Gdyby zapytać Stanisława Wojciechowskiego pod koniec XIX wieku o pogodę, przyszły prezydent mógłby odpowiedzieć: "W celi to zazwyczaj w kratkę". I to nieraz - nasz bohater w młodości kilkukrotnie trafiał za więzienne mury. Za co? Z punktu widzenia caratu za jedno z najcięższych przestępstw, czyli działalność niepodległościową. Konkretnie, udział w patriotycznym pochodzie z okazji 100. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Prosto z Alei Ujazdowskich Wojciechowski "przeniósł się" więc do więzienia przy ulicy Chłodnej, gdzie spędził 2 tygodnie.
Jakiś czas później został ponownie aresztowany, a gdy wyszedł na wolność, koledzy z konspiracji uznali, że dla bezpieczeństwa (i ich, i Stanisława) najlepiej, jeśli uda się za granicę. Po drodze nie zabrakło niedogodności ("W olszynie nie napotkałem nieprzyjaciela, z rozpędu buchnąłem w wodę i cały urok przygody prysnął. Wylazłem na drugi brzeg po pas uwalony mułem"), ale ostatecznie, w połowie 1892 roku, późniejsza głowa państwa dotarła do celu - Zurychu.


Wojciechowski podsumował podróż we wspomnieniach krótko: "Tak skończyło się moje życie studenckie". Rzeczywiście, niedawny słuchacz Uniwersytetu Warszawskiego (wydział fizyczno-matematyczny) musiał teraz skupić swoje siły na pracy, aby się utrzymać. Postawił na zecerstwo - litery, wyrazy i zdania składał w paryskiej drukarni Reiffa (nad Sekwanę przeprowadził się jeszcze w 1892 roku). Od 7:00 do 18:00, w ciągu dnia godzina przerwy na obiad, pensja w wysokości najpierw 20, potem 30 franków tygodniowo.
Nie zapomniał przy tym o aktywności patriotycznej, a w zasadzie już politycznej. W listopadzie 1892 uczestniczył choćby w zjeździe działaczy lewicowych, który powołał do życia Związek Zagraniczny Socjalistów Polskich. Zjazd odbył się w Paryżu, a jednym z powstałych wówczas dokumentów był "Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej". Niebawem partia ze słowa stała się ciałem, a jej czołowym politykiem właśnie Wojciechowski.
Nie zdążył jednak na dobre rozepchnąć się w socjalistycznych szeregach, a upomniała się o niego carska Rosja. Na początku 1893 roku, na skutek nacisków rosyjskich dyplomatów, Francuzi go zatrzymali i przez kilka dni trzymali pod kluczem. Ostatecznie obyło się bez aktu oskarżenia, a nawet bez dłuższego śledztwa, ale ceną była deportacja. Na szczęście nie do Imperium Rosyjskiego, a do Wielkiej Brytanii: pod czujną eskortą policjantów Stanisław spakował się w paryskim mieszkaniu, stamtąd obrał kurs na dworzec, a kolejnym przystankiem było już nadmorskie Calais.
W ten sposób Wojciechowski pożegnał się z Francją i tutejszymi znajomymi, w tym np. Marią Skłodowską, która na koniec obdarowała go...wierszem. Dla rozwiania wątpliwości - swoim, choć zapewne pewniej niż z piórem w ręku, czuła się w sali laboratoryjnej. Tak czy siak, późniejszy prezydent znalazł się po drugiej stronie kanału La Manche i tam kontynuował, zarówno pracę zecera, jak i działalność socjalistyczną.
Od przemytu "Robotnika" do przemytu broni
A skąd w ogóle zainteresowanie Stanisława socjalizmem? Zaczęło się od lektury książek na ten temat podczas studiów, ale dyskusje nad teoriami Marksa i jego uczniów nasz bohater szybko pozostawił innym. Sam działał zaś na rzecz poprawy losu robotników, i to na różne sposoby. Z jednej strony budował ich świadomość, prowadząc wykłady w domach robotniczych (głównie wśród szewców). Z drugiej, organizował grupy zawodowe - namiastki związków zawodowych, których członkowie walczyli o lepsze warunki zatrudnienia.
Weźmy choćby tkaczy, którzy pracowali nawet do 14 godzin dziennie. Z kolei murarze spędzali z kielnią w dłoni jeszcze więcej godzin, bo zdarzało się i 16. Dzięki strajkowi zorganizowanemu przy udziale Wojciechowskiemu udało się części tej grupy zmniejszyć czas pracy do 14-15 godzin i uzyskać podwyżkę. Stąd już niedaleko do PPS, w której Stanisław spędził dobrych kilka lat. Jako reprezentant władz partii w kontaktach z "terenem", pokonywał nawet po 5000 km miesięcznie, aby odwiedzić komitety robotnicze, rozsiane po ziemiach polskich! Ponadto, wraz z Józefem Piłsudskim podziemnie wydawał główne pismo PPS, "Robotnika".
