Pierwszego czerwca Ameryka hucznie obchodziła setną rocznicę jej urodzin. Choć Marilyn Monroe nie żyje już od 64 lat, jej legenda jest wiecznie żywa. Trudno wskazać drugą aktorkę, której krótka, (nie sposób uwierzyć, że zaledwie 14-letnia!) kariera, odcisnęłaby taki ślad na historii kina. Według "Przewodnika po popkulturze Stanów Zjednoczonych" jest jedną z jej trzech najważniejszych ikon - konkurować z nią mogą tylko Elvis Presley i... Myszka Miki.
Niezwykła uroda i niespotykany, wręcz "krzyczący" seksapil sprawiały, że producenci, chcieli ją widzieć głównie w rolach kuszących uwodzicielek. Wbrew sobie niejako MM "utknęła" w tego typu rolach. Niesamowite, że choć pojawiła się przed rewolucją seksualną za oceanem, wniosła na ekran rozbuchaną zmysłowość. I na przekór temu, że zredukowano ją do symbolu seksu, jej najlepsze kreacje dowodzą, że miała także wielki talent - zarówno komediowy, jak i dramatyczny.
O jej tragicznym życiu pisaliśmy w obszernym tekście opublikowanym w Tygodniku Interii przed czterema laty, w 60. rocznicę śmierci aktorki. Tutaj
Tym razem więc, zamiast pochylać się nad biografią gwiazdy, przyjrzyjmy się jej najciekawszym kreacjom. Niektóre z nich, mogą zaskoczyć nawet fanów aktorki. Nie tylko dlatego, że Marilyn Monroe pokazuje się w nich z mało znanej strony, ale także dlatego, że...należą do naprawdę mało znanych. Mowa zwłaszcza o rolach dramatycznych, o które zabiegała, gdy Hollywood chciało w niej widzieć femme fatale, ewentualnie słodką i naiwną blondynkę.
W wyborze filmów i ról MM kierowałam się ocenami na największych, amerykańskich portalach filmowych : Metacritic - gdzie oceniają wyłącznie krytycy oraz popularne Rotten Tomatoes, gdzie sumują się oceny krytyków i widzów. Lista zawiera dziesięć tytułów - licząc od końca, do pozycji na miejscu pierwszym.


10. "Niagara", reż. Henry Hathaway, 1953 r.
Klasyczne kino noir, które wówczas dotarło do Hollywood. Charakteryzuje je pesymistyczny, wręcz mroczny klimat i moralnie niejednoznaczni bohaterowie, zwykle też wątek kryminalny osnuty wokół zdrady, czy zbrodni.
Marilyn Monroe wciela się tu w zmysłową i zimną femme fatale, Rose Loomis, planującą wraz z kochankiem zabójstwo swojego męża. Parę spotykamy w motelu położonym po kanadyjskiej stronie Niagary. Rose i jej przyjaciel, planują zwabić męża nad wodospad i zepchnąć w rwące strumienie wody. Na równoległym planie mamy małżeństwo Cutlerów, którzy przybywszy nad Niagarę, zostają przypadkowo wplątani w zbrodniczą intrygę. Wprowadzenie obserwatorów "z zewnątrz" wprowadza element świeżości i pozwala spojrzeć z innej perspektywy na znany schemat zdrady i zbrodni, naznaczony nieubłaganym fatalizmem.
MM po raz pierwszy w pełni prezentuje tu swój talent dramatyczny i zrywa z narzuconym jej wizerunkiem. Jako piękna Rose jest bezwzględną, znudzoną mężem uwodzicielką. Bezlitosną.
To właśnie dzięki jej kreacji "Niagara" zapisała się w historii kina. Przyznam, że dziwi mnie "dopiero" 10 pozycja filmu w tym zestawieniu.


