Reklama

Rok 1974. W Szopienicach pełną parą pracuje Huta Metali Nieżelaznych. Ciemny pył wydobywa się z kominów i spada na sąsiadującą z zakładem dzielnicę mieszkalną. Osiada na ziemi i wsiąka głębiej. Powietrze ma metaliczno-słodki smak - wspomną po latach mieszkańcy okolicznych familoków. Wtedy nie przywiązują do tego zbytniej wagi. Dzieci bawią się na czarnych klepiskach, pod obgryzanymi paznokciami mają pył, oddychają metalicznym tlenem i jedzą "zdrowsze" warzywa wychodowane w ogródkach przez ich matki.

Problemem są tylko te białe kołnierzyki w szkolnych mundurkach, które ciągle szarzeją i nieustannie brudne okna.

Reklama

Dzieci, co chodziły jak bociany

Młoda lekarka Jolanta Wadowska-Król pracuje w szopienickiej przychodni od kilku lat. Wśród pacjentów przybywa dzieci z nawracającą anemią. Są za małe na swój wiek, mają podkrążone oczy, dziwny, jakby bociani chód i gorzej radzą sobie w szkole. Jeśli się uśmiechną, na dziąsłach ujawnia się czarna obwódka.

Wśród tych dzieci jest Karolek z ulicy Westerplatte. "Królka" - bo tak mówią o lekarce okoliczni, kieruje chłopca do zabrzańskiej kliniki prof. Bożeny Hager-Małeckiej. Wojewódzka konsultant w dziedzinie pediatrii dopiero co wróciła z konferencji w Szwajcarii, gdzie omawiano przypadek ołowicy u dziecka.

Profesor łączy kropki i orientuje się, że ta - jak powszechnie sądzono - choroba zawodowa hutników, dotyka także Karolka. Wkrótce wraz z Jolantą Wadowską-Król odkryją, jak przerażająca jest skala problemu.

Dzieci w okolicy trzeba przebadać - decyduje prof. Hager-Małecka.

- Babcia zawsze wspominała, że profesor nie była konsultantką pediatrii zamkniętą w klinice, ale zaangażowaną lekarką rozumiejącą realia pracy w poradni. Pomogła wiele załatwić i przez cały czas rozpościerała parasol ochronny nad babcią i pielęgniarką Wiesławą Wilczek, chroniąc je przed naciskami  - mówi Interii Małgorzata Król-Dopierała, wnuczka śląskiej doktórki, współautorka reportażu "Matka Boska szopienicka".

Od drzwi do drzwi

"Królka" musi działać szybko i po cichu, by zbytnio nie skupiać na sobie uwagi komunistów. Kraj przemysłem stoi, niemożliwe więc, by ten przemysł truł środowisko i klasę robotniczą.

Jolanta Wadowska-Król wystawia skierowania na badania i od razu trafia na przeszkodę. Poczta odmawia ich rozesłania.

Dlaczego? - Uznali, że jest tego za dużo, w sumie dobrych kilka tysięcy. Babcia usłyszała, że nie będą wysyłać takiej liczby listów, bo listonosz się nie wyrobi - mówi Interii druga wnuczka Agnieszka Cygan.

To nie zatrzymuje lekarki, wraz z pielęgniarką Wiesławą Wilczek, którą ceni za solidność, wyruszają do familoków, by osobiście informować o konieczności badań.

 "Najpierw musiałam przekonać laboratoria, by wykonywały badania. Potem rodziców, by przyprowadzali dzieci i nikomu nic nie mówili. Cel - przebadać pięć tysięcy dzieci i zrobić to tak, by władze nie dowiedziały się, w czym rzecz" - powie po latach "królka" w reportażu autorstwa jej wnuczki Małgorzaty Król-Dopierały oraz Karoliny Skibińskiej.

- Babcia zawsze wspominała, że matki bardzo jej ufały, choć roznosząc skierowania słyszały, że lekarka nie może na razie powiedzieć, o co chodzi. "Przyjdźcie na badanie, bo to ważne"- mówiła i ludzie przychodzili, obecność była stuprocentowa - mówi Agnieszka Cygan.

Tylko ojcowie początkowo kręcili nosem. Byli rozdarci. Zależało im na zdrowiu dzieci, ale i na tym, by te dzieci miały co jeść. "Mówili do mnie: "No, doktórko, co wy nom to robicie? Chcecie nom zamknąć hutę? Jak to jest nasza żywicielka!" - wspominała po latach Wadowska-Król w rozmowie z Aleksandrą Lange.

