Co wiadomo o polskich ofiarach nazistowskiej "eutanazji", niepełnosprawnych dzieciach, chorych psychicznie dorosłych, uznawanych za wiodących nic niewarte życie? Niewiele. Do pamięci o nich powraca Kalina Błażejowska, autorka książki "Bezduszni. Zapomniana zagłada chorych". Autorka na przykładzie m.in. zakładu psychiatrycznego w Gostyninie odsłania mniej znane, wstrząsające karty historii. Sporo miejsca poświęca także lekarzom - nazwisko jednego z nich długo czekało na upamiętnienie.
Karol Mikulski urodził się 13 czerwca 1901 w Kijowie, w rodzinie o tradycjach inteligenckich. Jego ojciec - Antoni Feliks Mikulski - był lekarzem psychiatrą, matka Maria Grodecka pianistką. Młody Karol poszedł w ślady swojego ojca, studiował medycynę w Krakowie, Wilnie oraz w Warszawie, dyplom otrzymując w 1927 r. Pracował jako lekarz i psycholog w szkołach, a także we własnej poradni. Ważnym momentem w jego karierze jest rok 1934 - wtedy to został ordynatorem w Szpitalu dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Gostyninie. Jednocześnie był także wicedyrektorem tej placówki.
Już pracując w Gostyninie wybrał się w podróż naukową podczas której odwiedził szpitale psychiatryczne m.in. w Niemczech i Francji. Szczególnie zachwyciła go niezwykle nowoczesna jak na tamte czasy klinika we Frankfurcie, o czym pisze w swojej książce Kalina Błażejowska. Mikulski podczas tej podróży miał okazję zobaczyć także szpital w Heidelbergu. W książce czytamy:
"W zakładzie w Heidelbergu uderzyło go, że prawie wszystkie łóżka stoją puste i prawie każdy kąt jest świeżo wyremontowany lub w remoncie. 'Zajęci są wszyscy - stąd spokój i brak podnieceń nawet na salach dla chorych niespokojnych, gdzie chorzy ci zwijają bandaże lub wykonują podobne prace (...). Klinika heidelberska pozostanie mi na długo w pamięci jako przykład tego, co może zrobić konsekwentnie przemyślana i zorganizowana terapia pracą. Z drugiej jednak strony wywyższanie tej metody ponad inne wydaje mi się pewną przesadą'. Odnotował też, że asystenci załatwiają sprawy eugeniczno-sterylizacyjne. Czyli na podstawie wyroków sądów zdrowia dziedziczonego pozbawiają płodności chorych psychicznie, neurologicznie, niepełnosprawnych i alkoholików - co kierownik kliniki Carl Schneider uznaje za środek do 'wypełnienia nowego czasu nowymi ludźmi'. Czy Mikulskiemu to się podoba - nie wiadomo. Refleksji na ten temat nie zapisał".
Zanim przejdziemy do wydarzeń z Gostynina, należy wspomnieć, że doktor Karol Mikulski wychował się w tradycjach antykomunistycznych, nieufność do bolszewików wyniósł z domu. Wspominała to niejednokrotnie jego córka, Izabella Galicka, która aż do swojej śmierci w 2019 r. szerzyła pamięć o psychiatrze. Według jej opowieści kampanię wrześniową Mikulski spędził w podlaskiej Sokółce, gdzie spotkał swojego przyjaciela psychiatrę Kazimierza Szczytta-Niemirowicza. Tam Sowieci wzięli ich do niewoli, wsadzili w bydlęce wagony i wysłali do Kozielska. Mikulski od razu chciał uciekać, bezskutecznie przekonując towarzyszów, że jadą na śmierć.
- W całym wagonie nie zdołał nikogo przekonać. A że miał przy sobie pilnik, taki do paznokci, tylko trochę grubszy, to zaczął piłować drut z kłódką. Piłował, piłował, dość długo to trwało, całą podróż z Sokółki aż pod Smoleńsk. Tam wyskoczył - w nocy, gdy pociąg zwolnił na zakręcie. Miesiąc prawie wracał wzdłuż torów. Szedł tylko nocami, bo bał się, że ktoś go zauważy w polskim mundurze. Nie wiem, czym się żywił, pewnie jakimiś jagódkami, pił wodę ze źródełek. Aż zorientował się, że jest w Polsce, zaszedł do jakiejś chałupy i dostał cywilne ubranie. Doskonale pamiętam, jak wrócił. Dzwonek do drzwi, ja akurat pobiegłam otworzyć - cytuje wspomnienia Izabelli Galickiej w swojej książce Kalina Błażejowska.
Jak miało się wkrótce okazać, doktor Karol Mikulski wymknął się jednej machinie śmierci, ale to nie był koniec jego walki - po powrocie do pracy lekarza w szpitalu psychiatrycznym miały czekać go dylematy ponad siły wielu osób.
