6 czerwca 1944 roku rozpoczęła się operacja Overlord, aliancka inwazja na okupowaną przez III Rzeszę Europę Zachodnią. Tego dnia na wybrzeżu Normandii wylądowało około 150-156 tysięcy żołnierzy alianckich, głównie z USA, Wielkiej Brytanii i Kanady. Desant objął pas wybrzeża liczący około 80 kilometrów, podzielony na pięć słynnych sektorów: Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword. Operacja angażowała tysiące okrętów, samolotów i pojazdów, stając się największą operacją morsko-powietrzno-lądową w historii, a samo lądowanie przeszło do historii jako D-Day.
Pomimo złych warunków pogodowych i zaciętego oporu jednostek niemieckich operacje zakończyły się sukcesem. Wieczorem 6 czerwca 1944 roku alianci zdobyli przyczółek na wszystkich pięciu plażach.
Żeby jednak wyobrazić sobie, jak bardzo szeroko zakrojona była to akcja i z czym zmagali się żołnierze sił alianckich, trzeba przyjechać do Arromanches i zobaczyć przypływ na tutejszej plaży, stanąć na 30-metrowych klifach Pointe du Hoc i przekonać się jak trudne musiały być do zdobycia oraz odwiedzić tutejsze cmentarze, które pokazują ogrom poświęcenia.
Poranek 6 czerwca 1944 w Normandii był wyjątkowo gorący
Dla tysięcy młodych żołnierzy alianckich świt 6 czerwca 1944 roku był momentem, który wielu z nich nazwało przejściem do piekła. Większość z nich miała około 20 lat i nigdy wcześniej nie uczestniczyła w tak wielkiej operacji wojskowej. W ciasnych barkach desantowych, miotanych falami kanału La Manche, wielu zmagało się nie tylko z chorobą morską, lecz przede wszystkim z paraliżującym strachem. Żołnierze wspominali później ciszę przerywaną hukiem artylerii oraz charakterystyczny dźwięk kul uderzających w metalowe rampy barek jeszcze przed ich otwarciem. Wiedzieli, że po opuszczeniu rampy znajdą się pod ogniem niemieckich karabinów maszynowych.
"Kiedy nasza łódź dotknęła piasku i opuszczono rampę - wspomina szeregowy Harry Parley z 16 Pułku 1 Dywizji - znalazłem się w piekle". Łodzie po obu stronach były ostrzeliwane z dział. Niektóre stawały w ogniu, inne tonęły. 'Postanowiłem na to nie patrzeć i skupiłem się na schodzeniu po rampie za innymi, a potem skoku do wody'. Natychmiast jednak zaczął iść na dno. 'Nie mogłem wydostać się na powierzchnię. Wiedziałem, że tonę, i czyniłem daremne wysiłki, żeby odpiąć szelki miotacza'. Nagle kolega chwycił miotacz płomieni i pociągnął Parleya do przodu, do miejsca, gdzie mógł stanąć o własnych siłach. 'Wtedy, podtopiony, krztusząc się wodą, odzyskałem grunt pod nogami i zacząłem iść w kierunku tego pandemonium, które widziałem przed sobą'" - Stephen E. Ambrose "D-Day. 6 czerwca 1944: Przełomowa bitwa II wojny światowej" (wyd. Magnum, 1999 r.).
Najbardziej dramatyczne sceny rozegrały się na plaży Omaha, gdzie amerykańskie oddziały trafiły na wyjątkowo silny opór niemiecki. Wysokie klify, dobrze ukryte bunkry i pola minowe zamieniły plażę w śmiertelną pułapkę. Wielu żołnierzy ginęło jeszcze w wodzie, obciążonych sprzętem i trafionych, zanim dotarli do brzegu. Inni tonęli, próbując wydostać się z zalanych barek desantowych. Świadkowie opisywali morze zabarwione krwią oraz chaos rannych i martwych ciał unoszących się przy brzegu. Omaha szybko zyskała opinię "krwawej plaży" całej operacji Overlord.