Zakpili: Matka Boska Szopienicka

Doktórkę nazwano Matką Boską Szopienicką. To miała być obelga. Kpili głównie ludzie na tzw. stanowiskach.

- Tak nazwała babcię pracownica sanepidu, która przez badania nad ołowicą miała pełne ręce roboty. Znalazła się jakaś "Matka Boska Szopienicka" i miesza ludziom w głowach - mówi Agnieszka Cygan.

Badania ujawniły, że na ołowicę cierpi około tysiąc, z pięciu tysięcy przebadanych dzieci. Tysiąc to jednak "efekt ówczesnych liberalnych norm", powie potem "królka". - Gdyby przyjąć współczesne normy, 100 proc. zbadanych było chorych - tak określała to babcia - słyszę od wnuczek.

Ołów, obok kadmu i rtęci należy do najbardziej toksycznych metali ciężkich. "Metale te głównie atakują wątrobę i nerki. Ponadto często stwierdza się ich kumulację w kościach, mózgu i mięśniach. Mogą wywołać natychmiastowe ostre zatrucia lub stany przewlekłe" - piszą Agnieszka Ociepa-Kubicka i Ewa Ociepa w "Toksyczne oddziaływanie metali ciężkich na rośliny, zwierzęta i ludzi." 

Przewlekłe zatrucie ołowiem czyli ołowica dotyka przede wszystkim układu pokarmowego i nerwowego. Główne objawy to znużenie, zmęczenie, porażenie mięśni, szara obwódka wokół zębów, osłabienie pamięci, zaburzenia neurologiczne i psychiczne. "Szczególnie toksycznie oddziałuje na układ nerwowy ludzi młodych, u których bariera krew-mózg nie jest jeszcze dobrze wykształcona"- wskazują naukowczynie. 

Ołowica tajemnicą poliszynela

Jolanta Wadowska-Król nie może wprost opisywać diagnozy. Zamiast słowa "ołowica" stawia krzyżyki. Jak powie po latach, w tamtych czasach nie można było mówić głośno o epidemiach czy zatruciach.

- "Polska rozwijała się szybko, a ludziom żyło się dostatnio". Wiedziałam, że jeśli władze dowiedzą się, że wykonuję jakieś badania w kierunku ołowicy, to wyciszą problem. Zabronią mi dalszej pracy lub przeniosą mnie do innego miasta - przyznała Wadowska-Król w jednym z wywiadów.

Mówiła o tym rodzinom, przekazując wyniki na temat ołowicy. Prosiła, by nie rozgłaszać, nie wszczynać buntów, bo kolejne dzieci czekają na badania.

- W pewnym momencie to była tajemnica poliszynela. Rodzice współpracowali i zdawali sobie sprawę, że chodzi nie tylko o dobro ich dziecka, ale o to, by zdążyć pomóc wszystkim zanim władze zorientują się, co się dzieje - mówi Król-Dopierała.

"Nawet godali, że pani doktór może pójść do aresztu za to, że wykryła. A to były takie czasy, że wszyscy wtedy powinni być zdrowi. Nie było chorób" - mówią śląskie kobiety w reportażu "Matka Boska Szopienicka".

"Królka" bez wątpienia się naraża. Jedna z pracownic przychodni donosi na nią Służbie Bezpieczeństwa. W końcu przychodzi i szczerze wyznaje: "pani doktórko, ja muszę to pisać".

Joanna Wadowska-Król rozwiązuje sprawę dokładnie tak samo, jak odgrywa to Joanna Kulig w serialu Macieja Pieprzycy "Ołowiane dzieci". Mówi, że sama będzie "to" pisać.

Ogrom pracy

Pracy podczas badania dzieci jest dużo.

Bardzo dużo.

By podołać, lekarka zostaje z pielęgniarką Wiesławą Wilczek po godzinach. Pracę często bierze do domu. Wystawia skierowania do szpitali, analizuje i opisuje wyniki, pisze sprawozdania dla profesor Hager-Małeckiej. W pracy pomaga jej matka, czasami i mąż - nefrolog.

