W wietnamskim Mỹ Sơn, na początku lat osiemdziesiątych powietrze było ciężkie od wilgoci. Pośród dżungli wznosiły się wieże zrujnowanych czamskich świątyń, w większość wzniesionych przez wyznawców hinduizmu. Ciszę przerywał nie tylko śpiew ptaków, lecz także rytmiczny stukot narzędzi konserwatorskich.
Wśród ruin pracował rosły, brodaty mężczyzna. Palił najtańsze wietnamskie papierosy, jego strojem roboczym w tropikalnych temperaturach bywała wyłącznie bielizna, w Polsce tęskniła za nim żona i trójka dzieci. Wciąż pochłonięty inwentaryzacją i dokumentacją zniszczonych budowli, potrafił pracować bez wytchnienia. Polski architekt, Kazimierz Kwiatkowski, wiedział już wtedy, że stawką jego pracy nie jest jedynie ratowanie zabytków, lecz ocalenie pamięci zaginionego królestwa Czampy, którego restaurowanie stało się nie tylko dziełem życia, ale i prawdziwą obsesją.
Gdy jako członek misji konserwatorskiej trafił do wietnamskiego Mỹ Sơn, sanktuarium było niemal doszczętnie zrujnowane. Amerykańskie bombowce B-52 w ciągu tygodnia zamieniły jeden z najcenniejszych zespołów architektury Azji Południowo-Wschodniej w pole ruin. Ceglane wieże, wznoszone bez tradycyjnej zaprawy, nie wytrzymały fali uderzeniowej. Cegły wypadały ze starożytnych murów, a wiekowe konstrukcje rozpadały się na tysiące fragmentów. W ziemi pozostały dziesiątki kraterów, niewybuchy i miny. Osiem osób z polsko-wietnamskiej misji zginęło podczas prac na tym terenie.
Dla Wietnamczyków zawsze był Kazikiem, tak mówią zresztą o nim do dziś. - Dla nas to jest po prostu "Kazik". Był żywym symbolem przyjaźni między Wietnamem i Polską i jest wciąż bardzo znaną postacią wśród Wietnamczyków" - deklaruje w rozmowie Ambasador Wietnamu w Polsce, pan Ha Hoang Hai.
Kazik pochodził z Lubelszczyzny. Jego talent do rysunku i fascynacja architekturą zaprowadziły go na Politechnikę Krakowską i pracy w Państwowym Przedsiębiorstwie Pracowni Konserwacji Zabytków w Lublinie. Kiedy w 1981 roku przyjechał do Wietnamu, nikt nie przypuszczał, że misja, której się podjął, potrwa 17 lat i uczyni go bohaterem narodowym kraju oddalonego o tysiące kilometrów od Polski.
Nazywano go "Człowiekiem z dżungli". Mimo nalegań miejscowych władz, unikał wygód hoteli i dojazdu Jeepem na miejsce pracy. Najpierw mieszkał w bambusowej chacie tuż obok sanktuarium, później w jednej z odrestaurowanych wież w ruinach Mỹ Sơn. Przyległo też do niego przezwisko "Znachor", z powodu uderzającego podobieństwa do głównego bohatera popularnego wówczas nie tylko w Polsce, lecz także w Wietnamie, filmu Jerzego Hoffmana.
Gdy Kazik rozpoczynał swoją misję, Wietnam był krajem wycieńczonym przez wieloletnie konflikty zbrojne. Zabytki centralnego regionu znajdowały się w opłakanym stanie. Brakowało wszystkiego, a zwłaszcza pieniędzy, specjalistycznego sprzętu i nowoczesnych materiałów konserwatorskich. Kazik musiał więc stać się nie tylko architektem, ale i dyplomatą, który wywalczy fundusze od międzynarodowych organizacji, takich jak Towarzystwo Przyjaciół Kultury Czamów ze Stuttgartu. - Był podobny do rycerza, który przyszedł, aby pomagać (...) gdyby nie jego wielka wiedza z obszaru ochrony zabytków, którą nam przekazał (...) nie wiedzielibyśmy, co to jest konserwacja zabytków - wspomina w dokumencie "Polski Bohater Wietnamu" Phung Phu, były dyrektor Centrum Ochrony Zabytków Hue.