Dokładna liczba ofiar Omaha Beach pozostaje przedmiotem dyskusji historyków. Najczęściej podaje się około 2400 amerykańskich strat - obejmujących zabitych, rannych i zaginionych - choć część badaczy uważa, że rzeczywista liczba mogła przekroczyć 4000. Całkowite straty alianckie podczas D-Day szacuje się na ponad 10 tysięcy ludzi, z czego około 4400 stanowili polegli.
Mimo dramatycznych strat alianci zdołali utrzymać przyczółki dzięki determinacji żołnierzy i ogromnej przewadze organizacyjnej. Operacja Overlord była bowiem nie tylko bitwą, lecz także gigantycznym przedsięwzięciem logistycznym. Każda fala desantu wymagała idealnej synchronizacji okrętów, lotnictwa, artylerii i transportów zaopatrzenia. Historycy podkreślają, że sukces operacji zależał równie mocno od inżynierów i logistyków, jak od piechoty szturmującej plaże.
Kluczową rolę odegrały również oddziały powietrznodesantowe. W nocy z 5 na 6 czerwca tysiące alianckich spadochroniarzy zostało zrzuconych za liniami niemieckimi. Wielu lądowało daleko od wyznaczonych stref, często w zalanych bagnach lub wprost pod ostrzałem przeciwnika. Chaos był ogromny - żołnierze gubili wyposażenie, rozpraszali się po normandzkich żywopłotach i próbowali odnaleźć swoje jednostki w całkowitej ciemności. Mimo to wykonali najważniejsze zadania: wysadzali mosty, przejmowali drogi i dezorganizowali niemiecką komunikację, uniemożliwiając szybki kontratak Wehrmachtu.
"Dla tych, którzy przeżyli ostrzał przeciwlotniczy, problemem stały się normandzkie żywopłoty. Otoczone nimi pola były bardzo małe i nie pozwalały na sprawne lądowanie. Co gorsza, krzewy były znacznie wyższe, niż się spodziewano. (Stanowiło to jeden z największych błędów alianckiego wywiadu. Jak powiedział sierżant Zane Schlemmer z "osiemdziesiątej drugiej": "Nikt nie poinformował nas o wysokości francuskich żywopłotów. Powiedziano nam oczywiście, że spotkamy ich wiele w Normandii, ale sądziliśmy, że będą podobne do angielskich, czyli niskich ogrodzeń, które może przeskoczyć lis".⁵²) Żywopłoty w Normandii sięgają sto osiemdziesięciu centymetrów albo wyżej i są nie do przebycia. Biegnące między nimi drogi przypominają wąwozy i dzięki nim Niemcy mieli jakby całe kilometry gotowych ukryć" - Stephen E. Ambrose "D-Day. 6 czerwca 1944".
O żywopłotach wspominał też inny z uczestników tamtych walk porucznika Ernest Vincent Helms, który pisał w swoim dzienniku:
"13 czerwca 1944, Isigny-sur-Mer, D+7
Te żywopłoty to najstraszniejsza przeszkoda, z jaką kiedykolwiek się zmierzyliśmy. Przecinają krajobraz co 50 do 100 jardów we wszystkich kierunkach. Nie sposób zobaczyć dalej ani przez nie. Snajperzy z potężnymi lunetami celowniczymi wciągają cię w swoje stanowiska i jak dotąd ich skuteczność jest bliska 100%. Niemieckie oddziały bazooki przesiadują w tych żywopłotach z wyrzutnią rakiet podobną do naszej (ale 105 mm). Kiedy czołg zbliża się na odległość 100 jardów, to jest prawie jak kurtyna" - Dziennik porucznika Ernesta Vincenta Helmsa z D-Day (https://www.welovenormandy.com/single-post/d-day-diary)
Szczególną sławę zdobyły amerykańskie dywizje spadochronowe 82. i 101. oraz brytyjska 6. Dywizja Powietrznodesantowa. To właśnie brytyjscy żołnierze szybowcowi zdobyli strategiczny most Pegasus Bridge, uznawany dziś za jeden z najbardziej spektakularnych epizodów całej inwazji. Operacje powietrznodesantowe były niezwykle ryzykowne, ale bez nich alianci mogliby zostać zepchnięci z plaż jeszcze pierwszego dnia walk.