Gostynin przed wojną był spokojnym miasteczkiem, z wieloma Żydami, istniała tam także mniejszość niemiecka. Miejscowość została zajęta przez Niemców 16 września 1939 r. i od razu zaczynają tam oni swoje okrutne "porządki". Księdza zaganiają do mycia wojskowych ciężarówek, rabinowi rozkazują zbierać do jarmułki końskie łajno. Kalina Błażejowska w swojej książce wspomina także o tym, że setki mieszkańców Gostynina zamykają w kościele bez jedzenia i wody. Po dwóch dniach wypuszczają Polaków, ale Żydom każą sprzątać gołymi rękami pozostały tam mocz i kał.
Co dzieje się w tym momencie w szpitalu psychiatrycznym? Leżą tam nie tylko chorzy psychicznie, ale także chronią się cywile i żołnierze. Wśród personelu przeważają kobiety, ponieważ mężczyźni są na froncie. Zmobilizowany został nawet dyrektor szpitala, Wilczkowski. Na stanowisku zastępuje go dr Anna Kulikowska, słynąca z oddania pacjentom i nienagannej postawy moralnej.
To ona odnotowuje pierwszą wizytę niemieckiego żołnierza w szpitalu w Gostyninie, lekarka pisze także o stanie, w jakim byli Mikulski i Wilczkowski, gdy wkrótce powrócili do pracy. Z jej zapisków wiemy, że ten pierwszy po ucieczce z transportu do Smoleńska i długiej pieszej wędrówce był nie tylko zmęczony, ale też załamany. Nie wierzył w odzyskanie niepodległości, trudno było mu dojść do równowagi psychicznej i fizycznej, chociaż do pracy z chorymi wrócił. Co innego dyrektor Wilczkowski, który zamiast na snuciu czarnych wizji skupia się na pracy, nie okazując strachu, chociaż był osobą o żydowskim pochodzeniu, więc zdecydowanie miał powody do obaw. W pewnym momencie poleca rodzinom chorych ze szpitala w Gostyninie, aby przyjechały po swoich bliskich. Wiele osób jednak miało spore wątpliwości i odpisywało na te prośby sugerując, że w szpitalu jest zapewne bezpieczniej niż w domach, bo w tamtym czasie wszyscy bali się o to, że mogą zostać gdzieś wywiezieni czy po prostu zamordowani, a kto wtedy zająłby się chorym krewnym?
Nadchodzi początek lutego 1940 r., gdy Niemcy przystępują do realizacji dobrze znanego już sobie scenariusza. Chodziło o to, aby wywozić chorych pod pretekstem przewiezienia do innych placówek. Tak stało się 3 lutego, gdy w mroźny dzień niemieccy żołnierze pojawili się w Gostyninie. Jak opisuje Kalina Błażejowska, przy sobie mieli listę najbiedniejszych pacjentów z powiatu sierpckiego, leczonych na koszt gminy. Personel poinformowali, że Sierpc został przyłączony do Prus Wschodnich, chorych należy więc przewieźć do pruskiego szpitala, bo w Gostyninie nikt za nich nie zapłaci.
Pracownicy oczywiście nie dowierzają, bo cała scena nie przypominała transportu medycznego. Nikt nie był zainteresowany nawet odebraniem kartotek pacjentów - Niemcy wzięli jedynie walizki.
Po tym wydarzeniu szpital w Gostyninie żyje w strachu - boją się pacjenci, boi się personel. Każdego dnia zastanawiają się, czy Niemcy pojawią się znowu? Jeśli tak to kiedy i kogo zabiorą? I faktycznie, już 27 lutego przyjeżdżają po kilkanaście osób.
Kilka dni później w placówce pojawia komisja złożona z oficera Gestapo i dwóch cywilów. Przejmują zarząd, zwalniają z funkcji dyrektora Wilczkowskiego, a nazwę szpitala zmieniają na Powiatowy Zakład Leczniczy. Od tego momentu dokumentacja ma być prowadzona w języku niemieckim.
Jak czytamy w książce Kaliny Błażejowskiej, nowe porządki najgorzej znosi doktor Karol Mikulski. O tym wszystkim zaprzyjaźnionej psycholożce Irenie Chmieleńskiej opowiada żona lekarza - Jadwiga Mikulska. Chmieleńska wiele lat po wojnie przekazała tę relację w liście do gazety "Głos Gostyniński". Wynika z niej, że właśnie wtedy rozpoczęły się naciski na dr Mikulskiego odnośnie przeprowadzenia selekcji chorych. W związku z tym sugerowano podział pacjentów na zdolnych i niezdolnych do pracy. Mikulski opierał się jednak temu i bezustannie tłumaczył Niemcom, że medycyna nie pozwala na stawianie takich diagnoz czy prognoz. Naciski jednak nasilały się.
W filmie zamieszczonym na kanale "Świadkowie Epoki" w serwisie YouTube córka Mikulskiego, Izabella Galicka, wspominała te momenty, powołując się na zapiski z pamiętnika dr Kulikowskiej. Według nich lekarz bezpośrednio w rozmowach w szpitalu mówił, że nie może wydać na śmierć tych, których powierzono jego opiece.