- Przeciętny lekarz rodzinny ma na liście pacjentów około dwa tysiące osób. Babcia stanęła przed wyzwaniem przebadania pięciu tysięcy dzieci w kilka miesięcy. Pierwszego pacjenta zdiagnozowano jesienią ‘74. Niespełna rok później wyburzono domy położone najbliżej huty, a rodziny przeniesiono do nowych mieszkań. To działo się niezwykle szybko - mówi Król-Dopierała.

Metoda, którą pracowała doktórka była daleka od ideału. W przypadku pierwszych dzieci oznaczono poziom ołowiu w surowicy przy użyciu specjalistycznych metod dostępnych w Instytucie Medycyny Pracy. Instytut nie był jednak w stanie przebadać kilkudziesięciu dodatkowych próbek dziennie.

Lekarka wybiera więc metodę mniej dokładną, ale szybszą i dostępną nawet w niewyspecjalizowanych laboratoriach, rodzaj badania przesiewowego, stosowanego wśród hutników. Dzięki temu szybko ustala skalę problemu, która poraża.

Ratowanie dzieci

Teraz trzeba ratować dzieci. Te, u których stężenie ołowiu jest podwyższone, "królka" wysyła do szpitali. Najpierw do profesor Hager-Małeckiej, potem do innych.

- Babcia opowiadała, że hospitalizowanych dzieci było tak dużo, że wszystkie szpitale pediatryczne w okolicy szybko się przepełniły. Tymczasem dzieci nadal chorowały - zapalenia płuc czy szkarlatyna nie zniknęły tylko dlatego, że pojawiła się ołowica. Stało się oczywiste, że trzeba znaleźć alternatywę dla leczenia szpitalnego. Tak narodził się pomysł wysłania dzieci do sanatoriów na leczenie długoterminowe - opowiada Król-Dopierała.

Leczenie szpitalne, polegające na podaniu kroplówek z EDTA (kwas wersenowy stosowany w leczeniu zatruć metalami ciężkimi), było konieczne w przypadku najbardziej chorych dzieci. Pozostałe mogły wracać do zdrowia z dala od fabrycznych kominów.

Lekarka i profesorka razem z przewodniczącą Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka Zofią Kejzerową załatwiają wyjazdy do sanatoriów. W organizacji autobusów pomaga też huta, a szczególnie dyrektor ds. pracowniczych Ryszard Lucka. Obok jest też nieoceniona pani Wiesia.

- Byłam w amoku. Wtedy nie myślałam o niczym innym. Liczyło się tylko to, że muszę z dnia na dzień mieć przygotowane wszystko, co było potrzebne, żeby dzieci mogły wyjechać do sanatoriów. (...) Musiałam dobrze orientować się w tym, z kim już rozmawiałam, komu wręczyłam wezwanie na badania, a kto jeszcze go nie dostał. Nie myślałam wtedy o niczym innym - powie Wadowska-Król.

Dzieci wyjeżdżają m.in. do Rabki, Jaworza, na Kubalonkę czy na Bucze w Górkach Wielkich. Ale przecież nie mogą wrócić i znów wdychać śmiercionośnego pyłu.

"Królka" w komisji mieszkaniowej

Ołowików trzeba przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Zabiegają o to profesorka i doktórka.

- Byłam nie do zatrzymania. Upierałam się, że dzieci nie mogą wrócić do mieszkań w familokach, gdzie bieżąca woda była tylko na półpiętrach, a wychodki na zewnątrz. Leczenie byłoby zaprzepaszczone - wspominała po latach Jolanta Wadowska-Król.

Miasto nie miało tylu mieszkań. Ale budowała je huta.

- Na te mieszkania była już kolejka. Jednak babci i profesor Małeckiej udało się przekonać władze huty, że sprawa jest na tyle poważna, że w pierwszej kolejności powinny dostać je rodziny z najbardziej narażonych ulic. Dla mnie niesamowite jest to, że nie było ogromnych buntów. Zdarzały się pretensje, bo ludzie czekali latami i dowiadywali się, że będą czekać nadal. Ale kiedy słyszeli, że w komisji przyznającej mieszkania zasiadła "królka", wiedzieli, że nie będzie kumoterstwa i łapówek, ale sprawiedliwość. Kryteria, którymi kierowała się babcia były jasne: brała wyniki badań, sprawdzała, kto ma ile dzieci i jak bardzo są chore, na tej podstawie zapadały decyzje - opowiada Małgorzata Król-Dopierała.