Alianci posiadali również miażdżącą przewagę technologiczną i lotniczą. Nad Normandią operowało około 12 tysięcy alianckich samolotów, podczas gdy niemiecka Luftwaffe była w stanie wystawić jedynie niewielką część swoich sił - według wielu źródeł około 150 maszyn zdolnych do aktywnego wsparcia frontu w dniu inwazji. Dominacja w powietrzu pozwalała bombardować niemieckie pozycje, osłaniać flotę desantową i utrudniać ruch wojsk niemieckich w głębi Francji.
"Porucznik Ralph De Weese z "pięćset ósmego" wylądował na plecach w wodzie o głębokości metra. Zanim zdążył uwolnić się z uprzęży, wiatr wydął spadochron, który zaczął go ciągnąć. Mając na brzuchu ciężki sprzęt (zapasowy spadochron, karabin, minę i rację polową), chłopak nie mógł się odwrócić. Liny okręciły mu się wokół hełmu, ten zaś przypięty był pod brodą paskiem, więc De Weese nie mógł go zrzucić. Jego głowa znalazła się pod wodą. Spadochron ciągnął go tak przez kilka metrów. "Kilkakrotnie myślałem, że to nie ma sensu, już postanawiałem otworzyć usta i utopić się, ale za każdym razem wiatr trochę ustawał, tak że mogłem wystawić głowę nad wodę i zaczerpnąć powietrza. Musiałem napić się dużo wody, bo przez następne dwa dni w ogóle nie odczuwałem pragnienia". Resztką sił wyjął nóż i przeciął szelki. "Nad moją głową świstały pociski karabinowe, ale nie przejmowałem się tym, ponieważ w tamtej chwili było mi już wszystko jedno". - Stephen E. Ambrose "D-Day. 6 czerwca 1944".
Jednym z największych wyzwań po udanym lądowaniu było jednak utrzymanie ciągłości dostaw. Alianci wiedzieli, że bez głębokowodnych portów nie będą w stanie przerzucić do Francji milionów ton zaopatrzenia potrzebnego do dalszej ofensywy. Rozwiązaniem okazały się sztuczne porty Mulberry - jedno z najbardziej niezwykłych osiągnięć inżynieryjnych II wojny światowej.
Ogromne betonowe elementy portów zostały zbudowane w Wielkiej Brytanii, a następnie przetransportowane przez kanał La Manche i zmontowane u wybrzeży Normandii. Konstrukcje zaczęły działać zaledwie kilkanaście dni po lądowaniu. Szczególnie ważny okazał się port Mulberry B w Arromanches, który przez wiele miesięcy umożliwiał rozładunek ludzi, pojazdów i amunicji. Według danych historycznych przez sztuczny port przeszło ponad 2,5 miliona żołnierzy, około 500 tysięcy pojazdów oraz blisko 4 miliony ton zaopatrzenia.
Przejmująca cisza na plaży Omaha
Kiedy kilka lat temu wpadła w moje ręce książka Stephena E. Ambrose "D-Day. 6 czerwca 1944: Przełomowa bitwa II wojny światowej", pomyślałam, że koniecznie muszę kiedyś przekonać się, jak w tych sennych francuskich miasteczkach, możliwe było przeprowadzenie takiej operacji logistycznej. Wreszcie nadarzyła się okazja i z rodziną przyjechaliśmy do Normandii, by na własne oczy zobaczyć miejsca, w których rozstrzygnęły się losy II wojny światowej. Pierwszym punktem naszej podróży było Arromanches (plaża Gold). Widzieliśmy pozostałości konstrukcji mostów Mulberry. Ogromne, żelbetowe bloki, które po zatopieniu tworzyły falochron, wyzierają z morza tuż przy brzegu, a podczas dużego odpływu można do nich podejść. Na plaży oraz w pobliżu muzeum mogliśmy się dokładnie przyjrzeć zachowanym metalowym i betonowym elementom dawnych pływających pomostów i dróg dojazdowych, które umożliwiały rozładunek sprzętu z okrętów.


