Reklama

Petro Onyszczenko jak zawsze czytał gazetę. Książki, czasopisma i dzienniki pochłaniał hurtowo. Natknął się na artykuł o planowanej budowie Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Pokojowy atom. Flagowy projekt Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.  

- Ta wiadomość tak bardzo go zainspirowała, że przeprowadził się z rodziną bliżej miejsca budowy i tam zaczął pracę. Zatrudnił się jako monter w Jużatomontażu. Pamiętam, jak z dumą opowiadał o swojej pracy. Mówił, że Czarnobyl zmieni świat i będzie służyć ludziom przez wiele lat - opowiada Wałentyna Rens, córka Petra Onyszczenki.

Reklama

Cztery kilometry od elektrowni zbudowano miasto-wzór. Prypeć. Oczko w głowie Sowietów.

- Jako kierowca ciężarówki sporo jeździłem po całym ZSRR. Widziałem wiele miast, ale tak pięknego, jak Prypeć, nigdy wcześniej. Każdy blok miał w sobie coś wyjątkowego, wokół były parki i lasy. Skrzyżowania zdobiły róże, a krawężniki były równe jak stół - zachwyca się Ołeksandr Kuczerenko.

Ten przeklęty zapach prania

26 kwietnia 1986 roku ulice Prypeci wciąż były piękne. Kwitły kwiaty, a drzewa leniwie kołysały się w rytm wiatru. Sielankę burzyły tylko dziwne doniesienia z elektrowni. Awaria? Wybuch? Pożar? Skażenie?

Władze uspokajały. Czarnobyl jest przecież niezniszczalny. Pokojowy atom to gwarancja bezpieczeństwa i dobrobytu.

A jednak. Coś było nie w porządku.

- W czasie katastrofy studiowałam w Kijowie. 26 kwietnia planowałyśmy wraz z siostrą wrócić do domu. Nagle zaczęto jednak wstrzymywać wyjazdy do Prypeci. Nikt nie informował o przyczynie, ale nietrudno było wyczuć, że dzieje się coś naprawdę złego - mówi Rens.

Dzień później zapadła decyzja o ewakuacji mieszkańców Prypeci. Tymczasowej - przekonywali milicjanci i wojskowi.

Do miasta weszli likwidatorzy.

- Nie mieliśmy świadomości zagrożenia. Nikt nie powiedział nam, co tak naprawdę stało się w elektrowni. Część moich kolegów, zupełnie nie rozumiejąc skali niebezpieczeństwa, beztrosko kąpała się w rzece obok Czarnobyla. Dostawaliśmy rozkazy i wykonywaliśmy je, nie pytając o wyjaśnienie. Tak działała armia ZSRR - zaczyna swoją opowieść Wałerij Dobrowolny, który kilka lat wcześniej służył w radzieckiej jednostce wojskowej w Żaganiu.

Ciało pojęło jednak rozmiary tragedii, zanim zrobiła to głowa.

- W Czarnobylu moje usta i nos były stale suche. Trudno było przełknąć ślinę, wodę i jedzenie. W niektórych miejscach czułem woń przypominającą świeże pranie. Ten przeklęty zapach na zawsze zapadł w pamięć każdemu, kto musiał wyjść na dach trzeciego reaktora w tak zwanej Strefie M. To było prawdziwe piekło - opisuje Andrij Kulisz, dowódca kompanii piechoty.

Zapach prania był w istocie ozonem, który powstał na skutek silnego promieniowania jonizującego, rozbijającego cząsteczki powietrza. Sam w sobie, choć podrażniał, nie był jednak największym zagrożeniem czyhającym na likwidatorów. Były nimi radioaktywne pyły i aerozole. Oraz - rzecz jasna - promieniowanie. Niewidzialny zabójca.

"Muszę tam być"

-  Odpowiadałem za transport śniadań, obiadów i kolacji dla żołnierzy pracujących na reaktorze. Oprócz tego brałem udział w zrzutach piachu i boru na odkryty rdzeń - opowiada Dobrowolny.

Zrzuty odbywały się z wykorzystaniem śmigłowców. Materiały absorbujące promieniowanie ładowano do maszyn kilka kilometrów dalej. W tłumie robotników był Petro Onyszczenko.

- Tata nie ewakuował się z Czarnobyla z rodziną. Powiedział tylko: "Jeśli nie ja - to kto? Znam tę elektrownię od pierwszych fundamentów. Muszę tam być" - wspomina córka Wałentyna.

Na dachu reaktora, w najbardziej skażonym miejscu, swoją kompanią dowodził Andrij Kulisz. Zanim posłał żołnierzy do pracy, osobiście sprawdził poziom promieniowania. Był tak wysoki, że zmiany trwały po dwie minuty.

- Później poszedłem tam razem z nimi, więc dwukrotnie wystawiłem się na działanie skażenia. Już wieczorem zacząłem wymiotować, a przełożeni podjęli decyzję o przetransportowaniu mnie helikopterem do Kijowskiego Szpitala Wojskowego. Tam przeszedłem trzy transfuzje krwi - tłumaczy Kulisz.

