Gdy 22 lipca 1792 roku wojna polsko-rosyjska trwała w najlepsze, książę Józef Poniatowski (dowodzący siłami Rzeczpospolitej na froncie koronnym) nie przypuszczał, że jego wojska lada dzień będą musiały złożyć broń. Wręcz przeciwnie, choć znaczna część walczących z nim Rosjan zdążyła do tego czasu przekroczyć Bug, planował przejście do ofensywy. Maksymalna koncentracja sił, rzucenie ich "gdzieś pod Lublinem" na jedną lub dwie z nieprzyjacielskich kolumn i "zdruzgotanie ich ze szczętem lub dobre poturbowanie" - taki był zamysł królewskiego bratanka. Na pierwszy rzut oka plan ten wyglądał na straceńczy. Cóż z tego, że Poniatowskiemu udałoby się wyeliminować z wojny jeden czy dwa korpusy rosyjskie, skoro tylko od strony Ukrainy (nie mówiąc o Litwie) na Polskę nacierały 4 korpusy?
Polacy kontra Rosjanie na remis
Pesymista mógłby jeszcze dodać, że od początku działań militarnych (18 maja) Polacy są w ciągłym odwrocie, a Rosjanie zajęli do tej pory ponad 60% powierzchni kraju. No i last but not least: nad Wielkopolską, niczym miecz Damoklesa, miała nieustannie wisieć groźba wkroczenia wojsk pruskich. Ofensywne projekty księcia "Pepiego" miały jednak racjonalne podstawy. Adam Wolański, najwybitniejszy historyk tej wojny, uważał, że "gdyby przeważnymi siłami rozbito lub odpędzono dwie takie [rosyjskie] kolumny, to pozostałe niedługo by korzystały ze swobodnej drogi do stolicy [...]. Z tyłu, mając zwycięskiego przeciwnika, musiałyby odstąpić [od Warszawy] dla zachowania łączności ze swymi".


Polscy żołnierze byli gotowi do przejęcia inicjatywy, gdyż mimo odwrotu nie dali się rozbić i zachowali zdolności bojowe. Zarówno na terenie Korony, jak i Litwy, choć tam przez dłuższy czas dowodził zdrajca, Ludwik Wirtemberski. Wojskowy potajemnie korespondował z Prusakami, których przekonywał, że wraz ze swoimi podkomendnymi pozostanie bierny wobec atakujących Rosjan. Jeszcze nim jego zdrada wyszła na jaw, został odwołany (1 czerwca), ale do tego momentu zdążył narobić poważnych szkód na odcinku litewskim. Niemniej z czasem polska obrona i tu okrzepła, a gdy książę Józef zastanawiał się nad przejściem do ataku, oddziały następcy Wirtemberskiego - Michała Zabiełły - dzielnie stawiały opór, broniąc linii Bugu pod Grannem, Krzemieniem i Brześciem.
W razie potrzeby do boju mogły jeszcze ruszyć pułki gwardii litewskiej, rozlokowane w Warszawie. Paradoksalnie, nawet cofanie się Polaków za Bug miało swoje plusy: z terenów Mazowsza czy Lubelszczyzny szybciej można było przetransportować broń i żywność. A że nasz żołnierz udowodnił już pod Zieleńcami czy Dubienką, że potrafi wojować z wrogiem, nastroje w dowództwie były umiarkowanie optymistyczne. Nie bez powodu młodszy z Poniatowskich pisał do króla, a zarazem swego stryja: "My z naszej strony bronić się będziemy ile możności, lecz WKMość racz pomyśleć, aby nam wszystkie potrzeby, które gwałtowniejsze co dzień się robią, dostarczane były".
Amunicji, armat większego kalibru, nowych rekrutów, paszy dla koni, jedzenia dla walczących - tego wszystkiego oczekiwał Józef. Równie ważna była królewska zgoda na wcielenie w życie planu ofensywy. "Czekam...z wielką niecierpliwością na dalsze rozkazy" - czytał Stanisław August, ale póki co, jego odpowiedzią było milczenie. Nie milczeli za to między sobą rosyjscy oficerowie, szczególnie średniego szczebla, którzy w miarę kolejnych twardych bojów z Polakami byli coraz mniej pewni pozytywnego finału kampanii. Z kolei najważniejsi carscy generałowie - Michaiłowie Kachowski i Kreczetnikow - pozostawali optymistami, tyle że na pokaz.