Z Arromanches udaliśmy się do Saint-Laurent-sur-Mer. Droga wiedzie wzdłuż plaży Omaha. To tu każdego dnia przyjeżdżają setki amerykańskich turystów. Mimo że ścieżki spacerowe są dość zatłoczone, to panuje wyjątkowa, dość przytłaczająca, cisza. Świadomość, że ten kawałek ziemi był nazywany "krwawą Omahą", wywiera potężne wrażenie emocjonalne.
Odwiedziliśmy to miejsce w czasie przypływu, więc osławiony i najbardziej charakterystyczny pomnik "Les Braves" znajdował się w jednej czwartej pod wodą. Odsłonięty w 2004 roku w 60. rocznicę D-Day, pomnik autorstwa rzeźbiarki Anilore Banon to metalowe, połyskujące w słońcu skrzydła wbite w piasek plaży Omaha. Kilka metrów dalej, przy wejściu na plażę znajduje się kolejny pomnik "Sygnał" - duży, betonowy obelisk w kształcie żagla. Zarówno pod jednym, jak i drugim leżą dziesiątki małych amerykańskich flag.


Kilkaset metrów dalej w Vierville-sur-Mer grupa amerykańskich turystów oblega Pomnik Gwardii Narodowej (Omaha Beach National Guard Monument), jeden z najbardziej znanych i charakterystycznych obiektów w miasteczku. Pomnik ma formę dużego obelisku i został wzniesionego bezpośrednio na dachu oryginalnego niemieckiego schronu.
Zaledwie osiem kilometrów dalej czeka nas zapierający dech widok z 30-metrowego klifu Pointe du Hoc. Jednak żeby tam dotrzeć, musimy przejść przez autentyczne pole bitwy. Teren na szczycie klifu, na którym znajdują się poniemieckie bunkry, nie został zmieniony od czasu wojny. Wygląda dokładnie tak jak tuż po bombardowaniu alianckim z morza i powietrza, które poprzedziło atak Rangersów. Leje po bombach, których są tu dziesiątki zarosła jedynie trawa. Możemy wejść do żelbetonowych schronów Wału Atlantyckiego. Oglądamy stanowiska ogniowe oraz główny punkt obserwacyjny, z którego rozpościera się widok na Kanał La Manche. Wszystkie te konstrukcje noszą ślady po ostrzale. Na samym skraju klifu, na dachu jednego z niemieckich bunkrów dowodzenia, wznosi się granitowa iglica. To Pomnik Rangersów (Pointe du Hoc Ranger Monument), upamiętniający heroizm i ogromne straty żołnierzy, którzy pod ostrzałem niemieckim wspinali się po pionowej skale klifu przy użyciu lin, haków i drabin strażackich, by zdobyć ten przyczółek.
"9 czerwca 1944 r., plaża Omaha, D+3
Wzgórze z widokiem na plażę było strasznie usiane otworami po pociskach po ostrzale artyleryjskim. Zaobserwowałem trzy okopane, dobrze ukryte działa 88, które podczas pierwszego ataku wywołały piekło wraz z czołgami oddzielnego batalionu. [...] Wbrew doniesieniom medialnym było znacznie trudniej, ponieważ ogień z plaży trzymał piechotę płasko na ziemi przez trzy godziny, zanim mogła ruszyć w górę plaży, dopóki celniejszy ostrzał artyleryjski marynarki wojennej i wsparcie lotnicze nie pozwoliły jej na przesunięcie się naprzód pod potężnym ostrzałem. Pierwszy atak czołgów nie zakończył się sukcesem. Niektóre kompanie straciły wszystkie czołgi z wyjątkiem dwóch lub trzech, albo w wodzie, albo na plaży z powodu umocnień na wzgórzach. Teren nie był usiany minami, jak się spodziewaliśmy" - dziennik porucznika Ernesta Vincenta Helmsa z D-Day.