Dostał ultimatum - albo podpisze listę, której oczekiwali Niemcy, albo będzie aresztowany i trafi do obozu. Dr Karol Mikulski miał jeden dzień do namysłu, nazajutrz miał przekazać listę pacjentów. Izabella Galicka dokładnie pamiętała sytuację, gdy późnym wieczorem rodzice rozmawiali - dziewięcioletnia wtedy dziewczynka starała się podsłuchać, ale niczego nie zrozumiała, jedynie, że rozmowa dotyczy czegoś strasznego. Gdy dziewczynka leżała już w łóżku, ojciec, jak miał w zwyczaju, przyniósł jej herbatę. Tym razem jednak także wziął do pocałowania jej rękę, czego nigdy wcześniej nie robił. Następnie poszedł do gabinetu.
Według wspomnień Galickiej nazajutrz rano matce zabrakło w kuchni zapałek, wysłała więc dzieci do pokoju ojca, aby je przyniosły. Dziewczynka wbiegła do gabinetu, widząc leżącego na tapczanie Mikulskiego podeszła go pocałować. Był zimny, martwy. Słysząc krzyk dzieci, do pomieszczenia wbiegła także Jadwiga Mikulska, również zareagowała krzykiem. Hałasy ściągnęły mieszkającego niżej dyrektora Wilczkowskiego i jego żonę. Jak pisze w "Bezdusznych" Kalina Błażejowska, Jadwiga Mikulska rozpaczliwie wołała, żeby ratować jej męża, bo chyba ma letarg, był przecież zupełnie zdrowy. Wilczkowski jednak nie miał wątpliwości - chwycił za słuchawkę i wezwał dr Kulikowską informując, że dr Mikulski popełnił samobójstwo.
W pogrzebie dr Mikulskiego wzięło udział kilka tysięcy ludzi, a uroczystość przybrała formę narodowej manifestacji.
Dziewięcioletnia w chwili śmierci ojca Izabella nie ma pojęcia o samobójstwie - matka mówi jej, że umarł on na "ślepą kiszkę", a prawdę poznała już jako nastolatka, po wojnie, przypadkiem widząc dokument z zaświadczeniem Wilczkowskiego o samobójczej śmierci dr Mikulskiego.
Jak wspominała, zaczęła drążyć temat, pytać brata i innych członków rodziny, zastanawiać się. Miała dylemat - czy ojciec był tchórzem, czy bohaterem?
- Bardzo się z tym zmagałam. Późno zrozumiałam, że to co zrobił, było heroiczne: był wierny przysiędze Hipokratesa. Dziś myślę, że ojciec nie miał wyboru. Wiedział, co to znaczy "lista niezdolnych do pracy", którą kazali mu podać, widział przecież pierwsze wywózki. Nie wyobrażał sobie życia z takim ciężarem - cytuje w swojej książce wspomnienia Izabelli Galickiej Kalina Błażejowska.
Córka psychiatry mówiła także o tym, że ojciec był w złym stanie psychicznym, załamany klęską Polski. Choć rodzina nie zauważała u niego oznak depresji, coś było nie tak.
- Czy widuję go w snach? Bardzo długo już mi się nie śnił. Ale śnił mi się: że wrócił i że wszystko wygląda tak jak dawniej. On jest młody, a ja jestem mała... I się cieszę, że jest.
Izabella Galicka, ceniona historyczka sztuki odznaczona m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, zmarła 1 listopada 2019 r.
Dr Karol Mikulski nie był postacią jednoznaczną. Jak wielu lekarzy swojej epoki, wierzył w eugenikę - należał nawet do Polskiego Towarzystwa Eugenicznego. Popierał sterylizację, widząc w niej narzędzie, które mogło pomóc ograniczyć choroby. Widział tu jednak rozwiązanie naukowe, daleko mu było do zbrodniczej ideologii. Gdy jednak idea zderzyła się z praktyką niemieckiego totalitaryzmu, poznał jej prawdziwe oblicze.
Izabella Galicka w filmie "Śmierć psychiatry. Eugenika i totalitaryzm" mówiła, że jej ojciec prawdopodobnie w noc swojej śmierci uświadomił sobie w pełni, czym jest eugenika w rozumieniu nazistowskim i do czego może prowadzić podporządkowanie medycyny ideologii. Dr Karol Mikulski umarł jak lekarz - wierny przysiędze, nie przekraczając granicy, płacąc najwyższą cenę.
O pamięć o nim rodzina upomniała się latami. Dopiero po 70 latach po jego śmierci, dzięki staraniom córki oraz zaangażowaniu dr Anny Kalinowskiej z gostynińskiego szpitala, w budynku zawisła tablica pamiątkowa. To nie tylko hołd dla jednego człowieka, ale także przypomnienie, jak cienka może być granica między nauką a zbrodnią.