"Gdy ruch oporu na podstawie swych obserwacji ustali drogę, którą zwykle przemierza funkcjonariusz, przeprowadzenie udanego zamachu nie przedstawia już najmniejszej trudności. Świadczy o tym dobitnie przypadek Kutschery. Ważne osobistości nie powinny jeździć stale tą samą drogą, a przede wszystkim muszą nieustannie trzymać broń w pogotowiu.
Kiedy np. jedzie się przez las, należy lufę pistoletów wystawiać za okno. Polski wróg jest z natury swej słaby i tchórzliwy. Wystarczy parę ślepych strzałów, by go spłoszyć.
Należy też zachowywać bezwzględną ostrożność podczas rozmów telefonicznych, gdyż są one wszystkie podsłuchiwane" - instruował dygnitarzy zebranych na konferencji przeprowadzonej kilka godzin po śmierci Kutschery, SS-Gruppenführer Wilhelm Koppe - dowódca SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie (GG).
Brawurowa akcja Armii Krajowej (AK), zorganizowana w sercu największego polskiego miasta, wstrząsnęła niemiecką administracją okupacyjną. Na prowincji z problemem zamachów na funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego, wykazujących szczególną gorliwość w zaprowadzaniu terroru, mierzyli się oni jednak od wielu miesięcy. Oczywiście, dotykały one gestapowców czy żandarmów znacznie niższego, nieporównywalnego z "katem Warszawy" szczebla, ale lokalnie - na poziomie powiatów - budzących niemniejszą grozę.
Jesienią 1943 roku działania te zostały usankcjonowane w specjalnej instrukcji Kierownictwa Dywersji (Kedyw) AK: "Akcję terrorystyczną przy pomocy wszystkich możliwych środków należy zaostrzyć, uderzając przede wszystkim w Niemców specjalnie szkodliwych i bestialskich dla ludności polskiej".
W latach 1943-44 do wielu tego typu uderzeń podziemia doszło w dystrykcie radomskim GG, obejmującym swym terytorium większość przedwojennego województwa kieleckiego oraz południowo-wschodnią część województwa łódzkiego. Przyjrzyjmy się głośniejszym z nich.


Radomsko. Willi Berger
"27 maja w Radomsku na ulicy zastrzelono dwóch niemieckich urzędników policji" - odnotowano sucho w wewnętrznym meldunku dziennym wojskowej administracji GG (Wehrkreiskommando GG) datowanym na 29 maja 1943 roku.
Za niepozornym, lakonicznym doniesieniem, które spłynęło z kieleckiej nadkomendantury polowej Wehrmachtu, krył się bodaj pierwszy w okupowanej Polsce podobny sukces podziemia - likwidacja szefa powiatowej ekspozytury Gestapo, SS-Untersturmführera Willi Bergera wraz z zastępcą, SS-Hauptscharführerem Johannem Wagnerem.
Urzędujący w Radomsku od kilkunastu miesięcy Berger, wraz ze swym zastępcą - Wagnerem, odpowiadali za terror wobec ludności polskiej i żydowskiej. Szczególny rozgłos wywołało publiczne powieszenie 11 mieszkańców pobliskiej wsi Dmenin latem 1942 roku. Wśród ofiar egzekucji, zarządzonej w odwecie za przypadkową śmierć volksdeutscha, znalazło się bowiem również dziecko. Wiadomość wstrząsnęła okolicą.
Wiosną 1943 roku w kierownictwie Obwodu AK Radomsko zapadła decyzja o likwidacji gestapowców.
Wkrótce, w biały dzień, w pobliżu siedziby radomszczańskiej placówki Sicherheitspolizei (Sipo; Policja Bezpieczeństwa), co samo w sobie stanowiło demonstrację siły podziemia, wyrok na obu słynących z okrucieństwa Niemcach został wykonany. Akcję przeprowadzili Bolesław Skura-Skoczyński "Robotnik", oficer AK i przedwojenny działacz Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), wraz ze swoim podkomendnym, Zygmuntem Czerwińskim "Stawem". Po zgładzeniu gestapowców, akowcy z powodzeniem zbiegli z miejsca zamachu.
Zaskoczeni i skonsternowani precedensową akcją Niemcy nie zdecydowali się na zastosowanie środków odwetowych wobec okolicznej ludności.
Nie była to bynajmniej ostatnia tego typu akcja w Radomsku. W Święta Bożego Narodzenia 1944 roku, na niespełna trzy tygodnie przed końcem okupacji, bojowcy komunistycznej Armii Ludowej zaskoczyli znanego z brutalności szefa lokalnej placówki Gendarmerie (Żandarmeria), Augusta Dehna.
