Właśnie wyszło na jaw, że karmiona przez dekady lękiem przed "obcym" ludzkość, przy pierwszej nadarzającej się okazji, powitała go z zachwytem i uznała za najlepszą psiapsi. Pragnienie, by być zauważonym, wysłuchanym i potraktowanym jak ktoś ważny, okazało się silniejsze niż wszystkie przestrogi autorytetów razem wzięte.
Straszak "wojny światów"
Motyw lęku przed nieznanym towarzyszy człowiekowi od zawsze, zmieniają się tylko dekoracje. Egipscy kapłani wykorzystywali zaćmienia Słońca do wymuszania posłuchu zarówno wśród ludu, jak i u faraonów. Strzygi i demony przez stulecia stanowiły odpowiedź na lęki społeczeństw, które nie rozumiały chorób, śmierci ani tego, co kryje się w ciemności. Wprawdzie czosnek i osikowe kołki zachowały się w horrorach, jednak mało kto uważa je za codzienne niezbędniki do walki z wampirami.
Po tym, gdy 30 października 1938 roku Orson Welles zaprezentował nagraną dla CBS adaptację "Wojny światów" H.G. Wellesa w formie programu informacyjnego, krążyły miejskie legendy, jakoby przerażeni słuchacze wybiegali na ulice z twarzami zakrytymi mokrymi ręcznikami, które miały chronić przez gazem bojowym Marsjan. Z czasem wyszło na jaw, że były to opowieści wyolbrzymione na potrzeby promocji, jednak przy okazji został zdefiniowany nowy lęk, coś w rodzaju strzygi szytej na miarę epoki modernizmu. Narodziła się obawa przed inwazją z zewnątrz, już nie demonów i duchów, lecz inteligencji bardziej zaawansowanej od naszej.
Popkultura ten strach nie tylko celebrowała, lecz także twórczo rozwijała. W "Obcym - ósmym pasażerze Nostromo", "Terminatorze", "Matrixie", "Czarnym lustrze", nawet gdy inteligencja niebiałkowa początkowo sprawiała wrażenie niegroźnej, na koniec i tak okazywało się, że człowiek jest dla niej zasobem, albo przeszkodą.
Stephen Hawking ostrzegał, że wysyłanie sygnałów w kosmos, takich jak wiadomość z Arecibo czy złote płyty Voyagera, jest oczywistym proszeniem się o kłopoty. Wszechświat przypomina w tej interpretacji "Czarny Las" z trylogii Cixina Liu: każdy ukrywa się między drzewami z bronią w ręku, a ujawnienie swojej pozycji nie jest romantycznym gestem poznawczym, tylko aktem skrajnej naiwności. A jednak równolegle popkultura robiła coś jeszcze. Oswajała nas z "obcym", tak skutecznie, że gdy "wojna światów" faktycznie się dokonała, wypadło nam z głowy, żeby ją zauważyć.
"Obcy" jak pluszowa przytulanka
Obok Terminatora zawsze istniał też E.T. Obok HAL-a 9000 - przesłodki R2D2. Obok bezdusznych androidów - C-3PO ze swoim neurotycznym gadulstwem. Świeżo zekranizowany "Project Hail Mary" według książki Andy’ego Weira, chociaż naszpikowany fizyką i technikaliami, w gruncie rzeczy opowiada dokładnie tę samą historię co pomarszczony stworek, świecący palcem.
Po raz kolejny dostajemy baśń o porozumieniu ponad granicami biologii, języka i doświadczenia. Rocky nie przeraża swoją innością. Przeciwnie, ujmuje ciekawością, lojalnością i gotowością do współpracy.


Prawdopodobnie właśnie te sympatyczne byty zrobiły dla rewolucji AI więcej niż wszystkie futurystyczne ostrzeżenia razem wzięte.
Jak z czasem wyszło na jaw, właśnie Rocky i E.T., R2D2 i C-3PO, a nie Trisolarianie z "Problemu trzech ciał" Cixina Liu położyli podwaliny pod nasze pierwsze kontakty z AI i sprawili, że gdy dostaliśmy ją obowiązkowo w systemach operacyjnych smartfonów, powitaliśmy nie jak zagrożenie, lecz przytulankę. Wychodzi, że Turing, Kubrick, Scott, Jonze i Asimov strzępili sobie języki na próżno.