W listach słanych do Katarzyny II utrzymywali, że notują szybkie postępy na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Przekazywali też, że konfederacja targowicka, na "zaproszenie" której wkroczyli do Polski, cieszy się masowym poparciem ze strony miejscowej szlachty. W rzeczywistości połocki radca celny Gejden raportował do generała-gubernatora połockiego i mohylowskiego, Piotra Passka: "[Polscy] właściciele [...] przykazali im [mieszkańcom terenów przygranicznych], aby mieli strzelby, pistolety, topory bojowe, szable, dzidy i kosy, żeby użyć ich przeciwko rosyjskiemu wojsku, gdy będzie wracało z Polski, w razie jego porażki w walkach z Polakami i ich sojusznikami, a zwłaszcza, gdy przez ich osady będą przechodziły małe rosyjskie oddziały, by na nie napadać i zabijać".


Inny przykład: Jerzy Korsak, stojący na czele konfederacji województwa połockiego na tyle obawiał się antyrosyjskiego powstania szlachty, że prosił Rosjan o minimum 2 dodatkowe pułki piechoty. Tych i innych oddziałów, kierowanych do kolejnych zajętych miast, aby zapewnić tam spokój, zaczynało brakować na froncie. Dodatkowe trudności wiązały się z wydłużeniem rosyjskich linii zaopatrzeniowych - transporty broni czy amunicji nie tylko trwały dłużej, ale i były narażone na polską dywersję. Potencjalny wojskowy sojusznik, czyli Prusy, zaangażował się natomiast w wojnę z rewolucyjną Francją. "Reasumując, można stwierdzić, że sytuacja militarna zmierzała do stanu równowagi" - to komentarz profesora Richarda Butterwicka.
Stanisław August płaszczy się przed ambasadorem
Jak mogłyby wyglądać dalsze działania zbrojne? Równie dobrze możemy założyć, że siłom Poniatowskiego udałoby się odrzucić wrogie wojska od Warszawy i wyjść nawet za Bug, jak i że poniosłyby one ostateczną klęskę w 1 czy 2 bitwach. Tak czy siak, sytuacja na froncie nie była rozstrzygnięta, a kontynuowanie walki z pewnością przełożyłoby się na lepszą pozycję króla w negocjacjach z Rosjanami. Stanisław August był jednak zdecydowany na kapitulację i żadne argumenty nie mogły go przekonać do dalszego oporu. Na przykładzie wydarzeń z lata 1792 najlepiej widać, jak krótkowzroczna okazała się jego polityka ustępstw wobec Katarzyny. Niezależnie od intencji, w 3 lata doprowadziła bowiem do wymazania Polski z mapy Europy.
To zresztą niejedyny epizod, kiedy Poniatowski dał przykład swojej politycznej naiwności. Przez długi czas nie wierzył przecież, że caryca w ogóle zdecyduję się na interwencję wojskową w Rzeczpospolitej. Gdy zaś do tego doszło, bitwy i potyczki z Moskalami traktował raczej jako demonstrację moralną niż potencjalny atut w grze dyplomatycznej z Petersburgiem. Nieprzypadkowo ówczesny ambasador rosyjski, Jakow Bułhakow nie tylko nie został wydalony z Warszawy, ale polski monarcha konsultował z nim treść listu, wysłanego do carycy pod koniec czerwca 1792. Choć uwaga - "konsultował" to w zasadzie niewłaściwe słowo. Bułhakow nakazał bowiem szereg poprawek, a król usłużnie polecił nanieść je na papier.
Efekt? Z jednej strony Stanisław August co prawda bronił Konstytucji 3 Maja i reform Sejmu Wielkiego, argumentując, że służą one stabilizacji polskiego ustroju, który nie potrzebuje "ciągłych rewolucji". Z drugiej natomiast prosił o natychmiastowe zawieszenie broni, a także występował z pakietem ofert pod adresem Katarzyny. Polski władca proponował m.in. zawarcie traktatu sojuszniczego, układu handlowego, oferował również polski tron wnukowi carycy, księciu Konstantemu. List był utrzymany w dość uległym tonie, a co najgorsze, niewykluczone, że król umieścił w nim poprawki Bułhakowa na własną rękę, bez powiadomienia swoich współpracowników. Gdyby część z nich (skupiona w radzie królewskiej - Straży Praw) dostała dokument do ręki, zapewne byłaby przeciwna tak dalekiemu wychodzeniu naprzeciw oczekiwań agresora.