Normandia wciąż żyje historią sprzed 80 lat
Już kilka lat po zakończeniu wojny mieszkańcy Normandii stanęli przed pytaniem, jak zachować ślady wydarzeń z czerwca 1944 roku. W regionie wciąż leżały wraki barek desantowych, elementy sztucznego portu Mulberry oraz tysiące wojennych przedmiotów. Normandia nie chciała jednak pozostać jedynie wielkim polem bitwy - zaczęła stopniowo przekształcać się w przestrzeń edukacji i pamięci historycznej. Kluczową rolę odegrały w tym muzea, które dziś tworzą jedną z najbardziej rozbudowanych sieci placówek poświęconych II wojnie światowej w Europie.
Szczególne miejsce zajmuje tu Musée du Débarquement w Arromanches-les-Bains. Placówka ta była pierwszym na świecie muzeum poświęconym bezpośrednio lądowaniu w Normandii i bitwie o Normandię. Oficjalnie otworzył ją 5 czerwca 1954 roku, zaledwie dziesięć lat po D-Day prezydent Francji René Coty.
Powstanie muzeum miało wymiar nie tylko symboliczny, ale również bardzo praktyczny. W pierwszych latach po wojnie okolice Arromanches były pełne wraków oraz elementów infrastruktury wojennej. Część środków na rozwój ekspozycji pochodziła właśnie z odzysku i sprzedaży wojennych pozostałości znajdujących się w rejonie dawnego portu Mulberry. Dzięki temu muzeum od początku było silnie związane z autentycznymi śladami operacji Overlord.
To tutaj dowiadujemy się, jak gigantycznym przedsięwzięciem logistycznym było D-Day. Muzeum ulokowano dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie od czerwca 1944 roku funkcjonował tymczasowy port umożliwiający wyładunek żołnierzy, pojazdów i zaopatrzenia. Z przeszklonego budynku muzeum widzimy plażę w Arromanches i betonowe elementy konstrukcji wystające z morza.
Pokazano nam też szczegółowe makiety portu Mulberry, archiwalne filmy brytyjskie dokumentujące budowę i funkcjonowanie portu. W specjalnych stanowiskach mogliśmy też wysłuchać zarejestrowanych relacji świadków wydarzeń.
Jednak pamięć o D-Day, to nie tylko duże muzea. Jednym z najbardziej działających na wyobraźnię są zachowane w okolicach bunkry jak na przykład Le Grand Bunker w Ouistreham. Żeby obejrzeć ten autentyczny niemiecki bunkier kierowania ogniem, należącym do Wału Atlantyckiego, musieliśmy przeciskać się przez kolejne kondygnacje wąskimi, betonowymi korytarzami. Po drodze przechodziliśmy przez pomieszczenia techniczne, stanowiska obserwacyjne, centrale telefoniczne czy żołnierskie kwatery. Surowość wnętrz i ciasnota przestrzeni pozwalają zrozumieć klaustrofobiczne warunki, w jakich działało niemieckie dowództwo podczas alianckiej inwazji.
Podobną rolę odgrywa Airborne Museum poświęcone amerykańskim wojskom powietrznodesantowym. To miejsce opowiada głównie o doświadczeniu spadochroniarzy zrzuconych nad Normandią w nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku. W muzeum znajdują się oryginalne szybowce, samoloty transportowe oraz rekonstrukcje nocnych zrzutów. Szczególnie wyeksponowano tu historię Sainte-Mère-Église - miasteczka rozsławionego przez losy spadochroniarza Johna Steele'a, który zawisł na wieży kościoła podczas desantu. Wszystko przez pomyłkę pilota, który skierowała samolot ze spadochroniarzami nad sam środek zajętego przez Niemców miasteczka.