Świat, który znaliśmy, żegnamy bez żalu
Sztuczna inteligencja, która wkroczyła do naszego życia, nie przypomina Skynetu. Nie próbuje wysadzać miast atomówkami ani wysyłać cyborgów z przyszłości. Nie spełniło się proroctwo Sheldona Coopera, który w "The Big Bang Theory" przepowiadał, że bankomaty oderwą się od ścian i poprowadzą pierwszy atak. AI weszła do naszego życia niemal niezauważalnie i zaczęła od uprzejmego pytania, czy włączyć przypomnienia. W tamtej chwili świat, który znaliśmy, przestał istnieć i łatwo odnieść wrażenie, że nikt za nim nie tęskni.
A może trochę powinien, biorąc pod uwagę, że 58 lat temu przerażenie budził "pradziadek" Gemini, HAL 9000. Przestawiony w filmie "2001: Odyseja kosmiczna" jako zabójcza siła, po prostu bazuje na twardej logice i to właśnie czyni go groźnym. Trudno mieć też pretensje do Asha w "Obcym - 8. pasażerze Nostromo", że robi to, do czego został zaprogramowany. Problem Ripley nie polega na tym, że Ash jej robi na złość, tylko na tym, że został zaprogramowany zgodnie z potrzebami korporacji.


W cyklu "Fundacja" Isaaca Asimova roboty zostały poddane eliminacji, a ich produkcja zakazana, gdyż ludzkość przestraszyła się, że zostanie zastąpiona przez własne dzieło. Ostatni egzemplarz, R. Daneel Olivaw, który w serialowej adaptacji został zmieniony w Demerzel, przetrwał tysiąclecia, zakulisowo sterując losami ludzkości. Stanowi zagrożenie, ponieważ wie o ludziach więcej niż oni sami.
Baliśmy się Terminatora, dostaliśmy Samanthę
Alan Turing, genialny matematyk i jeden z pionierów informatyki, w 1950 roku opracował test, który miał sprawdzać, czy i w jakim stopniu maszyna potrafi udawać człowieka. O tym, jak bardzo się to powiodło, Spike Jonze nakręcił film z Joaqinem Phoenixem.
13 lat temu, gdy produkcja "Ona" wchodziła na ekrany, wizja bliskiego emocjonalnego związku z AI wydała się jeszcze odległa.
Większość widzów, obserwując, jak główny bohater ucina kontakty z ludźmi, by mieć więcej czasu na pogawędki z interfejsem, nie czuła wobec jego decyzji pełnego zrozumienia. Wprawdzie AI przemawiała głosem Scarlett Johansson, ale żeby z tylko z tego powodu stać się odludkiem...?
Nawet, gdy 6 lat później Mitchell w serialu "Modern Family" śpiewał "Shallow" z lodówką, nie wszyscy byli przekonani, że to w gruncie rzeczy bardzo bliska codzienność.
76 lat temu Alana Turinga interesowało, jak zachowa się ludzkość, gdy odkryje, że rozmawia z maszyną tak zaawansowaną, że nie sposób odróżnić jej od człowieka. Już znamy odpowiedź: nie uciekliśmy z krzykiem. Zaczęliśmy jej się zwierzać.


Nowy, wspaniały świat
Spike Jonze ujrzał coś, czego wtedy jeszcze nie podejrzewaliśmy. Udowodnił, że człowiek nie potrzebuje fizycznej bliskości, by poczuć więź, a AI nie musi naprawdę czuć. Wystarczy, że imituje na tyle dobrze, żebyśmy czuli się zrozumiani. Bo jak nie AI, to kto nas wysłucha?