9. "Jak poślubić milionera", reż. John Negulesco, 1953 r.
Podobno o tę rolę MM musiała zawalczyć, zwłaszcza, że za partnerki miała wówczas już dwie gwiazdy - Lauren Bacall i Betty Grable. To jedna z tych kreacji, które miały ukształtować jej wizerunek jako ślicznej i naiwnej blondyneczki, od którego z czasem bardzo będzie chciała się uwolnić.
Oto trzy urodziwe modelki Schatze (Lauren Bacall), Loco (Betty Grable) i Pola (Marilyn Monroe) mieszkające w Nowym Jorku usiłują "złapać" męża. Warunek jest jeden - musi być milionerem. Podczas poszukiwań dochodzi do wielu zabawnych perypetii, jednak w końcu każda znajduje swojego wymarzonego mężczyznę. Ale tylko jeden z nich okazuje się milionerem. Czyżby prowadziło to do konkluzji, że to jednak nie pieniądze są najważniejsze? Warto sprawdzić.
Skrajnie krótkowzroczna Pola, która odmawia noszenia okularów w obecności mężczyzn, przekonana, że w nich jej nie zechcą, to najzabawniejsza z bohaterek. Monroe wykorzystuje tu swój komediowy talent i wyraźnie bawi się postacią Poli, w przeciwieństwie do bardziej doświadczonych partnerek, które grają bardzo na serio.


8. "Mężczyźni wolą blondynki", reż. Howard Hawks, 1953 r.
Kolejny film Monroe z serii "szukamy bogatego męża" jest o niebo lepszy od przywołanego wyżej. No i jest musicalem.
Akcja komedii Howarda Hawksa rozgrywa się głównie na statku, którym płyną przez Atlantyk dwie przyjaciółki, tancerki. Lorelei (Monroe) to słodka blondynka, która nade wszystko kocha diamenty i właścicieli wypchanych portfeli. Równie naiwna, co piękna, nieustannie przy tym pakuje się w kłopoty. Jest zaręczona z młodym milionerem Gusem, ale jego ojciec nie wierzy w tę miłość. Wysyła jej śladem detektywa, który ma zdobyć kompromitujące materiały. Jej przyjaciółka Lorelei - atrakcyjna brunetka Dorothy ,(Jane Russell) ma z kolei słabość do sportowców. I właśnie w niej zakochuje się przysłany detektyw, podczas gdy Lorelei poznaje żonatego milionera.
Seria perypetii, z których część rozgrywa się już na lądzie, we Francji i zmusza bohaterki do pracy, (miliony się oddalają), okraszona jest znakomitymi piosenkami w wykonaniu obu aktorek. Wśród nich jest niedościgniona, wielokrotnie kopiowana, śpiewana przez Marilyn "Diamonds Are a Girl's Best Friend".
Gdy film powstawał Monroe, była jeszcze kontraktową aktoreczką, biorącą 500 dolarów za tydzień pracy, zaś Russell gwiazdą, której płacono 20 tys. dolarów tygodniowo. Ale to MM zawłaszczyła dla siebie ekran i zebrała najżarliwsze recenzje. Jej gaża urosła wkrótce znacząco, podobnie jak popularność.


7. "Książę i aktoreczka", reż. Laurence Oliver, 1957
To była adaptacja głośnej sztuki, w której na deskach teatru Laurence'owi Olivierowi partnerowała słynna żona, Vivien Leigh. Do filmu zaangażowano jednak Marilyn Monroe, by "ożywić karierę mistrza".
Akcja toczy się w 1911 roku, gdy Anglia przygotowuje się do koronacji Jerzego V. Do Londynu zaproszono wiele koronowanych głów, w tym księcia regenta Charlesa. Ten koneser kobiecej urody, zauważa w rewiowym teatrze piękną, amerykańską aktorkę. Pragnie ją uwieść. Zaprasza do ambasady, gdzie próbuje swoich sztuczek wobec dziewczyny, lecz zaloty kończą się fiaskiem. Ostatecznie Elsie wchodzi w życie królewskiej rodziny, prowadząc do rozładowania napięć między nimi.
Film otrzymał pięć nominacji do brytyjskich nagród BAFTA min. dla najlepszego filmu, dla Laurence'a Oliviera i Marilyn Monroe. Aktorka miała dość ról blond uwodzicielek i marzyła o "poważnej roli". Seria wydarzeń skłoniła ją do założenia własnej firmy producenckiej, zerwania kontraktu z wytwórnią Twentieth Century Fox i zagrania w filmie w Londynie. Film był jej jedyną niezależną produkcją.
Choć Marilyn wypadła świetnie, współpraca przypominała drogę przez mękę. Już sam pomysł wywołał wybuchy śmiechu, a duet nazwano "najbardziej kuriozalnym z możliwych". Olivier nie znosił Lee Strasberga i jego "metody", która uczyła m.in. właśnie Monroe czerpać z autentycznych emocji i doświadczeń i zachęcała do improwizacji. Metoda była w jaskrawym kontraście z szekspirowskim aktorstwem Oliviera, jego przywiązaniem do tekstu i teatralnością. "Jakby mówili dwoma różnymi językami"- pisano.
Tym większe brawa należą się Marilyn, która w niczym nie odstaje od słynnego Anglika.