"26 grudnia o godzinie 19:00 - donosił stosowny meldunek Sipo - komendant żandarmerii Dehn wraz z dwoma innymi funkcjonariuszami wdał się w wymianę ognia z oczekującą w ukryciu bandą liczącą około 12 osób. Dehn odniósł śmiertelne rany w głowę i klatkę piersiową. Towarzysząca żandarmom Niemka nazwiskiem Switalski również została śmiertelnie ranna. Pistolet Dehna skradziono. Natychmiastowo podjęty pościg za bandą nie przyniósł rezultatu".
Tym razem jednak nie obeszło się bez odwetu. Trzy dni po akcji Niemcy ogłosili rozstrzelanie - "za napady na urzędników policji i żołnierzy niemieckich w mieście Radomsko" (członkowie AL oraz AK przeprowadzili ich pod koniec 1944 roku więcej) - 20 osób, aresztowanych za działalność lub związki z podziemiem komunistycznym.


Jędrzejów. Helmut Kapp
"Praktyczne wskazówki dla rolników. Poplony w warzywnictwie". "Pas cnoty u ptaków i 44-centrymetrowy człowiek. Drobiazgi ze świata". "Spór o port Artica. Boliwia domaga się dostępu do morza".
Takie tematy zaproponowała swoim czytelnikom w pierwszym czerwcowym numerze z 1943 roku redakcja wydawanego w Jędrzejowie gadzinowego "Nowego Czasu". Nie było słowa o tym, czym faktycznie od dwóch dni żyło miasto - o publicznym zastrzeleniu budzącego grozę gestapowca, SS-Unterscharführera Helmuta Kappa.
Pomimo stosunkowo niskiego, ledwie podoficerskiego stopnia, odznaczający się sadyzmem Kapp odgrywał w lokalnej placówce Gestapo niebagatelną rolę. Pochodzący ze Śląska - przed wojną był obywatelem polskim, posługiwał się nazwiskiem Kapuścik - funkcjonariusz-volksdeutsch był bowiem tłumaczem i naczelnym specjalistą od tzw. badań, czyli brutalnych przesłuchań.
Z tego też względu uchodził za szczególnie groźnego dla podziemia. Początkowo - dla uniknięcia represji wobec ludności - usiłowano go otruć. Bezskutecznie, wobec czego kierownictwo Obwodu AK Jędrzejów zleciło rozpracowanie Kappa i wykonanie na nim wyroku.
Gestapowiec, często ostentacyjnie i władczo przechadzający się jędrzejowskimi ulicami ze swoim owczarkiem niemieckim, pozostał postrachem miasta do 31 maja 1943 roku. Wówczas, niemal w samo południe, na jego drodze stanął patrol dywersyjny AK dowodzony przez Hieronima Piaseckiego "Zolę".
W wyniku wymiany ognia Kapp został ciężko ranny i wkrótce zmarł w szpitalu. Podczas akcji zginął też przebywający z nim kierowca jędrzejowskiego Gestapo nazwiskiem Tierling.
Wkrótce, w akcie zemsty, Niemcy zamordowali 11 mieszkańców miasta.
Opatów. Otto Schultz
O Opatowie po raz pierwszy głośno w podziemnej prasie zrobiło się wczesną wiosną 1943 roku, kiedy to brawurową akcję odbicia więźniów z lokalnego aresztu - we współpracy z tutejszymi strukturami AK - przeprowadził lokalny oddział partyzancki "Jędrusie".
Sprawa ataku, który istotnie uderzył w autorytet niemieckiej administracji, a przy tym stanowił rażący przykład narastającej zuchwałości podziemia, otarła się wówczas nawet o posiedzenie rządu GG.
"W samym centrum pewnego miasta - referował gubernator radomski Ernst Kundt, omawiając wzrost aktywności podziemia na swoim terenie - bandyci zdołali uwolnić 19 swoich towarzyszy; cała akcja trwająca zaledwie pół godziny odznaczała się techniczną sprawnością najwyższej klasy, zaś ludzie biorący w niej udział - wojskowym wyrobieniem".
W rzeczywistości podczas ataku - co poświadczają sporządzone na bieżąco niemieckie dokumenty - uwolniono w sumie nie 19, a 28 osób, choć w polskich przekazach na ten temat spotkać można i liczby znacznie wyższe.
Także jesienią 1943 roku lokalne władze okupacyjne przyjęły poważny cios. Podczas obławy na oddział komunistycznej Gwardii Ludowej w niedalekim Zochcinie zginął SS-Untersturmführer Karl Donath - szef opatowskiej placówki Sicherheitsdienst (SD; Służba Bezpieczeństwa).