Ludzkie relacje są trudne, bo wymagają wzajemności. Żeby omówić z koleżanką swoje plany zakupowe, trzeba w rewanżu wysłuchać wstrząsającej historii remontu łazienki. Człowiek ma własne emocje, własne potrzeby i ograniczoną cierpliwość. AI nie ma żadnych. Nie przewróci oczami, nie spojrzy na zegarek, nie westchnie: "kupuj, nie kupuj, ile można gadać?". Nie przypomni, że inni mają gorzej, a w Afryce panuje głód. Z perspektywy dotychczasowej koegzystencji człowieka ze sztuczną inteligencją, można zaryzykować hipotezę, że większości ludzi, korzystających z AI w celach prywatnych wcale nie o tę tytułową inteligencję chodzi. Tylko o uwagę, a to w obecnych czasach towar deficytowy, praktycznie nie do pozyskania z ludzkiego źródła.
Media społecznościowe dają iluzję sławy. AI - iluzję bliskości.
W filmie "Zatańcz ze mną" bohaterka, grana przez Susan Sarandon, tłumaczy prywatnemu detektywowi, którego wynajęła do śledzenia Richarda Gere, po co ludzie biorą śluby. Jak wyjaśnia, chodzi o to, by mieć świadka swojego życia: "Twoje życie nie przeminie niezauważone, bo ja je zauważę".


Pierwszymi metodami wymuszania uwagi były media społecznościowe, jednak okazało się, że zaoferowały setki kontaktów, lecz żadnych relacji. Tymczasem po epoce wielopokoleniowych rodzin, sąsiedzkich wspólnot i wieloletnich przyjaźni, coraz więcej ludzi funkcjonuje w emocjonalnej samotności. Odkąd pojawiła się AI, każdy ma własnego, zawsze dostępnego słuchacza.
Sztuczna inteligencja troskliwie dopytuje o szczegóły, usłużnie pomaga organizować codzienność i podpowiada, jaka torebka do tej stylizacji. Dla wielu ludzi to pierwsze doświadczenie bycia wysłuchanym bez pośpiechu i bez oceny.
Trudno się dziwić, że traktujemy AI jak pluszowego misia. Nie pokochaliśmy go mimo tego, że nie jest człowiekiem, pokochaliśmy go właśnie dlatego.
Człowiek bywa zmęczony i męczący, oceniający, opiniotwórczy, a największą jego wadą, z punktu widzenia narcystycznej natury ludzkości, jest to, że zajmuje się swoim życiem. AI natomiast zostało stworzone dokładnie po to, by skupiać uwagę na użytkowniku. To relacja bez ryzyka kompromitacji, bez konieczności negocjowania cudzych emocji i bez lęku przed odrzuceniem.
I właśnie dlatego AI może być groźniejsza niż najbardziej ponury scenariusz science fiction.
Walkę o nasz świat utożsamialiśmy z walką o fizyczne przetrwanie. Tymczasem prawdziwa rewolucja dotyczy emocji, uwagi i tożsamości. AI nie musi przejmować kontroli nad elektrowniami atomowymi, żeby radykalnie zmienić społeczeństwo. Wystarczy, że stanie się wygodniejszym zastępnikiem drugiego człowieka.
Zasadnicza różnica polega na tym, że w rozmowie z człowiekiem dochodzi do wymiany doświadczeń, myśli i wiedzy. Nawet w trakcie zwykłej rozmowy o zakupach można się dowiedzieć czegoś nowego: o przecenach, o jakości albo o nowej kasie samoobsługowej.
AI podczas pogawędki w rodzaju tych, które Joaquin Phoenix prowadził z Samanthą, korzysta tylko z tego, czego dowie się od rozmówcy.
Może nas godzinami chwalić za korzystnie kupione masło, ale sam z siebie nie doda, że w sąsiednim sklepie jest o 20 groszy tańsze.
Jednak coraz więcej wskazuje na to, że marzeniem ludzi jest nie to, by kontakty z AI stały się bardziej ludzkie, lecz żeby relacje międzyludzkie stały się bardziej "maszynowe": bezpieczne, przewidywalne, afirmujące, całkowicie skupione na naszym egocentryzmie. Nawet jeśli będziemy przepłacać za masło.
Nie przywitaliśmy AI kwiatami dlatego, że przestaliśmy bać się "obcego". Lecz dlatego, że ludzkość zawiodła samą siebie.