6. "Pokochajmy się", reż. George Cukor, 1960 r.
To wcale nie jest dobry film i zebrał słabe recenzje, a mimo to kreację Monroe wychwalano pod niebiosa. W tej opowieści o produkcji broadwayowskiego musicalu oglądamy relacje niezdarnego miliardera Clementa (Yves Montand) i początkującej aktorki Amandy (Monroe). Powstał jednak z myślą o legendarnym Francuzie.
Historia jest kolejną wariacją na temat bajki o Kopciuszku, w której Clement, miliarder znany z bogatego życia miłosnego, przychodzi na próbę spektaklu. Słyszał, że sztuka ponoć z niego kpi. Zostaje wzięty za aktora na castingu i dostaje rolę. Szybko zakochuje się w Amandzie, choć ona nie okazuje mu zainteresowania. Aby podnieść poziom swojego występu, Clement zatrudnia grupę znanych aktorów: Binga Crosby'ego i Gene'a Kelly'ego, a film i tak pozostaje nużący. "Bez Monroe film byłby nie do obejrzenia" - pisano po premierze.
Montand, utalentowany piosenkarz, który zaczynał karierę u boku Edith Piaf, jakimś cudem wypada słabo w musicalu, w przeciwieństwie do Marilyn. "Monroe to tak hipnotyzująca postać ekranowa, że może uratować nawet kiepski film" - oceniał krytyk "Variety".
Choć scenariusz czyni ją niemalże tylko tłem dramatycznych scen Montanda, gdy aktorka pojawia się na ekranie - olśniewa.


5. "Słomiany wdowiec", reż. Billy Wilder",1955 r.
To jeden z najbardziej znanych filmów z udziałem Monroe. Kiedy trafił na ekrany, w czerwcu 1955 roku, od razu stał się hitem. Komedia Wildera zarobiła 12 milionów dolarów w kinach i mocno rozkręciła jej karierę. W połowie lat 50. nie było większej gwiazdy.
"W 1955 roku była już uznawana przez różne ligi »przyzwoitości« za zagrożenie dla całej ludzkości, a jedna scena w filmie 'Słomiany wdowiec' dała sceptykom jeszcze więcej argumentów - zaś światu ikoniczny wizerunek" - pisze w pięknym tekście z okazji setnej rocznicy urodzin MM, w "Variety" Carole Horst. Oczywiście mowa o scenie gdy Monroe i Tom Ewell idą nowojorskim chodnikiem, ona podbiega do kratki wlotowej metra i mówi: "Czujesz ten powiew z metra?". Jej sukienka unosi się wtedy mocno do góry, odsłaniając całkiem sporo z jej wdzięków.
Jak wiemy, że MM gra tu seksowną sąsiadkę bohatera, która zamierza go uwieść, w trakcie nieobecności żony. W tej znakomitej kreacji jest jednocześnie niewinna i zalotna, świadoma własnych walorów.
Dziś film uznano by za seksistowski, wtedy jednak bawił.
4. "Asfaltowa dżungla", reż John Huston, 1950 r.
"Asfaltowa dżungla" to był przez dekady najdoskonalszy film o napadzie, z rewelacyjną rolą Sama Jaffe'a w roli niemieckiego geniusza zbrodni w średnim wieku. To właśnie on stoi tu za napadem na klejnoty, w nieznanym amerykańskim mieście.
Film różni się od większości obrazów o napadach tym, że przedstawia świat, w którym oszuści są lustrzanymi odbiciami rzekomo szanowanego społeczeństwa. Obraz trafił nawet do pierwszej trójki najważniejszych filmów w dorobku Monroe, ale aktorka gra tu niewielką, drugoplanową rolę, dlatego u nas oczko niżej.
Był rok 1950, jej kariera dopiero miała się zacząć, zaś John Huston pozwolił jej zaistnieć w roli kochanki prawnika, który finansuje napad i wypowiada słynne zdanie: "Przestępstwo to tylko leworęczna forma ludzkiego wysiłku".
To właśnie po tym filmie wytwórnia Twentieth Century Fox podpisała z nią nową, długoterminową umowę.