W Mỹ Sơn Kazik stosował technikę ponownego, żmudnego montażu zrujnowanych wież z oryginalnych cegieł znalezionych na miejscu. Zespół skrupulatnie zbierał każdy odłamek, relief czy dekoracyjny filar. Nie stosowano z pozoru najprostszego dla miejscowych rozwiązania, czyli cementu, prowadzono natomiast badania chemiczne, by odtworzyć tradycyjne spoiwa stosowane wieki wcześniej przez Czamów. Pozostawiona przez Kwiatkowskiego dokumentacja to tysiące stron rysunków i analiz krok po kroku dokumentujących cały proces.
Kwiatkowski w swojej pracy kierował się rygorystycznymi zasadami polskiej szkoły konserwacji. Zamiast dokonywać pełnych rekonstrukcji, które mogłyby sfałszować historię, dążył do zachowania autentyczności zabytku w formie tzw. trwałej ruiny lub stanu, w jakim go zastał. Był to wybór trudny, ale Kazik podkreślał i uczył miejscowych, że szacunek dla oryginalnej substancji jest ważniejszy niż estetyczny efekt nowości.
Codzienność Kazika była nie tylko hartowaniem ducha w morderczym klimacie tropików. Architekt trzykrotnie chorował na malarię, a mimo to nie przerywał pracy. Jego relacja z wietnamskimi robotnikami opierała się na głębokim zaufaniu i wzajemnym szacunku. Żył skromnie, jadł to samo co oni i uczył ich rzemiosła bezpośrednio na placu budowy. Współpracujące z nim w tym czasie osoby mówią zgodnie, że był po prostu szczerym, prostolinijnym człowiekiem.
W 1994 roku do Kwiatkowskiego dołączył jego starszy syn Bartłomiej, dziś profesor i Kierownik Katedry Architektury Współczesnej Politechniki Lubelskiej. W radiowym reportażu Moniki Niedziałek "Wietnam szlakiem Kazika" wyemitowanego w Polskim Radiu Lublin* wspomina, że warunki pracy nie były lekkie. W dżungli nieopodal Mỹ Sơn tygrysy i jadowite węże czaiły się w cieniu ruin, czyhając na życie pracujących w okolicy ludzi, ziemia kryła niewybuchy, a pod progiem jednej ze świątyń robotnicy odkryli warte krocie antyczne naczynia ze złota.
Kazik mógł pozwolić sobie na pracę, którą bliscy nazywają dziś wielką przygodą, bo w Polsce ktoś inny brał na siebie ciężar codzienności. Jego żona, Wieńczysława Kwiatkowska, rozmowę dotyczącą wyjazdu męża wspomina krótko: - No to jedź - powiedziałam. - No to pojechał. I został.
W rodzinie nie ma wątpliwości, że bez tej cichej zgody na nieobecność, jego historia wyglądałaby inaczej. - Wielką zasługę w osiągnięciach taty ma moja mama, która dzielnie zostawała w Polsce i zajmowała się trójką dzieci. Może dlatego my nie odczuwaliśmy tak bardzo deficytu ojca - mówi Mateusz, młodszy syn Kazika.
Być może jednym z najbardziej dramatycznych momentów w karierze Kazika była batalia o ocalenie Hội An. Dziś to perła turystyczna środkowego Wietnamu, nazywana "Miastem Lampionów", jednak w latach 80. Była zapomnianym, zmurszałym miasteczkiem. Kazik trafił tu przypadkiem. Chciał po prostu wykąpać się w morzu. Zachwyciła go zrujnowana miejscowość, bo intuicyjnej czuł, że kryje ona w sobie coś więcej. Zapytał urzędników, czy mogą pokazać mu, co znajduje się w okolicy - podobno już po godzinie zaczął rysować unikalne detale architektoniczne i zachwycać się przeznaczonymi do rozbiórki, na wpół zrujnowanymi, zabudowaniami.
Lokalne komunistyczne władze widziały w Hội An jedynie relikt feudalnej i kolonialnej przeszłości, planując wyburzenie drewnianej zabudowy pod nowoczesne bloki mieszkalne. - Żelbetowe nowe miasto było już wyrysowane na planach - wspomina Bartłomiej Kwiatkowski. Jego ojciec otwarcie sprzeciwił się lokalnym władzom, które miały plan zburzenia starych domów.