Monarcha nie zamierzał ich jednak dopuszczać do głosu i wysłał pojednawczo-uniżone pismo. Kolejne tygodnie upłynęły na nerwowym wyczekiwaniu odpowiedzi Katarzyny, a w międzyczasie Poniatowski kroczył coraz szybciej drogą prowadzącą ku kapitulacji. Ba, czytając relację ambasadora Bułhakowa z rozmowy z kanclerzem Joachimem Chreptowiczem (odbyła się 18 lipca), można odnieść wrażenie, że gdyby caryca nakazała królowi skakać, on zapytałby tylko, jak wysoko. Chreptowicz zaś to nie byle kto, ale de facto ówczesny minister spraw zagranicznych. Możemy więc spokojnie założyć, że wygłaszane przez niego opinie były odzwierciedleniem poglądów Stanisława Augusta.
A mówił m.in.: "zamierzamy we wszystkim słuchać [rosyjskiej] rady". I pytał dalej: "Czy król będzie bezpieczny, gdy wasze wojska przybędą do Warszawy?". Te ostatnie słowa padły w reakcji na żądanie Bułhakowa dotyczące przystąpienia Poniatowskiego do konfederacji targowickiej. Innymi słowy, Chreptowicz chciał uzyskać ze strony ambasadora deklarację, że jeśli władca stanie po stronie targowiczan i zbuntują się przeciw niemu społeczeństwo oraz armia, Rosjanie zapewnią mu ochronę. Bułhakow przystał na taki deal: "nie widzę bezpieczniejszego miejsca dla króla niż Warszawa, gdy nasze wojska przybędą, ale musi on natychmiast podpisać konfederację, czego teraz nie może uczynić bez narażenia się na oczywiste niebezpieczeństwo".
Troszcząc się równie mocno o własne pośladki, co o niepodległość kraju, Stanisław August ustawił się zatem zawczasu w roli petenta. Kilka dni później, bo 22 lipca, nadeszła zaś odpowiedź Katarzyny, stanowiąca dopełnienie kapitulanckiej postawy monarchy. Caryca zażądała bowiem, aby porzucił wszelkie reformy, nakazał wojsku złożenie broni, a sam dołączył do targowickich zdrajców. Wszystko w trybie natychmiastowym - jak obłudnie pisała, "Idzie o to, aby wrócić Rzeczypospolitej dawną jej wolność i formę rządu, zagwarantowaną traktatami z nią mojemi, a wywróconą gwałtownie przez rewolucyję 3-go maja, ze wzgardą praw najświętszych". Rosyjska władczyni czuła się na tyle panią sytuacji, że posunęła się nawet do dyskretnych gróźb.
Mianowicie, jeśli polscy żołnierze dalej stawialiby opór, zostaliby uznani przez nią za buntowników. A jak wiadomo, w Rosji z buntownikami się nie rozmawia, do buntowników się strzela...Tymczasem Stanisław August nie marnował czasu i na 23 lipca zwołał specjalne posiedzenie rady królewskiej na Zamku. Temat? Ultimatum Katarzyny i jego przyjęcie bądź odrzucenie. Z perspektywy króla wybór był oczywisty, ale żeby zagwarantować sobie pomyślną decyzję rady, zadbał o odpowiedni dobór gości. Na spotkaniu pojawiły się więc osoby, które formalnie nie powinny się tam znaleźć, ale za to miały jeden, niezaprzeczalny atut - były zwolennikami kapitulacji.
Na początek monarcha zreferował zebranym żądania carycy i przedstawił postulaty, jakie wysunął w odpowiedzi wobec Petersburga. Wśród nich znalazły się m.in. gwarancja integralności terytorialnej Rzeczpospolitej i nienaruszalność polskiej armii. Problem tylko w tym, że wcześniej ustami Chreptowicza oświadczył Rosjanom, że jest gotów na bezwarunkowe poddanie się. No, ale tego współpracownicy króla się już nie dowiedzieli, dowiedzieli się za to, że skarb państwa jest pusty, arsenał jest pusty, a ewentualna ofensywa wojsk koronno-litewskich może tylko przyspieszyć militarną katastrofę. W tej sytuacji wynik głosowania był łatwy do przewidzenia: według jednych źródeł 8:4, według innych 7:5. W obu przypadkach na korzyść kapitulantów.