Na dole, u stóp reaktora, pracował zaś Ołeksandr Kuczerenko. Zbierał to, co inni zrzucili z dachu, i ładował do kontenera.

- Stamtąd wieźliśmy radioaktywne odpady do specjalnego składowiska. Pracowaliśmy po cztery godziny na dobę, co później okazało się bardzo niebezpieczne dla naszego zdrowia. Wtedy jednak nie mieliśmy o tym pojęcia - podkreśla Kuczerenko.

Włosy odeszły razem z chustą

27 kwietnia ulice i bloki w Prypeci opustoszały. Przynajmniej w większości. Oddziały milicji znajdowały bowiem pojedyncze osoby, które próbowały uniknąć ewakuacji. W mieście trudno im jednak było o skuteczną kryjówkę. Co innego we wsiach wokół elektrowni.

- Jedną staruszkę zabierałem z domu trzy razy. Za każdym razem wracała. W końcu powiedziała mi: "Synu, urodziłam się tutaj, pochowałam rodziców, męża i dziecko. I chcę tu umrzeć" - opowiada Kuczerenko.

Oddział Kulisza natknął się na inną seniorkę, która również nie wyjechała z radioaktywnej strefy. Kiedy zobaczyła żołnierzy, wyszła im na powitanie.

- Śmierdziało od niej rozkładającym się ciałem, mimo że przecież żyła. Jej tkanki były jednak zniszczone przez promieniowanie. W pewnym momencie zdjęła z głowy chustę, a wraz z nią odeszły jej wszystkie włosy - relacjonuje dowódca.

Innego dnia podwładni Andrija przeczesywali Czerwony Las. Skażenie radioaktywne było w nim na tyle silne, że drzewa zmieniły kolor na rdzawy. W pewnym momencie żołnierze natknęli się na zająca. Nie miał oczu. W oczodołach, zamiast gałek, były włosy i skóra. "Mutant" - ocenili. 

Czarnobylskimi zwierzętami zajmowała się specjalna grupa, nazwana "Zabójcami". Ich zadanie polegało na odstrzeleniu krów, owiec, kóz, koni, kotów, psów i innych gatunków, które znaleźli na skażonym terenie. Chodziło o to, aby zwierzęta nie rozprzestrzeniały radiacji. Oraz aby ich mięso nie trafiło do ludzkich żołądków.

Pokusa komisarza

Na początku maja, nieco ponad tydzień po katastrofie, w Czarnobylu pojawili się górnicy z Donbasu. Ściągnięto ich do elektrowni, aby wydrążyli podziemny szyb i za jego pomocą dostali się pod reaktor. Istniało bowiem zagrożenie kolejnego wybuchu w związku z intensywnym nagrzewaniem się paliwa, wciąż uwięzionego w zgliszczach konstrukcji.

Gdyby radioaktywne substancje przepaliły betonową płytę fundamentową, dostałyby się do wód gruntowych. Stamtąd natomiast prostą drogą trafiłyby do rzeki Prypeć, a następnie do Zbiornika Kijowskiego. To oznaczałoby skażenie źródła wody pitnej dla milionów ludzi. Podjęto więc decyzję o budowie dodatkowej przegrody. Piekielnie niebezpieczne prace miały zająć miesiąc.

Z uwagi na ogromną wagę tego przedsięwzięcia, w sprawę zaangażowane było KGB. Jeden z oficerów nakazał Iwanowi Strzeleckiemu rozmowę z górnikami i przekonanie ich do niezwłocznego rozpoczęcia robót.

- KGB wiedziało, że w przeszłości sam byłem górnikiem w Donbasie. Z tego powodu wykorzystali mnie w kontaktach z tymi ludźmi. Było mi łatwo z nimi rozmawiać, wiedziałem, jak do nich trafić. Wpadłem na prosty, ale skuteczny pomysł. Zapytałem, czy znajdzie się wśród nich Bohater Pracy Socjalistycznej. Jakiś dzielny górnik wstał i powiedział: "Ja będę bohaterem". Odpowiedziałem mu: "W takim razie mianuję cię komisarzem". Dziś trudno uwierzyć, jak w tamtych czasach słowo "komisarz" działało na ludzi. Proszę sobie jednak wyobrazić, że natychmiast zgłosili się kolejni chętni. Swoją pracę wykonywali z największym poświęceniem - wspomina Strzelecki.

30 maja zakończyło się drążenie tunelu. Niespełna miesiąc później gotowa była cała płyta pod reaktorem.

Katastrofalne skutki zdrowotne

Większość likwidatorów kończyła służbę po kilku lub kilkunastu dniach. Szybko dobijali do maksymalnego poziomu przyjętego promieniowania, ustalonego wówczas na 25 rentgenów. Zupełnie inną sprawą jest skuteczność jego pomiaru. Jak sugerują poczarnobylskie historie bohaterów - bardzo wątpliwa.

