Jestem we wschodnim Kirgistanie, u wybrzeży jeziora Issyk-kul. To piękna, górska kraina wciśnięta pomiędzy Kazachstan a Chiny. Od stolicy kraju, Biszkeku, dzieli mnie niespełna 300 kilometrów, ale mam wrażenie, że znalazłem się w innym świecie. Bardziej autentycznym. Mówiącym wprost. Nieudającym czegoś, czym nie jest.
Wysokie góry - najwyższy szczyt Kirgistanu liczy sobie 7439 metrów - nie wybaczają pozerstwa. Ludzie mieszkający na tych terenach doskonale zdają sobie z tego sprawę.
- Rozumiemy specyfikę naszego kraju. Oczywiście, rozwijamy się, korzystamy z dobrodziejstw techniki, ale to nie sprawia, że automatycznie odrzucamy pomysły, zwyczaje i wynalazki naszych przodków. Stare rozwiązania, które wciąż się sprawdzają, są przez nas wykorzystywane - mówi mi Bolot, kierowca vana, którym podróżuję przez Kirgistan.
To on skontaktował mnie z Aidarem. Obiecał, że za jego sprawą zobaczę coś, co sprawi, że lepiej zrozumiem powyżej przytoczone słowa.
Nie trzeba było mnie namawiać.


Berkut i berkutchi
Aidara poznaję w cichej dolinie położonej majestatycznie pomiędzy stromymi zboczami górskimi. To trzydziestokilkuletni mężczyzna, który postanowił pielęgnować dziedzictwo poprzednich pokoleń i zostać berkutchi. W języku kirgiskim słowo to oznacza łowcę, który poluje z wykorzystaniem berkutów, czyli orłów przednich.
Na tych terenach tradycja ta sięga setek lat wstecz. Ludzie, szukając pożywienia i skór na odzienie, zaczęli oswajać dzikie ptaki. Zrozumieli bowiem, że tylko z ich pomocą są w stanie polować w wysokich, niebezpiecznych i surowych górach.
- W przeszłości polowanie z berkutem było przede wszystkim sposobem zdobywania pożywienia. Jeden dobry ptak mógł zapewnić mięso niewielkiej rodzinie, a nawet całej małej osadzie. Dziś dla mnie jest to przede wszystkim tradycja, miłość do tego zajęcia i osobista pasja. To część naszej kultury i dziedzictwo naszych przodków, które staram się zachować - tłumaczy mi Aidar, który na nasze spotkanie zabrał ze sobą Karakoz.
11-letnia samica orła przedniego jest z nim od drugiego miesiąca życia. To wtedy mężczyzna zabrał ptaka z gniazda i rozpoczął wspólne treningi. Najpierw Karakoz nauczyła się latać. Dopiero później przyszedł czas na sztukę łowiecką.
- Zanim ruszyliśmy na polowanie, musieliśmy zbudować naszą relację. Jako berkutchi stajesz się dla ptaka kimś w rodzaju rodzica: cały czas jesteś przy nim, karmisz go, troszczysz się o niego i stopniowo uczysz wszystkiego, co jest potrzebne - mówi Aidar.
Szkolenie trwa od sześciu miesięcy do nawet roku. Tak naprawdę jednak nauka nie kończy się nigdy. Każde wspólne łowy to kolejne doświadczenie, które udoskonala symbiozę ptaka z człowiekiem.
Do polowań Kirgizi używają wyłącznie samic. Są one większe i silniejsze od samców.


Ptak słucha tylko jednej osoby
Aidar założył specjalną rękawicę, na której natychmiast usadowiła się Karakoz. Berkutchi nie musiał jej zapraszać - orlica zdaje się rozumieć, że to jej miejsce na Ziemi. Ptak jest spokojny, ale zarazem czujny. Rozgląda się, świdrując wzrokiem wszystko i wszystkich wokół.
Kirgiz tłumaczy mi, że potrzebuje teraz kilku minut, aby przygotować siebie i orlicę do treningu łowieckiego. To, co mam zobaczyć, będzie symulacją prawdziwego wysokogórskiego polowania.
- Z berkutami poluję zimą, a latem zajmuję się ich treningiem i przygotowaniem do kolejnego sezonu łowieckiego - mówi Aidar.
Dlaczego zimą? Powód jest prosty. To właśnie wtedy lisy, zające, rysie czy małe wilki mają najgęstsze futra, a ich mięso zawiera najwięcej tłuszczu. Poza tym teren jest odsłonięty, co zapewnia lepszą widoczność.
Treningi, choć nie przynoszą mięsa ani futra, są niezwykle istotne.
- Tej sztuki nie można nauczyć się w kilka dni czy miesięcy. Człowiek cały czas uczy się razem z ptakiem. Każdy berkut ma swój charakter, a berkutchi musi go rozumieć, wyczuwać i odpowiednio z nim pracować - podkreśla Aidar, który właśnie kończy przygotowania.
Mężczyzna dosiada konia i bierze w dłoń sznur, do którego przywiązuje skórę szakala. W tym czasie pojawia się jego młodszy pomocnik, który - wzorem Aidara - chce zostać w przyszłości berkutchim. Na razie musi go bacznie obserwować i wspierać w treningu.
Młodzieniec bierze ptaka i rusza w górę stromego zbocza. Kiedy dociera na szczyt, Aidar podrywa konia do galopu. Dla Karakoz to jasny sygnał - czas rozpocząć polowanie. Natychmiast wzbija się w powietrze, po czym pikuje w kierunku doliny. Kiedy jest tuż nad ofiarą, wyciąga szpony i chwyta skórę.
Wszystko trwa dosłownie kilka sekund. A ja siedzę jak wryty. To, co zobaczyłem, było imponującym międzygatunkowym tańcem śmierci. Aidar i Karakoz działali jak jeden organizm w dwóch ciałach.
Kiedy mężczyzna podjeżdża do mnie na koniu, w mojej głowie kłębią się tysiące pytań. Zadaję pierwsze z nich. Jak to możliwe, że wypuszczona wolno orlica nie chce uciec, tylko wraca do swojego berkutchiego? Mowa wszak o dzikim, drapieżnym zwierzęciu.
- Jak wspominałem - celem treningu jest wytworzenie szczególnej więzi pomiędzy ptakiem a człowiekiem. Jeśli to się powiedzie, berkuty nie opuszczą swojego właściciela. Rozpoznają jego głos i wygląd. Każda orlica słucha tylko jednego człowieka. Jeśli inny berkutchi przyjdzie i spróbuje kierować moim ptakiem, nie będzie go słuchał tak, jak słucha mnie - odpowiada Aidar.