Król kapituluje, w wojsku wrze
Nie da się ukryć, że spośród polskich polityków to Stanisław August najbardziej przyłożył rękę do przegrania wojny, a, w dalszej konsekwencji, rozbioru państwa. W lipcu 1792 roku dysponował (jak rzadko kiedy podczas swego panowania) realną władzą i gdyby nakazał dalej walczyć, armia poszłoby za nim. Zamiast tego, w tajemnicy przed swoją radą złożył, poprzez Chreptowicza, deklarację wiernopoddańczą rosyjskiemu ambasadorowi. Potem zaś poddał niepobite wojsko. Niesprawiedliwe byłoby jednak zrzucanie całej winy na króla, bo podczas narady na Zamku Królewskim poparło go nie tak mało osób. Wśród nich m.in. prymas, a zarazem królewski brat, Michał Poniatowski, kanclerz wielki koronny Jacek Małachowski, marszałek wielki koronny Jerzy Mniszech i oczywiście Chreptowicz.
Co ciekawe, za przystąpieniem monarchy do targowiczan i zaprzestaniem działań zbrojnych miał się też opowiedzieć Hugo Kołłątaj. Współtwórca Konstytucji 3 Maja i jeden z najważniejszych przywódców obozu reformatorskiego podobno zwrócił się nawet do władcy z dramatycznym apelem: "dziś jeszcze, miłościwy Panie, przystąpić potrzeba do konfederacji targowickiej, [...] każdy moment jest drogi, bo krew go Polaków oblewa". Sprzeczne z tą uległością są jednak poszlaki wskazujące na udział Kołłątaja w przygotowaniach do akcji porwania króla do obozu wojskowego (ostatecznie nieprzeprowadzonej). Do tego jeszcze wrócimy, tymczasem podczas narady wybrzmiały też głosy za kontynuowaniem wojny.
Marszałek wielki litewski Ignacy Potocki uznał na przykład, że żołnierze są w stanie z powodzeniem się bronić, a nawet potencjalna przegrana na polu bitwy nie oznacza automatycznie kolejnego rozbioru. Zgodził się z tym marszałek nadworny litewski Stanisław Sołtan, a największym optymistą był podskarbi nadworny koronny Tomasz Ostrowski, Ten ostatni stwierdził, że jeśli tylko Stanisław August powie "tak", Polacy stoczą decydujący bój z Rosjanami na południowy wschód od Warszawy. Z takim dowódcami, jak książę Józef, o wynik możemy być spokojni, a w najgorszym razie na południu kraju są góry i tam wojsko będzie mogło przeczekać, wzmocnić siły i przejść do kontruderzenia.
Na tym Ostrowski się nie zatrzymał, ale płynnie przeszedł do rad skierowanych bezpośrednio do Poniatowskiego. Król powinien zatem niezwłocznie dołączyć do żołnierzy, a gdyby widmo klęski zajrzało mu w oczy, wzorem Jana Kazimierza niech uda się na tymczasową emigrację, Byle blisko granicy, najlepiej do Galicji, żeby w odpowiedniej chwili wrócić i, wraz z armią, odwojować ojczyznę. Stanisław August puścił te wszystkie uwagi mimo uszu i w związku z tym, że królewska rada dała mu zielone światło, przystąpił do realizacji kapitulacyjnego planu. Do Bułhakowa wysłał list z obietnicą podporządkowania się, wraz z całym wojskiem, targowiczanom. Na ręce dowódców przesłał zaś rozkaz złożenia broni.
Tak jak można było przewidzieć, część społeczeństwa, zaangażowana w życiu publiczne, dość gwałtownie zareagowała na te wieści. W bojowych nastrojach byli zwłaszcza mieszkańcy Warszawy: co odważniejsi zabrali się do malowania na murach napisów potępiających króla i tłuczenia szyb tam, gdzie mieszkali zwolennicy kapitulacji. W drobny mak poszły na przykład szyby w pałacu kanclerza Małachowskiego. Z kolei Teatr Narodowy stał się świadkiem tragikomicznej sceny zlecenia zamachu na króla. Jeden ze zgromadzonych tam szlachciców ogłosił bowiem, że kto zgłosi się do niego i zadeklaruje, że zabije Stanisława Augusta, a potem dotrzyma słowa, dostanie jego majątek. Tyle, że był dobrze podpity i chwiał się na nogach, a to raczej nie dodawało mu powagi...