"Szeregowy Penrose Shearer zawisł na drzewie naprzeciwko kościoła i został zabity. Szeregowiec John Blanchard, który również spadł na drzewo, zdołał wyjąć nóż i przeciąć linki sterujące. Jednocześnie obciął sobie jeden z palców i "nawet tego nie zauważył, zorientował się dopiero później". Russell, szarpiąc linkami sterowniczymi, usiłował tak manewrować, by nie wpaść w ogień, i wylądował na dachu kościoła, pokrytym dachówką. "Parę moich linek owinęło się wokół wieży. Potem ześlizgnąłem się z dachu". Russell zawisł na krawędzi. "I wtedy spadł Steele, sławny [szeregowy] John Steele [występował w książce i filmie The Longest Day], a jego spadochron przykrył wieżę". Steele został trafiony w stopę. (…) Przez ten cały czas bił dzwon, Russell nie pamięta jednak, by go słyszał. Steele, który wisiał na dzwonnicy, ogłuchł od jego dźwięku na parę tygodni. (Został ściągnięty na dół przez niemieckiego obserwatora ulokowanego na dzwonnicy i zabrany do więzienia, ale po kilku dniach zbiegł.)" - Stephen E. Ambrose "D-Day. 6 czerwca 1944.


Inne spojrzenie na operację Overlord i D-Day pokazuje Mémorial de Caen. Tu skupiono się na wydarzeniach z czerwca 1944 roku jako części II wojny światowej, przedstawiając je jako element walki z totalitaryzmami i budowaniem pokoju po 1945 roku. Ekspozycja prowadziła nas od narodzin nazizmu, przez przebieg wojny i lądowanie w Normandii, aż po zimną wojnę i współczesne konflikty.
Szczególnie wymownym elementem Mémorial de Caen jest zachowany pod muzeum niemiecki bunkier generała Wilhelma Richtera. Połączenie nowoczesnej narracji muzealnej z autentycznym miejscem dowodzenia pokazuje charakterystyczną dla normandzkiego krajobrazu pamięci tendencję: historię opowiada się tu poprzez miejsca, w których rozgrywały się wydarzenia.
"Tu spoczywa w chwale żołnierz, którego imię zna tylko Bóg"
Normandzkie muzea pełnią z pewnością funkcję edukacyjną, ale to także miejsca, gdzie miliony turystów przyjeżdżają, by odnaleźć ślad swoich bliskich. Można tu spotkać wielu Amerykanów i Kanadyjczyków, którzy poznają w Normandii kawałek rodzinnej historii.
Wszyscy kierują swoje kroki na tutejsze nekropolie wojenne. To właśnie cmentarze stały się najbardziej przejmującym symbolem D-Day i bitwy o Normandię. W przeciwieństwie do muzeów nie opowiadają historii za pomocą rekonstrukcji. Tysiące nagrobków pozwalają zobaczyć skalą wojennej śmierci. Każda z nekropolii reprezentuje jednak nieco inną narrację pamięci oraz odmienne spojrzenie na wojnę, zwycięstwo i klęskę.
Najbardziej znanym miejscem pamięci pozostaje Amerykański Cmentarz Wojskowy w Colleville-sur-Mer, położony nad plażą Omaha z niesamowitym widokiem na morze. To jedna z największych nekropolii wojskowych w Europie. Spoczywa tu 9387 amerykańskich żołnierzy, z których większość poległa podczas lądowania i walk w Normandii. Nad perfekcyjnie utrzymanym trawnikiem ciągną się równe szeregi białych, marmurowych krzyży. Układ grobów jest niemal geometryczny. To tutaj Steven Spielberg nakręcił sceny, początkową i zamykają film "Szeregowiec Ryan", którego tłem jest operacja Overlord.
