Weterynarze z depresją. "Zawód w 60 proc. przyczynił się do mojej choroby"

Aleksandra Cieślik

Aleksandra Cieślik

Reporter PolandEast News

Zawód w 60 proc. przyczynił się do mojej choroby. Z wiekiem coraz trudniej radzę sobie z pracą. W gabinecie "nie możemy" pokazać emocji, a często przejmujemy jeszcze uczucia właścicieli - strach, bezradność, smutek. Do tej pory wykonałam kilkadziesiąt eutanazji. Wciąż pamiętam pierwszego pacjenta i ten ogromny lęk - mówi Edyta. Lekarzem weterynarii jest ponad 20 lat. Z depresją walczy od 15.

"W gabinecie nie możemy pokazać emocji"

Mam czworo dzieci. Po każdej ciąży miałam depresje poporodowe. Ostatni epizod trwał dłużej. Nie byłam w stanie wstać z łóżka, umyć zębów. Siedziałam w ciemności. Moja choroba wynika też z dążenia do perfekcyjności. Chciałabym, by każdy właściciel postępował wedle moich zaleceń. Bywa różnie. To mnie frustruje. Dodatkowo, lekarze weterynarii konkurują ze sobą. Wciąż musimy się dokształcać, poszerzać wiedzę, doposażać gabinety. Bardzo łatwo o efekt kuli śnieżnej.

"Bądź twardy, daj radę, zaciśnij zęby"

Jaką pomoc w Wielkiej Brytanii uzyska weterynarz z depresją?

Przyszła do mnie pani z dwoma kilkunastoletnimi, ale zdrowymi kotami. Chciała je uśpić, bo mama zmarła, a one sikają w mieszkaniu i "cierpią". Nie jesteśmy sklepem świadczącym eutanazję na życzenie. Pomimo długich przekonywań, wzięła koty do innej kliniki, "bo tam ktoś to zrobi". Nie wiem, gdzie są i myślę, że już zawsze będę o tym pamiętać. Takie historie ma na koncie każdy lekarz weterynarii.

Sztuka odpuszczania

INTERIA.PL
decoration