Broniąc starych budynków, w architekturze których mieszały się wpływy chińskie, japońskie, portugalskie i hiszpańskie, konserwator użył argumentu, który trafił do wyobraźni władz: - Dajcie mi dwa takie domy i budżet na renowację, a sprawię, że Hội An przyniesie wam bogactwo - miał powiedzieć. Przewidział, że to właśnie autentyczność i unikalność zabudowy stanie się w przyszłości żyłą złota dla tutejszej turystyki. Dzięki jego uporowi to miejsce nie tylko przetrwało, ale zostało objęte ochroną prawną, co końcem lat dziewięćdziesiątych utorowało drogę do wpisu na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
To właśnie tam, spacerując przez centrum miasteczka, trafia się na skwer zwany przez miejscowych "Parkiem Kazika". Pomnik przedstawiający kamienne popiersie jest centralnym punktem tego miejsca. Od śmierci Kwiatkowskiego minęło ponad ćwierć wieku, a mieszkańcy miasta każdego dnia kładą tu świeże kwiaty i palą kadzidła, oddając hołd człowiekowi z dalekiej Polski i entuzjastycznie reagują na informację, że pochodzi się z jego kraju.
W połowie lat 90. Kazik przeniósł się do Huế, dawnej stolicy cesarskiej, by ratować zniszczone Zakazane Purpurowe Miasto. Pracował nad renowacją świątyni Thế Miếu i pawilonu Tả Vu, korzystając z funduszy pochodzących z polskiego umorzenia długu dla Wietnamu. Pracował tak jak zawsze: intensywnie, bez odpoczynku, ignorując postępujące wycieńczenie organizmu.
19 marca 1997 roku w Huế serce Kazika przestało bić. Zmarł nagle, na zawał, w wieku 52 lat, tuż przed ukończeniem kolejnego etapu prac.
Wietnam pożegnał go z honorami godnymi wysokich urzędników państwowych. Sarkofag z ciałem wystawiono w Sali Mandarynów w Zakazanym Mieście, a w uroczystym kondukcie ulicami Huế przeszło tysiące ludzi. Architekt Hoang Dao Kinh powiedział wówczas: "Kazik pomógł nam uratować nasze zabytki, ale nikt z nas nie zdołał uratować Kazika".
- Śmierć przyszła nagle, a wpływ ojca na nasze życie był tak duży, że my bardzo długo przeżywaliśmy żałobę. Myślę, że moja mama z tej żałoby nigdy nie wyszła i dla niej życie się skończyło z jego śmiercią. Planów było jeszcze tak dużo. Z tego, co tata mi opowiadał, miał zostać ambasadorem Polski w Wietnamie. W perspektywie mieli się tam z mamą przeprowadzić - wspomina młodszy syn Kwiatkowskiego, Mateusz.
Dziedzictwo Kazika jest dziś fundamentem wietnamskiej gospodarki turystycznej. To dzięki jego staraniom Kompleks Zabytków Huế, Stare Miasto Hội An oraz Sanktuarium Mỹ Sơn w latach 90. trafiły na listę UNESCO. Region, który kiedyś był jednym z najbiedniejszych w Wietnamie, stał się jedną z najpopularniejszych turystycznych atrakcji w kraju, przyciągając miliony turystów rocznie i generując setki milionów dolarów (Stare Miasto w Hội An 215 mln, Hue 494 mln, a sanktuarium Mỹ Sơn 3 mln USD).
W listopadzie 2025 roku, w 75. rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Wietnamem, profesor Bartłomiej Kwiatkowski odebrał w imieniu ojca nadany przez prezydenta Wietnamu Order Przyjaźni. Ambasador Wietnamu w Polsce pan Ha Hoang Hai podkreślał wtedy: -To jest najwyższy order nadany cudzoziemcowi przez państwo wietnamskie (...) Żaden order nie odzwierciedli jednak tego, co Kazimierz Kwiatkowski zrobił, bo dziedzictwo, które zostawił dla Wietnamu jest bezcenne.
Dziś w Mỹ Sơn znów jest cicho. Dżungla nieco się cofnęła, ścieżki codziennie od nowa wydeptują turyści, ceglane wieże wciąż trwają. Każda z nich nosi ślady historii i pasji człowieka z dalekiego kraju, który oddał temu miejscu całe swoje życie.
* wszystkie cytaty członków rodziny Kazimierza Kwiatkowskiego zawarte w powyższym tekście pochodzą z tego materiału.