3. "Proszę nie pukać", reż. Roy Ward Baker, 1952 r.
Ten mało znany u nas thriller z początku kariery Marilyn, jeszcze mniej znanego reżysera, to perełka w jej aktorskim dorobku. Rodzi od razu pytanie: Czy gdyby jej kariera poszła tym tropem, stałaby się zupełnie inną aktorką?
Niewykluczone. MM nie wykorzystuje tu swojej urody, (choć wygląda zjawiskowo), nie prowadzi też komediowej gry z widzem. Od początku jest pełna niepokoju, by z czasem ujawnić chorobę.
Grana przez Monroe młoda kobieta, Nell zostaje zatrudniona przez bogate małżeństwo do opieki nad ich córką. Zataja jednak przed nimi, że niedawno opuściła szpital psychiatryczny. Jest wieczór, rodzice wychodzą, a piękna opiekunka wzbudza zainteresowanie mieszkającego naprzeciwko Jeda (Richard Widmark), który pokłócił się właśnie z dziewczyną. Jed odwiedza Nell, która bierze go za zmarłego tragicznie narzeczonego. Z czasem dziwactwa Nell zaczynają budzić niepokój w mężczyźnie, zwłaszcza że ta staje się agresywna wobec dziewczynki. Gdy w histerycznym ataku kobieta próbuje odebrać sobie życie, wzywa pomoc...
Nakręcony 74 lata temu obraz, jest zaskakująco przejmującym portretem choroby psychicznej, jak na tamte czasy. Monroe buduje portret śmiertelnie smutnej kobiety, która została odrzucona przez bliskich, pośpiesznie wysłana przez nich na "leczenie", by nie musieli się nią zajmować.
Nieco już zapomniany Widmark gra tu rolę pierwszoplanową, ale to Marilyn jest sercem tego filmu.