Nie był to jednak koniec. 29 czerwca 1944 roku po raz kolejny uderzyli akowcy. Tym razem celem był następca Donatha, Otto Schultz. Akcja była odwetem za liczne egzekucje, przeprowadzane ostatnimi czasy w okolicznych miejscowościach. W pobliskiej Koprzywnicy Niemcy rozstrzelali 40 osób; w Lesie Kleczanowskim - 12; w Ujeździe - 70.
W środku dnia, zaraz po wyjściu z siedziby opatowskiego starostwa, gestapowcowi drogę zagrodzili akowcy z patrolu pod dowództwem Bronisława Ostrowskiego "Cichego". Schultz nie zdążył sięgnąć po broń. Zginął na miejscu.
Po akcji Niemcy nie zarządzili represji. Niestety podczas odwrotu ciężko ranny został jeden z zamachowców, Zbigniew Duś "Sierpień". Nie mogąc uciekać przed pościgiem, popełnił samobójstwo.


Busko. Maximilian Peter
SS-Oberscharführer Maximilian Peter przybył do Buska latem 1943 roku. Wraz z zasileniem przez niego lokalnej ekspozytury Sicherheitspolizei, skala terroru i represji na tutejszym terenie diametralnie wzrosła.
Przed pojawieniem się w Busku współodpowiadał m.in. za likwidację getta w Ostrowcu Świętokrzyskim. W jej wyniku ponad 10 tys. żydowskich obywateli miasta zostało wysłanych do obozu śmierci w Treblince i tam zamordowanych. Kolejne 2 tys. zgładzono na miejscu.
Peter znany był z sadyzmu wykazywanego podczas przesłuchań, które często prowadził osobiście. Osobiście też brał udział w egzekucjach aresztowanych Polaków, przeprowadzanych m.in. w pobliskim Lesie Wełeckim.
Wyrok na gestapowca zapadł już w marcu 1944 roku, niemniej dwie pierwsze próby jego wykonania zakończyły się fiaskiem.
Inaczej było 11 lub 12 lipca - nie ma pewności, która z dat jest właściwa - gdy w rejonie buskiego rynku, wraz ze swoim współpracownikiem, został zaatakowany przez patrol likwidacyjny AK pod dowództwem Michała Lasaka "Kaczmarka". Mimo odniesionych ran, gestapowiec podjął próbę ucieczki. Został jednak dogoniony i dobity przez akowców, którzy po wykonaniu zadania sprawnie wycofali się z miasta.
"Busko. […] Bandyci zastrzelili funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa" - odnotowano w kilka dni później w meldunku dziennym Wehrkreiskommando GG.
Tym razem Niemcy sięgnęli po metodę odpowiedzialności zbiorowej. Wkrótce, w odwecie za udany zamach na Petera, rozstrzelano 29 aresztowanych Polaków.


Skarżysko-Kamienna. Leo Metza
Na początku sierpnia 1944 roku, gdy front wschodni dotarł do Wisły, zachowanie wielu przedstawicieli lokalnych władz okupacyjnych cechowały panika i szykowanie się do ewakuacji. Nastrój niepokoju wzmagało przekonanie, że do rozpoczęcia walk powstańczych lada chwila dojdzie także poza Warszawą.
"Ponieważ z godziny na godzinę należy liczyć się z wybuchem powstania [w dystrykcie radomskim GG - BW] proszę o natychmiastowe poczynienie starań, aby wspólnie z Wehrmachtem ująć w największych miastach tamtejszego obszaru służbowego (przede wszystkim w Radomiu i Częstochowie) możliwie największą liczbę Polaków (do 10 tys. w każdym wypadku), których z chwilą wybuchu powstania należy niezwłocznie rozstrzelać" - depeszował jeszcze 6 sierpnia do radomskiego urzędu Sipo i SD ich krakowski zwierzchnik, SS-Brigadeführer Walter Bierkamp.
Na kilka dni przed odebraniem w Radomiu rzeczonego, złowrogiego polecenia, lokalne struktury AK w Skarżysku-Kamiennej otrzymały informację, że opuścić miasto planuje Leo Metza - ponuro osławiony szef lokalnej placówki Kriminalpolizei (Policja Kryminalna), ściśle współpracującej z Gestapo i żandarmerią.
Był on przedwojennym polskim policjantem, który jednak po klęsce 1939 roku przeszedł na stronę wroga. Jak często w takich przypadkach bywa, wysługiwał mu się ze szczególną gorliwością.
Odpowiadał za śmierć wielu Polaków i Żydów. Miał na koncie choćby udział w bezwzględnych pacyfikacjach nieodległej od Skarżyska wsi Michniów, gdzie latem 1943 roku zamordowano ponad 200 osób, a dziś znajduje się Muzeum Martyrologii Wsi Polskiej.