Amerykański Cmentarz Wojskowy przypomina bardziej park niż nekropolię. Na środku stoi monumentalny posąg "Spirit of American Youth Rising from the Waves", który odbija się w pobliskiej sadzawce, a za nią ciągną się po horyzont marmurowe nagrobki, które nie różnicują stopni wojskowych - generałowie i szeregowi spoczywają obok siebie.


Szczególnie poruszający charakter mają groby żołnierzy niezidentyfikowanych. Na części nagrobków widnieje napis: "Here rests in honored glory a comrade in arms known but to God" (Tu spoczywa w chwale żołnierz, którego imię zna tylko Bóg).
Cmentarz w Colleville-sur-Mer pełni nie tylko funkcję miejsca pochówku, ale jest też miejscem pamięci o "Greatest Generation" - pokoleniu Amerykanów, które walczyło podczas II wojny światowej. O pełnej godzinie rozbrzmiewa tu hymn Stanów Zjednoczonych, a w centrum turystycznym na terenie cmentarza można przeczytać historię wielu z amerykańskich żołnierzy. Szczególnie przejmujące wrażenie robi lista ich nazwisk, która wyczytywana jest każdego dnia z głośników umiejscowionych przy wyjściu z obiektu.
Całkowicie odmienny nastrój panuje na Niemieckim Cmentarzu Wojennym w La Cambe. Nekropolia ta jest największym niemieckim cmentarzem wojennym w Normandii i miejscem pochówku ponad 21 tysięcy żołnierzy Wehrmachtu. W przeciwieństwie do jasnego i monumentalnego Colleville-sur-Mer, La Cambe utrzymano w ciemnej, surowej estetyce. Zamiast białego marmuru dominują ciemne krzyże i kamienne płyty.
Polski wkład w bitwę o Normandię szczególnie mocno podkreśla również Mémorial de Montormel, położony na wzgórzu 262, gdzie polskie oddziały odegrały kluczową rolę w zamknięciu tzw. kotła Falaise. Muzeum i pomnik stoją dokładnie w miejscu jednych z najcięższych walk sierpnia 1944 roku, a ekspozycja przypomina, że to właśnie polscy pancerniacy przez dwa dni odpierali niemieckie kontrataki.


Kolejnym z ważnych miejsc pamięci, które odwiedziliśmy był British Normandy Memorial w Ver-sur-Mer, otwarty w 2021 roku. To miejsce upamiętnia ponad 22 tysiące żołnierzy brytyjskich poległych podczas operacji Overlord i późniejszej bitwy o Normandię. Tutaj nazwiska poległych wyryto na kamiennych ścianach otwartych na nadmorski krajobraz.
Świerszcze, coca-cola i znaleziska z plaży. Wszystko na sprzedaż
Z pobytu w Normandii przywieźliśmy na pewno ogromną dawkę wiedzy historycznej o II wojnie światowej, spory bagaż emocji i refleksji, ale też kilka spostrzeżeń. Miejsca, w których rozegrały się krwawe wydarzenia lata 1944 roku, mają zupełnie inny charakter niż normandzkie kurorty nieopodal Arromanches. Tutaj wszyscy ciągle żyją wydarzeniami sprzed ośmiu dekad.
Zaledwie kilka kilometrów dalej w takim na przykład Étretat sklepiki i stragany pełne są kapeluszy słomkowych, plakatów i magnesów z wizerunkiem miasteczka. Znajdziemy tu też saszetki lawendy albo paczki maślanych ciasteczek, z których słynie Normandia.
Ale nie w Arrmanches-les-Bains. Owszem można zakupić tu te słynne wypieki "Sablés Normands", ale wszystkie w blaszanych pudełkach z symbolami D-Day. Breloczki? Tylko z nabojami lub miniaturami Jeepa model Willys MB lub Spitfirem czy Thunderboltem. No i świerszcze - "cricket". Ta przedwojenna mała zabawka dziecięca jest tutaj najbardziej popularnym gadżetem, chętnie kupowanym przez turystów.