Została garstka
XXI wiek zbiera swoje żniwo także w Kirgistanie. Choć kraj wciąż jest daleki od masowej turystyki, nie brakuje w nim pozornych berkutchi. Takich, którzy "polowaniem" zajmują się wyłącznie na potrzeby zagranicznych gości. Prawdziwych łowców zostało, według różnych szacunków, kilkudziesięciu. Garstka.
Pytam o tę kwestię Aidara, który ze wszystkich sił chce chronić autentyczną spuściznę swoich przodków.
- Turystyka rzeczywiście wpłynęła na tę dziedzinę. Polowanie z berkutem stało się popularne jako atrakcja stosunkowo niedawno. Dla mnie jednak nie jest to sposób na zarabianie pieniędzy na turystach. Zajmuję się tym przede wszystkim dlatego, że kocham berkuty, a także sam proces polowania i treningu - wyjaśnia mi Kirgiz.
Aidar przyznaje jednak, że pokusa szybkich pieniędzy jest wśród jego rodaków silna. Zwłaszcza że tradycja berkutchich wyróżnia Kirgistan na tle innych krajów.
- Niektórzy myślą, że to łatwe: złapać berkuta, szybko go wyszkolić i zacząć zarabiać. Tacy ludzie zazwyczaj nie potrafią jednak nawiązać prawdziwej relacji z ptakiem. Berkut ma skomplikowany charakter i trzeba umieć go zaakceptować oraz cierpliwie z nim pracować. Bez miłości do orlicy nic z tego nie wyjdzie - przekonuje berkutchi.
Mój rozmówca śmiało może powiedzieć o sobie, że berkutom poświęcił całe dotychczasowe życie. Naukę obchodzenia się z ptakami rozpoczął jako dziecko.
- Przede wszystkim obserwowałem starszych berkutchi, pomagałem im i czerpałem z ich doświadczenia. To jedyna słuszna droga, ponieważ berkut to bardzo trudny ptak. Nie można po prostu go zawołać i oczekiwać, że od razu przyleci. Nie można też po prostu wypuścić go na polowanie i oczekiwać, że złapie zdobycz. Trzeba nawiązać z nim bardzo silną więź i traktować go niemal jak dziecko: nie bić, nie krzyczeć na niego, nie wyrządzać mu krzywdy, lecz okazywać cierpliwość i troskę - wykłada swoją filozofię Aidar.
Mężczyzna dorastał w rodzinie berkutchi. Jego przodkowie także zajmowali się szkoleniem orlic.
Czas zwrócić orlicę naturze
Berkuty to zwierzęta długowieczne. Ich średnia długość życia wynosi 50-60 lat. Nie oznacza to jednak, że przez cały ten czas polują, służąc człowiekowi.
- Przychodzi taki czas, w którym sami wypuszczamy berkuty z powrotem na wolność. Nie jest to przypadkowe odejście ptaka, lecz nasza świadoma decyzja - zaczyna nowy wątek Aidar.
Orlice, jak już wiemy, trafiają do berkutchi jako kilkumiesięczne pisklaki. Wszystkiego uczą się pod czujnym okiem swoich właścicieli, którzy następnie korzystają z nich przez 10-15 lat. Po tym czasie łowcy zwracają naturze to, co jej zabrali.
- Przed wypuszczeniem przygotowujemy ptaka. Mniej więcej rok wcześniej przestajemy prowadzić z nim intensywne treningi. Po prostu dobrze go karmimy i stopniowo przyzwyczajamy do spokojniejszego trybu życia. Następnie wypuszczamy go na wolność - tłumaczy procedurę berkutchi.
Rozstanie z ptakiem nie jest łatwe. Orlica i jego właściciel wiele razem przeszli. Spędzili niezliczone godziny, przebijając się przez śniegowe zaspy w wysokich górach. Brali za siebie nawzajem odpowiedzialność. Stworzyli partnerską relację.
Berkutchi wiedzą jednak, że ptak nie jest ich własnością. Wypożyczyli go od matki natury, a kiedy nadejdzie odpowiedni czas, trzeba oddać swój dług.
- Przez ten czas berkut staje się dla człowieka nie tylko zwierzęciem, ale prawdziwym przyjacielem i częścią jego życia. Rozumiemy jednak, że jest to dzikie stworzenie i w pewnym momencie trzeba zwrócić mu wolność. To również część naszej odpowiedzialności wobec ptaka - konkluduje Aidar.
***
Karakoz posłuży mu jeszcze kilka lat. Powoli jednak musi oswajać się z myślą, że pewnego dnia przyjaciółka spojrzy na niego po raz ostatni. I odleci. Kiedy on straci ją z zasięgu wzroku, ona być może jeszcze obejrzy się za siebie i dostrzeże go z odległości trzech kilometrów.
Orlica dalej będzie robić to, czego nauczył ją Aidar. Ale już bez jego pomocy.