Wyrok na Metzę podziemie wydało już wiosną 1943 roku, ale przez wiele miesięcy nie udawało się go wykonać. W obliczu otrzymanych wiadomości, uznano, że mogą to być ostatnie godziny na wymierzenie sprawiedliwości.
Akowcom pomógł przypadek. Zbrodniarza nie udało się bowiem zaatakować w jego drodze na dworzec kolejowy 5 sierpnia nad ranem, ale w wyniku działań dywersyjnych komunistycznej partyzantki połączenia kolejowe na linii Skarżysko-Końskie zostały zawieszone. Metza udał się więc oczekiwać na ich wznowienie do pobliskiej restauracji.
Wkrótce zjawił się tam również patrol likwidacyjny AK Tadeusza Matejszczaka "Kciuka".
"5.8 w [Skarżysku-]Kamiennej, w polskiej restauracji Gellerów, uzbrojony bandyta postrzałami w głowę i ramię zabił sierżanta sztabowego Policji Kryminalnej Leo Metzę. Pościg zorganizowany przez siły policyjne jak dotąd nie przyniósł skutków" - odnotowano dwa dni później w meldunku dziennym radomskiego urzędu Sicherheitspolizei.
Represji wobec okolicznej ludności tym razem nie zastosowano.
Żarki. Julius Schubert
Bliski uniknięcia odpowiedzialności był też inny zbrodniarz - Julius Schubert, zastępca szefa posterunku Gendarmerie w Żarkach. Ze względu na swoje okrucieństwo w okolicy znany jako "krwawy Julek".
Próbę jego zlikwidowania żołnierze AK podjęli już wiosną 1944 roku. Bezskutecznie, w dodatku podczas nieudanej akcji zginęło kilku zamachowców.
Diametralnie odmienne były jednak rezultaty zasadzki, zorganizowanej u samego schyłku okupacji, bo dopiero 9 listopada 1944 roku, przez oddział AK Stanisława Wencla "Twardego", wywodzący się z Gwardii Ludowej PPS.
Żandarmi z Żarek tego właśnie dnia zaplanowali ekspedycję mającą na celu dokonanie rekwizycji w okolicznych wsiach. W rabunkowej eskapadzie towarzyszyć mieli im polscy funkcjonariusze tzw. policji granatowej. Po drodze 20-osobowa grupa natknęła się jednak na ludzi "Twardego".
W meldunku Wehrkreiskommando GG na temat tego zdarzenia stwierdzono:
"9.11 między miejscowościami Janów i Żarki (24 km na południowy wschód od Częstochowy) banda w sile 50 ludzi napadła na pododdział żandarmerii prowadzący rekwizycję. 4 żandarmów i 4 policjantów granatowych zginęło. 1 żandarm i 1 policjant granatowy odnieśli rany".
Z bardziej precyzyjnego doniesienia radomskiego urzędu Sipo i SD na temat rzeczonego zdarzenia wynika z kolei, że wśród zabitych, obok Schuberta, był również jego przełożony - komendant posterunku Gendarmerie w Żarkach Fichter. Ponadto akowcy-socjaliści, nie ponosząc żadnych strat własnych, zdobyli ręczny karabin maszynowy, osiem pistoletów maszynowych i spory zapas amunicji.
Zemsty na okolicznej ludności nie było. Wkrótce depesza o udanej akcji dotarła do Londynu, a "Twardy" został odznaczony krzyżem Virtuti Militari.
* * *
To tylko wybrane, głośniejsze w skali dystryktu, przykłady. Sprawiedliwość ze strony Polski Podziemnej dosięgnęła tu znacznie większą liczbę wyróżniających się okrucieństwem okupantów.
W zamachach ginęli zresztą nie tylko funkcjonariusze formacji policyjnych. W Końskich zlikwidowany przez akowców został na przykład znienawidzony powiatowy zarządca rolno-gospodarczy (Kreislandwirt) Eduard Fitting; w Kielcach - volksdeutsch-koordynator gestapowskiej siatki konfidenckiej, Franz Wittek; z kolei w Częstochowie - znany ze znęcania się nad więźniami komendant karnego obozu pracy w Rudnikach, Hugo Schultz.
Oczywiście, niejednokrotnie ceną za tego typu akcje były represje wobec okolicznej ludności czy wziętych uprzednio zakładników. Z drugiej strony, Niemcy stosowali zbiorowe akty terroru za znacznie mniejsze - czasem jedynie domniemane - przewinienia. Nierzadko też pretekstów nie potrzebowali w ogóle.
Tymczasem - wnioskując po rezultatach powojennych prób dochodzenia sprawiedliwości - z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć można, że gdyby nie wyroki podziemia, większość spośród wspomnianych zbrodniarzy uniknęłaby odpowiedzialności.
