
Podobnie jak Nicolae, tak i Elena przejawiała wielką próżność. Korzystając z zasobów państwowych, zaspokajała swoje ambicje.
- Elena kreowała samą siebie na wielką chemiczkę, choć nie ukończyła nawet szkoły podstawowej. Uwielbiała, kiedy mówiono na nią: "uczona". Służby rumuńskie, chcąc zaspokoić jej próżność, kupowały badania prowadzone przez prawdziwych naukowców, pod którymi pierwsza dama tylko się podpisywała. Załatwiono jej także doktoraty honoris causa na wielu uczelniach, w tym zachodnich - mówi Pieńkowski.
Jednym z programów, którymi osobiście zajmowała się Elena Ceaușescu, był ten zmierzający do zwiększenia rumuńskiej populacji, a co za tym idzie - wagi i prestiżu państwa na arenie międzynarodowej. Kiedy centralnie sterowana gospodarka, oparta na przemyśle ciężkim i przestarzałych technologiach, ciągnęła kraj w stronę finansowej katastrofy, dyktatorskie małżeństwo wpadło na pewien pomysł.
Remedium na wszelkie problemy miało być zwiększenie liczby ludności do 30 milionów. Z dnia na dzień zakazano więc antykoncepcji i aborcji i nakazano Rumunom rozmnażać się. W zakładach pracy wprowadzono obowiązkowe badania ginekologiczne, a sam Nicolae Ceaușescu forsował tezę, zgodnie z którą kobieta do 45. roku życia powinna urodzić pięcioro dzieci.
- Ten pomysł przekształcił się z czasem w prawdziwą obsesję Eleny, której Nicolae się podporządkował. Doprowadziło to do szeregu tragedii, przede wszystkim narodzin masy niechcianych dzieci, które były następnie porzucane. Trafiały one do państwowych sierocińców, w których panowały katastrofalne warunki - opowiada Pieńkowski.
Sierocińce przypominały umieralnie dla dzieci. Często znajdowały się w obskurnych piwnicach, a panujące w nich warunki przypominały dom strachów. Do jednego z takich miejsc w 1990 roku dotarła brytyjska wolontariuszka Monica McDaid. W rozmowie z BBC przekazała, że dzieci leżały tam całymi dniami bez opieki. Niektóre z nich nie opuściły pomieszczenia przez kilka lat. - Były takie, które nigdy nie widziały światła słonecznego - relacjonowała McDaid.
Po śmierci Ceaușescu na jaw wyszedł przerażający proceder. Okazało się, że rumuński aparat państwowy, za wiedzą i zgodą pary prezydenckiej, sprzedawał dzieci na Zachód. Intencji kupców można się tylko domyślać...
- Nicolae i Elena doczekali się trojga dzieci. Chętnie z tego korzystali, podkreślając, że to wzorcowe minimum, które rumuńskie rodziny powinny naśladować - konkluduje analityk PISM.
W latach 80. Ceaușescu coraz mocniej tracił kontakt z rzeczywistością. Jego mania prześladowcza nasilała się z każdym dniem, dyktator bał się zamachu na swoje życie. W kraju tymczasem panowała straszliwa bieda, ludzie z trudem wiązali koniec z końcem, brakowało prądu i ogrzewania.
Rumunia chwiała się na nogach, a co gorsza - nie miał jej kto pomóc. Ceaușescu wyeliminował bowiem wcześniej wszystkich, którzy w jakiś sposób wybijali się w partii ponad przeciętność. Uważał ich za zagrożenie dla ciągłości swojej władzy i wychodził z założenia, że należy się ich pozbyć poprzez przesunięcie na podrzędne stanowiska. W konsekwencji otoczył się miałkimi klakierami, którzy przyklaskiwali mu z obawy o własne stanowiska. Brakowało sprawnych polityków.