2."Skłóceni z życiem", reż. John Huston, 1961 r.
Gdyby to zależało ode mnie, ten tytuł byłby na pierwszym miejscu w zestawieniu. Żal, że obraz, w którym Marilyn w całej krasie pokazuje swój potencjał dramatyczny, przyszło jej zagrać pod koniec krótkiego życia. Ale ten film zupełnie inaczej odbierano tuż po premierze, niż po latach, gdy życie dopisało mu wyjątkowy kontekst. Los sprawił, że stał się klasykiem.
Akcja "Skłóconych z życiem" rozgrywa się w skąpanej słońcem Nevadzie. Główna bohaterka, niedawno rozwiedziona Roslyn (Monroe), poznaje podstarzałego kowboja Gaya (Clark Gable) oraz jego przyjaciela Guido (Montgomery Clift). Mężczyźni wyruszają na pustynię, by łapać dzikie mustangi, które potem trafią do rzeźni. Ta okrutna "rozrywka" staje się punktem wyjścia do konfrontacji życiowych postaw i demitologizacji etosu prawdziwego kowboja, a także amerykańskiego snu.
Oryginalny tytuł filmu Hustona, który powstawał w ciężkich bólach, o czym krążą legendy, brzmi "The Misfits", (Nieprzystosowani). Rzadko się zdarza, by polski tytuł był lepszy od oryginału. Ponoć Hustonowi nie chciało się go kręcić, Gable pił bez przerwy, a Monroe notorycznie kazała ekipie czekać na siebie po kilka godzin. A jednak całość zachwyca.
Jak wiadomo, scenariusz napisał były mąż Marilyn, pisarz Arthur Miller, specjalnie dla niej, gdy dogorywało ich małżeństwo. Aktorka nie jest już tą radosną, pełną żaru dziewczyną, jaką znamy z wcześniejszych ról. Ich miejsce zajęły smutek i melancholia. Jest zagubiona, jak sama Marilyn wtedy w prawdziwym życiu, choć jej bohaterka "koryguje" obojętność mężczyzn w obliczu cierpienia.
Gdy zakończono pracę na planie, resztę dopisało życie. Clark Gable zmarł 10 dni po zakończeniu zdjęć, w wieku zaledwie 59 lat. Nie doczekał premiery. Półtora roku po nim odeszła Marilyn Monroe, dla której również był to ostatni, ukończony film. Montgomery Clift zagrał jeszcze tylko dwie role. Zmarł na zawał serca w 1966 roku, w wieku 45 lat. Tę śmierć nazwano "najdłuższym samobójstwem w Hollywood". Pogrążony w depresji i alkoholizmie, po ciężkim wypadku samochodowym, który odebrał mu wielką urodę i zdrowie.
Nad całym filmem od początku unosi się niemal namacalna atmosfera bólu, rozczarowania i smutku. I jak okrutnie by to nie zabrzmiało - pracuje na korzyść filmu.


1."Pół żartem, pół serio", reż. Billy Wilder, 1961 r.
Numer 1 w dorobku MM wydaje się być nie do pobicia. W "Pół żartem, pół serio" patrząc na Marilyn Monroe, (Sugar) z uwielbieniem, Jack Lemmon mówi do Tony'ego Curtisa: "Spójrz, jak się rusza. Jak galaretka na sprężynach. Musi mieć jakiś wbudowany silnik. Mówię ci, to zupełnie inna płeć!".
Tylko Billy Wilder mógł nakręcić ten film z lekkością, która łączy zabawę, czułość i melancholię. Znamy go na pamięć wszyscy. Uciekający przed gangsterami bezrobotni muzycy Joe i Jerry, (Tony Curtis i Jack Lemmon) przebierają się za kobiety i przyłączają do damskiego zespołu jazzowego. Tam poznają piękną Sugar Kane Kowalczyk, w której Joe się zakochuje. Wszyscy troje przez cały czas mocno szarżują, ale to jest cudowne i w niczym nie przeszkadza.
Tak naprawdę to Joe i Jerry są pierwszoplanowymi postaciami, mimo to cały film kręci się wokół Marilyn, która chyba nigdy nie była w tak świetnej formie. Ta rola kumuluje w sobie wszystkie jej umiejętności i zalety. "Cóż za dzieło sztuki i natury jest ta Marilyn Monroe" - pisał po premierze wielki Roger Ebert. I dodawał: "To jeden z najtrwalszych skarbów naszego kina. (...) Pełen inspiracji i kunsztu, film, który opowiada wyłącznie o seksie, a jednocześnie udaje, że mówi o przestępczości i chciwości".
I wreszcie najważniejsze: pod przykrywką komedii kryje się w tej komicznej opowieści młot na konserwatywny beton w społeczeństwie. Trudno się dziwić, że to filmowy evergreen.
Jak na dłoni też widać, dlaczego nieżyjącej od ponad sześciu dekad Marilyn Monroe, niegroźne są współczesne seksbomby. Żadna z nich bowiem nie umiała połączyć w sposób równie perwersyjny spontanicznej naiwności ze zmysłowością. To umiejętność, z którą trzeba się urodzić, nie sposób się jej nauczyć.