Skąd jej popularność? Niektóre oddziały wojskowe kupowały "crickety" w lokalnych sklepach. Spadochroniarze używali tego małego metalowego przedmiotu, aby wykryć się wzajemnie bez konieczności odzywania się. Jedno kliknięcie to wezwanie: "Czy jesteś przyjacielem?" Dwa kliknięcia to odpowiedź: "Przyjaciel".
Zamiast sklepików z lokalnym rękodziełem łatwiej tu trafić na wyprzedaż militariów. Firmy zajmujące się handlem militariami zapewniają, że większość z nich została znaleziona na pobliskich plażach. Można tu kupić buty, spodnie, opinacze, kamizelki ratunkowe i pneumatyczne, naszywki i odznaki wojskowe, a także sprzęt nawigacyjny, elementy wyposażenia polowego jak saperki, kubki, menażki, zestawy pierwszej pomocy. Są też elementy broni, kabury pistoletów, bagnety, kordziki. Co więcej. W jednym z takich sklepów właściciel trzymał w gablocie oryginalną butelkę ponad 80-letniej coca-coli.


Wszystkie te przedmioty mają pochodzić z czasów II wojny światowej.
"17 czerwca 1944, D+11
Kąpiel w stalowym hełmie - pierwsza od 12 dni. Ogolony, umyta kurtka i mundur. Zjadłem słoik tego bezkostnego kurczaka z "College Inn" i deseru karmelowego, który mama wysłała mi miesiąc temu do Anglii na kolację" - Dziennik porucznika Ernesta Vincenta Helmsa z D-Day.
Tutejsze sklepy z militariami mają ciekawsze eksponaty niż niejedno muzeum i są prawdziwą ilustracją logistyki i realiów starcia wojsk alianckich z niemieckimi w 1944 roku.
Na ulicach stoją czołgi i furgonetki z lat 40. Nikogo też, poza turystami, nie zdziwi przejeżdżający obok restauracji motocykl z przyczepką BMW R-75, produkowany specjalnie dla Wehrmachtu, czy jego największy konkurent Zündapp KS 750. Można odnieść wrażenie, że mieszkańcy przygotowuję się do rocznicowej parady. Ale nie. Tak wygląda codzienność w miasteczkach położonych wzdłuż plaż od Sword do Utah.
Wszystko nabiera jeszcze większego rozmachu każdego roku w czerwcu. Wówczas można tu zobaczyć historyczne skoki i pokazy spadochronów w Carentan-les-Marais i strefie zrzutu La Fière w Sainte-Mère-Église.
Parady wojskowe z czasów II wojny światowej
Z bazy Hillman w Colleville-Montgomery wyruszyła wielka parada 150 pojazdów cywilnych i wojskowych, kierując się do zamku Creully przez plaże Sword, Juno i Gold. Mieszkańcy przygotowują rekonstrukcje historyczne. Na przykład w Vierville-sur-Mer w tym roku powstała wioska Omaha, której towarzyszyły codzienne animacje i pokazy technik taktycznych. Do tego maratony sportowe, upamiętniające żołnierzy, liczne wystawy poświęcone operacji Overlord i dziesiątki innych imprez, które odbywają się nie tylko w pierwszych dniach czerwca, ale Normandia świętuje wydarzenia sprzed ośmiu dekad aż do połowy sierpnia.
Nie ma co ukrywać, że jest to sposób na życie, a pamięć o D-Day i operacji Overlord została najzwyczajniej skomercjalizowana. Wojna po prostu stała się częścią tego miejsca. Taka codzienność nie wyklucza głębokiego szacunku dla tych młodych ludzi, którzy przed laty nazwali to miejsce piekłem. Czy można mieć pretensje do mieszkańców, że odpowiadają na zapotrzebowanie turystów? Przyjeżdżający tu Amerykanie nie szczędzą pieniędzy na gadżety, które choć trochę mogłyby im przypomnieć o przodkach, którzy walczyli w Europie, i z których są tak dumni.