Doktorat zakazany

Kiedy rodziny udaje się przenieść i najgorętszy okres mija, profesor Bożena Hager-Małecka sugeruje lekarce, że praca, którą wykonała jest unikatowa na skalę światową. Nadaje się na doktorat.

- Badania przeprowadzone na pięciu tysiącach dzieci to ogromna próba, nawet na dzisiejsze standardy. Prof. Hager-Małecka doskonale to rozumiała i wiedziała, że dla dobra nauki trzeba te wyniki opisać - mówi wnuczka.

Kłopoty były od początku. Ze względu na tematykę badania poinformowano "królkę", że doktorat najpewniej zostanie utajniony. Przystała na to.

Tworzenie pracy nie było łatwe, doktórka jeździła do profesorki, która wprowadzała kolejne poprawki. "Pani Jolu, to tak nie może być". Nie dlatego, że treść pracy była zła, ale zbyt kontrowersyjna dla władz. Prof. Hager-Małecka - znając realia - uładzała, rozmywała, licząc, że dzięki temu doktorat przejdzie. W końcu praca była gotowa.

- Babcia dostała trzy negatywne, anonimowe recenzje. Doktorat ze względów politycznych nie mógł pojawić się w przestrzeni naukowej. I na tym się skończyło - mówi Król-Dopierała.

Lekarka spakowała doktorat i badania w czarne wory na śmieci, wyniosła na strych i - jak powiedziała po latach - zamiast antydepresantów wzięła się za haftowanie. Wnuczki doskonale pamiętają ściany w mieszkaniu babci, ozdobione misternymi robótkami.

"Nic wielkiego nie zrobiłam"

Dziś ogromną popularnością cieszy się serial Macieja Pieprzycy "Ołowiane dzieci", który jest inspirowany historią Jolanty Wadowskiej-Król.

Ale nie byłoby go, gdyby historii babci, nie odkurzyła wnuczka - Małgorzata Król-Dopierała. To ona wraz z Karoliną Skibińską biorąc udział w konkursie o lokalnych bohaterach opowiadają historię "Matki Boskiej Szopienickiej".

Potem druga wnuczka Agnieszka Cygan tworzy spektakl pod tą samą nazwą.

I tak kpina z czasów PRL-u zostaje odczarowana i nabiera zupełnie nowego wydźwięku.  

- Babcia się złościła na ten tytuł. Mówiła, że nie była żadną "matką boską", że nie była żadną bohaterką. Ona pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny. Do wszystkiego doszła własną, ciężką pracą. Zawsze więc miała ogromne pokłady empatii dla ludzi, którymi się zajmowała, niezależnie od ich statusu społecznego - wspomina Małgorzata Król-Dopierała. 

I dodaje: Na początku babcia wcale nie chciała mi opowiadać historii o ołowicy.

- Dlaczego? - pytam.

- Myślę, że traktowała tę historię jako zamknięty rozdział, do którego nie miała ochoty wracać. Ale chęć pomocy wnuczce w szkolnym zadaniu okazała się ważniejsza - babcia zniosła więc czarne worki ze strychu i powróciła pamięcią do lat 70.

Określenie z reportażu wnuczki podchwytują dziennikarze, powstają kolejne publikacje. Uniwersytet Śląski nadaje Jolancie Wadowskiej-Król tytuł honoris causa. Katowice czynią ją honorowym obywatelem i odsłaniają mural z jej podobizną.

Wreszcie powstaje serial "Ołowiane dzieci".

- Sami sobie zazdrościmy. Przeżywać historię swojej babci na ekranie największej platformy streamingowej na świecie to coś niesamowitego. O Jolancie Wadowskiej-Król usłyszał świat. Przykro mi, że babcia tego nie doczekała. Choć na pewno miałaby wiele uwag i - jak ją znam - twardo dyskutowałaby o nich z Maciejem Pieprzycą. Pewne jest jedno. Cieszyłaby się, że temat skażenia środowiska jest poruszany dzięki jej historii. Na pewno byłaby też dumna z kreacji Joanny Kulig - mówi Agnieszka Cygan.

Kiedy Jolancie Wadowskiej-Król wręczano tytuł honoris causa powiedziała: Nie czuję się bohaterką. Nic wielkiego nie zrobiłam, po prostu pracowałam.