Sam Poniatowski, jeszcze bardziej niż któregoś z poddanych, obawiał się buntu armii. W tym przypadku liczył na lojalność księcia Józefa, pisał więc do niego: "Jeśli (co niemożliwe) Twoje wojsko odmówi posłuchu, winieneś uczuć, do jakiego stopnia toby mię skompromitowało, i mnie, i kraj cały, i na jaki bezmiar niebezpieczeństwa i nieszczęścia nas by wystawiło". Ostatecznie żaden z oddziałów nie wypowiedział posłuszeństwa władcy, ale i tak nakaz zaprzestania walki wywołał w nich falę oburzenia. "Widziałem w wojsku [...] honor i rozpacz; [...] zgasła więc już krótka istność nasza, a dawny ciąg wstydu i upodlenia wraca się...Wiadomość warszawska [o poddaniu się] straszne tu [w obozie] wrażenie uczyniła, [...] wszystka młodzież pała duchem honoru" - notował na gorąco Julian Ursyn Niemcewicz.
Relacja tego wybitnego pisarza i poety jest warta przytoczenia co najmniej z 2 powodów. Autor "Śpiewów historycznych" przebywał wówczas wśród żołnierzy, więc doskonale zdawał sobie sprawę z panującej tam atmosfery. Ponadto, powyższy cytat pochodzi z listu do Ignacego Potockiego, datowanego na 25 lipca, czyli tuż po dotarciu rozkazu złożenia broni. Dodajmy, że gniewne nastroje podkomendnych podzielał ich wódz. "Mógł żeś wahać się, Najjaśniejszy Panie, wybrać raczej chwalebny zgon, zgon godny Ciebie, zgubę zupełną, ale zaszczytną, niż tę resztę panowania, niż tę resztę narodu, skalaną intrygą, zdradą, nierządem i słabością!" - tymi słowami Józef Poniatowski zwracał się w liście bezpośrednio do stryja.
Niektórzy z wojskowych szli jeszcze dalej i łączyli kapitulację Stanisława Augusta z jego wcześniejszą polityką: niepojawieniem się, mimo zapowiedzi, w obozie; niechęcią do odważniejszych działań na froncie itd. O tych oskarżeniach wspominał m.in. Tadeusz Kościuszko: "myśl królewska [...], [mogła być] aby wojsko zawsze się cofało. Poczęły się [...] głosy, iż król [...] eksponuje obywateli na zemstę i łup łaknącego nieprzyjaciela, a niektórzy rozumieli, że król umowę zrobił z Moskwą, którą zapewniony o losie ojczyzny i swoim, siedzi spokojnie murując łazienki". Przyszły Naczelnik nie miał aż tak złego zdania o królu, niemniej decyzję o zawieszeniu broni przyjął z wielkim rozgoryczeniem. Potem zaś poprosił o zwolnienie z armii, podobnie jak książę Józef i ponad 200 innych oficerów.


Po równi pochyłej ku rozbiorom
Odejście w jednym momencie aż tylu wyższych rangą żołnierzy stanowiło mocne wotum nieufności wobec Poniatowskiego. Król robił więc wszystko, żeby do tego nie dopuścić, a przynajmniej ograniczyć liczbę oficerów, którzy opuścili wojskowe szeregi. Dobrze widać to na przykładzie Kościuszki, który 1 sierpnia zjawił się w Łazienkach i przekazał władcy prośbę o dymisję. Przez kolejnych kilka dni Stanisław August próbował na przeróżne sposoby go zmiękczyć: a to wręczając awans na stopień generała lejtnanta, a to goszcząc na wystawnych obiadach, i kolacjach, a to przekonując, że rezygnacja to cios w królewskie serce itd. Monarcha namówił nawet kilka arystokratek, aby otoczyły przyszłego przywódcę insurekcji i, flirtując z nim, odwiodły go od odejścia ze służby.
Kościuszko pozostał jednak niewzruszony. "Zawsze jednostajnie mu [królowi] odpowiadałem, zbijając wszystkie argumenta, [...] nareszcie ze łzami powiedziałem, żeśmy zasłużyli na wzgląd, bijąc się za kraj, za rząd, za Waszą Królewską Mość, i że nigdy nie uczynimy przeciwnie naszemu przekonaniu i honorowi" (z listu do Izabeli Czartoryskiej). Niestety, los i tak nie szczędził mu upokorzeń: gdy 5 sierpnia przebywał na Zamku Królewskim, przez okno mógł dostrzec Rosjan rozkładających się na Pradze. Nazajutrz opuścił stolicę, a co ze Stanisławem Augustem? Choć formalnie zachował jeszcze kontrolę nad wojskiem, w praktyce jego władza kurczyła się z dnia na dzień i przechodziła w ręce targowiczan.