Pogłębiający się kryzys, a jednocześnie rosnąca społeczna świadomość na temat okrucieństwa reżimu doprowadziły do rewolucji. Ta wybuchła 16 grudnia 1989 roku w Timiszoarze i po sześciu dniach rozlała się na cały kraj, gdy w Bukareszcie zorganizowano wiec poparcia dla Ceaușescu. Przekształcił się on w szturm na Komitet Centralny, z balkonu którego Nicolae miał przemówić do tłumu. Przywódca wraz z żoną, widząc, co się dzieje, uciekli z gmachu helikopterem, ale jeszcze tego samego dnia zostali aresztowani przez wojsko w pobliżu miejscowości Târgoviște.
25 grudnia 1989 roku para prezydencka stanęła przed sądem wojskowym. Proces był improwizowany i potrwał niecałą godzinę. Prokurator wojskowy zarzucił małżeństwu m.in. ludobójstwo (liczbę ofiar oszacowano na 64 tysiące osób) i nielegalne gromadzenie bogactwa. Wyrok: kara śmierci dla obojga.
Ostatnim życzeniem Nicolae i Eleny było umrzeć razem. Parze związano więc ręce, a dyktator zaintonował "Międzynarodówkę". Chwilę później rozbrzmiał huk wystrzelonej serii z broni automatycznej.
Oboje byli martwi.
Droga do demokracji była jednak jeszcze daleka. Władzę przejęli komuniści drugiego szeregu z Ionem Iliescu na czele. Kraj zaczął demokratyzować się dopiero po wygraniu wyborów prezydenckich przez Emila Constantinescu w 1996 roku.
Przebudowa kraju, jako się rzekło, trwa do dzisiaj. Wydawać by się mogło, że okres rządów Ceaușescu to koszmar, o którym Rumuni nie chcą pamiętać. Przeprowadzone w 2025 roku przez INSCOP Research badania zadają jednak kłam takiej teorii. Jak czytamy w opracowaniu - aż 66% respondentów uznało Ceaușescu za dobrego przywódcę.
Przywołuję te szokujące statystyki w rozmowie z Jakubem Pieńkowskim. Ten nie jest tak zdziwiony, jak ja.
- Przeszłość zawsze się idealizuje. Gdybyśmy spojrzeli na badania dotyczące Polski, wyszłoby na to, że PRL wcale nie był taki zły. Co więcej - w Niemczech dowiedzielibyśmy się, że Hitler był całkiem w porządku aż do momentu wybuchu wojny, bo zbudował autostrady i zlikwidował bezrobocie. To też objawia się we Włoszech, gdzie wciąż daje się odczuć tęsknotę za Mussolinim, który rozwinął Włochy i sprawił, że po dziesięcioleciach chaosu pociągi zaczęły jeździć punktualnie. Istnieje zatem tendencja typowa dla ludzkiego umysłu, że wypiera się z pamięci rzeczy złe, a zapamiętuje albo nawet kreuje w myślach to, co dobre. Ponadto dochodzi zwykła tęsknota za młodością - mówi ekspert.
- Pokutuje myślenie, że wówczas Rumunia była ważnym i szanownym krajem, bo Ceaușescu jeździł po całym świecie i spotykał się z przywódcami. I nawet jeśli było biednie, to przynajmniej kraj sam o sobie stanowił, a młodzi nie wyjeżdżali za granicę. Nie wyjeżdżali, bo nie mogli, ale to już wielu ludziom umyka. Jeśli popatrzymy na prawą stronę polskiej sceny politycznej, zauważymy wiele analogii pomiędzy nami a Rumunią. Narracja jest podobna: kraj jest wyprzedany, rządzi nami Bruksela, panuje rozprężenie moralne - dodaje Pieńkowski.
***
Nawet jeśli 2/3 Rumunów uważa Ceaușescu za dobrego przywódcę, na bukaresztańskim cmentarzu Ghencea tego nie dostrzegam. Grób dyktatora jest pusty, pozbawiony zniczy i kwiatów. Podobno nie zawsze tak to wygląda, ale ja trafiam na akurat taki wymowny obraz.
Wokół krzątają się rodziny odwiedzające swoich bliskich. Niektórzy z dziećmi, niektórzy bez dzieci. Bo mogą.