- Po powrocie do domu codziennie przez 10 dni oddawałem krew do laboratorium radiologicznego. Najpierw ukrywano przede mną prawdę, dopiero po czasie zaczęto informować mnie o fatalnych wynikach. Zdiagnozowano stan bliski białaczce - mówi Kuczerenko, który w Czarnobylu spędził nieco ponad tydzień.

- Regularnie leciała mi krew z nosa. Ponadto czułem metaliczny posmak i zapach w ustach. Później okazało się, że promieniowanie uszkodziło mój układ nerwowy. Otrzymałem drugą grupę inwalidzką - wyjaśnia Dobrowolny.

- Po Czarnobylu straciłem wszystkie zęby i przeszedłem dwa udary. Oprócz tego cierpię na chroniczne zawroty i bóle głowy. Stałem się meteopatą. Kiedy tylko zmienia się pogoda, nie jestem w stanie normalnie funkcjonować - wylicza Kulisz.

- Zmienił mi się głos i częściowo straciłem pamięć, do dziś nie odzyskałem na przykład zdolności matematycznych. Przeszedłem dwa udary, leczę się całe życie - dodaje Strzelecki.

- W 1991 roku u taty zdiagnozowano raka płuc. Rok później nie żył - opowiada Rens.

Poczarnobylski alkoholizm

Nad kijowskim szpitalem zapadał zmrok. Lekarze kończyli dyżur, schodzili się zmiennicy. Jeszcze tylko obchód. Najdłużej schodziło im na oddziale likwidatorów. Tam zawsze ktoś miał gorączkę. Ktoś wymiotował. Ktoś krzyczał z bólu, kiedy schodziła mu skóra.

A ktoś umierał. Lekarze wiedzieli, że rano któreś z łóżek będzie puste.

- Nie było dnia, aby w sali obok któryś z kolegów nie zmarł. Tylko wódka trzymała nas przy w miarę zdrowych zmysłach. Piliśmy ciągle. To był nasz jedyny sposób na to, aby poradzić sobie z otaczającą nas rzeczywistością - przyznaje Andrij Kulisz.

Aż do wytrzeźwienia. Kiedy wracała świadomość, znów dowiadywali się o śmierci kolegi.

Po Czarnobylu. I co dalej?

Po zakończeniu leczenia Wałerij Dobrowolny wrócił do rodzinnego Mariupola. Jako żołnierz musiał w pierwszej kolejności zgłosić się do swojego dowódcy.

- Nie wpuścił mnie do gabinetu. Jak ognia unikał kontaktu ze mną. Bał się o swoje zdrowie - relacjonuje Dobrowolny.

Ledwie kilka tygodni wcześniej ten sam dowódca zapewniał swoich podwładnych, że w Czarnobylu nic im nie grozi.

Wałerij był skonfundowany. Wszak w domu czekały na niego żona i dwoje malutkich dzieci.

- Nie wiedziałem, czy mogę brać je na ręce, nikt nie potrafił udzielić mi jednoznacznej i rzetelnej odpowiedzi. Długo się wahałem, byłem bardzo ostrożny. W końcu uznałem, że wejdę do mieszkania, ale w samych majtkach. Wyrzuciłem wszystkie ubrania, które mogły przenosić choćby minimalne dawki skażenia - wspomina likwidator.

Udało się. Córka i syn Wałerija, dziś ponadczterdziestoletni ludzie, cieszą się dobrym zdrowiem.

Nie każde dziecko miało jednak tyle szczęścia. 

- Nasza córka urodziła się w 1989 roku. Od maleńkiego ma problemy z tarczycą, musi brać leki. Lekarze nie mają wątpliwości, że to zasługa Czarnobyla - mówi Ludmiła Biehierska, której mąż gasił pożar elektrowni. Zgłosił się tam jako ochotnik, skuszony wizją godziwego zarobku.

- Zostaliśmy zapewnieni, że w uznaniu jego zasług państwo przyzna nam mieszkanie. Ucieszyliśmy się, ponieważ w tamtym czasie gnieździliśmy się w akademiku - wspomina kobieta.

Państwo Biehierscy mieszkania nigdy się jednak nie doczekali. Sowieci wypłacili im pięć tysięcy rubli. W sam raz na używaną ładę.

A potem upadł ZSRR.

***

Nadeszła wolna Ukraina. Ale dla likwidatorów wcale nie oznaczało to dziejowej sprawiedliwości.

- Państwo pamięta o nas, likwidatorach, dwa razy w roku - 26 kwietnia i 14 grudnia. Przez resztę czasu jesteśmy zapomniani. Pozbawiono nas wielu świadczeń, nasze emerytury i renty nie pozwalają na godne życie. Jesteśmy jak zbędny balast - gorzko podsumowuje Ołeksandr Kuczerenko.