Ci natomiast zamierzali z niej korzystać i przymusili króla, aby zarządził podział armii, dotychczas stacjonującej w 2 miejscach (część koronna w Kozienicach, część litewska w Stanisławowie pod Warszawą). Zgodnie z nowymi rozkazami, "Koroniarze" zostali rozdzieleni na 4 dywizje, które udały się na kwatery m.in. do Poznania, Radomia i Krakowa. Z kolei z "Litwinów" Poniatowski nakazał utworzyć 2 dywizje, z docelowym miejscem pobytu w Płocku i Przasnyszu. Tak rozczłonkowane wojsko nie stanowiło już żadnego zagrożenia dla konfederatów. Przystąpili więc do kolejnych działań, wymierzonych zarówno w monarchę, jak i oficerów, którzy podczas wojny bronili polskiej niepodległości.
Nim o tych represjach, wypada jeszcze powrócić do sprawy niedoszłego porwania Stanisława Augusta. Zaczęło się od tego, że książę Józef wysłał w ostatnich dniach lipca delegację do króla, złożoną z 2 generałów: Michała Wielhorskiego i Stanisława Mokronowskiego. Ich zadaniem było wybadanie, czy władca byłby jeszcze skłonny dokonać wolty i pojechać z nimi do obozu, aby patronować dalszej wojnie. Poniatowski jednak kategorycznie odmówił i wtedy narodził się pomysł siłowego sprowadzenia monarchy przed oblicze żołnierzy. Podobno za pomysłem stali generał Józef Zajączek oraz Hugo Kołłątaj, a jego zwolennikami mieli być Czartoryska, Niemcewicz i Kościuszko. Namawiany przez nich, książę "Pepi" poważnie rozważał uprowadzenie króla i wydał nawet pierwsze rozkazy w tym celu. Tyle, że po krótkim czasie je wycofał i cały plan wyrzucił do kosza.
Dlaczego? Prawdopodobnie obawiał się, że podczas próby porwania może dojść do rozlewu krwi. Nie wyobrażał sobie natomiast mieć na sumieniu zdrowia, a tym bardziej życia - władcy, ale również ukochanego stryja. Mimo ostatnich wydarzeń wciąż darzył Stanisława Augusta ciepłymi uczuciami i nie był zdolny do tak radykalnego kroku. Poza tym wydaje się, że chwiejny król stanowiłby w obozie raczej balast niż atut. Kościuszko wiedział co robi, izolując go na Zamku podczas powstania w 1794 roku...Tymczasem Józef Poniatowski, nim nakazał podkomendnym przerwać ogień, wziął jeszcze udział w starciu pod Markuszewem. Osobiście ruszył wówczas na kozaków i o mały włos nie zginął z rąk kozackiego atamana. Czy, jak chciał badacz Adam Wolański, "miotany rozpaczą szukał zgonu, a może liczył na rozbicie układów królewskich po orężnej rozprawie"?
Niewykluczone, ale przeżył, a wkrótce Stanisław August wysłał go za granicę, do Wiednia. Sam monarcha-kapitulant został na miejscu i był bezsilny wobec represji, jakie jego żołnierzom zafundowali przywódcy konfederacji targowickiej. Nie dość, że pozbawili oficerów awansów uzyskanych w trakcie wojny, to jeszcze zakazali im noszenia krzyży Virtuti Militari. Tu król nie mógł nic zdziałać, ale nie zdobył się nawet na minimalny protest, gdy 25 sierpnia podetknięto mu pod nos pismo potępiające "sejm rewolucyjny warszawski" i "rząd monarchiczno demokratyczny", który zaczął "przeistaczać [...] Polskę". Wyrzekł się i reform Sejmu Wielkiego i Konstytucji 3 Maja, także trudno polemizować z wierszykiem, który krążył po Warszawie w 1783 roku. Poniatowski ufundował wówczas pomnik Janowi Sobieskiemu, a króciutki utwór głosił: "Sto tysięcy na pomnik? ja bym dwakroć łożył, By Stanisław skamieniał, a Jan Trzeci ożył".