Nasuwa się jednak pytanie, jak Wojciechowski łączył mieszkanie na wyspach brytyjskich z zaangażowaniem w sprawy partii? Początkowo podróżował między Londynem, a ziemiami polskimi, ale w 1895 roku przeprowadził się potajemnie do Wilna. Stamtąd, przez blisko 5 lat, w duecie z Piłsudskim wypuszczali w świat kolejne numery "Robotnika".
Oddajmy głos naszemu bohaterowi: "Co 50 egzemplarzy smarowało się talerz farbą drukarską sprowadzaną z zagranicy przez [Aleksandra] Sulkiewicza. Przy moim wzroście najwięcej męczyło [mnie] nachylanie i naciskanie rączki maszyny przy każdym egzemplarzu. Po złożeniu arkuszy i zapakowaniu do walizek w paczkach [...] egzemplarzy odzyskiwaliśmy swobodę ruchu. Zwykle odwoziłem "Robotnika" do Warszawy i na prowincję, Piłsudski do kół młodzieży w uniwersytetach".
Łącznie panowie wydali 25 numerów pisma, aż w 1899 roku towarzysz "Edmund" (pseudonim Wojciechowskiego) zdecydował się ponownie na emigrację, ponownie do Wielkiej Brytanii. Tym razem już nie sam, a z świeżo poślubioną żoną, Marią. Kolejne lata to coraz luźniejsze związki Stanisława z PPS, choć od czas do czasu realizował zadania zlecone przez partię. I to niebagatelne, by wspomnieć przemyt broni i amunicji od Japończyków - sprzęt odebrany w Hamburgu, ukrył w dużym koszu i przetransportował do Wrocławia, gdzie oddał wysłannikom z zaboru rosyjskiego.


Minister od policji (i nie tylko)
Ostatecznie odszedł od socjalistów w 1905 roku, a po latach znowu nawiązał współpracę z Piłsudskim. Tym razem jako minister spraw wewnętrznych w rządach Ignacego Jana Paderewskiego i Leopolda Skulskiego (1919-1920). Jak podaje jego biograf, "złożono na Wojciechowskiego ciężar nie tylko utrzymania ładu i bezpieczeństwa w kraju, a także odpowiedzialność za prace administracji państwowej". Tyle suchy książkowy zapis, ale szefa MSWew. czekały zadania na miarę uprzątnięcia stajni Augiasza.
Dlaczego? Chociażby z tego powodu, że w odradzającej się Polsce funkcjonowało kilka rodzajów sił porządkowych: od Milicji Ludowej i Policji Komunalnej, przez Straż Kolejową i Straż Rzeczną, po Żandarmerię Krajową. W związku z tym, do nowego ministra należało stworzenie nowej, jednolitej formacji stojącej na straży bezpieczeństwa w kraju. Przyszły prezydent sprostał temu wyzwaniu i pod jego kierunkiem resort przygotował ustawę o policji państwowej. Akt przegłosowany przez sejm, wszedł w życie w sierpniu 1919 roku i zgodnie z nim policja miała "za zadanie ochronę bezpieczeństwa, spokoju i porządku publicznego".
Na jej czele stał Komendant Główny, powoływany przez Naczelnika Państwa (na wniosek ministra spraw wewnętrznych), a wstępujący do służby musieli spełnić szereg warunków. Zarówno takich, które obowiązują do dziś (polskie obywatelstwo, odpowiedni stan zdrowia czy nieposzlakowana opinia), jak i takich, które spełniają obecnie kilkulatki. Funkcjonariusz musiał bowiem potrafić czytać i pisać, a także liczyć, a to wcale nie było takie oczywiste w II RP. Pamiętajmy, że mówimy o państwie, które miało na starcie kilka milionów analfabetów...
Oczywiście ustawa o policji to niejedyne prawo, które powstało w ministerstwie w trakcie urzędowania Wojciechowskiego. Posłowie Sejmu Ustawodawczego już na pierwszym posiedzeniu (luty 1919) mogli się pochylić nad 34 dekretami autorstwa MSW 20 z nich minister odziedziczył po swoim poprzedniku, ale pozostałych 14 powstało pod jego nadzorem, a ledwo co zdążył objąć urząd (16 stycznia). Jak stwierdził przyszły marszałek sejmu, Maciej Rataj: "On jeden [...] z gabinetu posiadał autorytet wobec sejmu, któremu umiał się przeciwstawić". Mimo tego, bohater tego tekstu nieraz znajdował się pod ostrzałem i sejmowej lewicy, i sejmowej prawicy.
Pierwszej naraził się np. rozporządzeniem o stanie wyjątkowym na obszarze dawnej Kongresówki. Parlamentarzyści z prawej strony byli natomiast niezadowoleni m.in. z ingerencji ministra w życie gospodarcze. Przykładem było zamknięcie, na jego polecenie, 11 kasyn oraz ograniczenie godzin otwarcia warszawskich teatrów, kawiarni i restauracji. Podczas debaty protestującym posłom odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że lokale mogą być czynne tylko do 23:00, "aby swym przepychem nie drażniły bezrobotnych".
Na ministrze spoczywało też uzupełnianie braków kadrowych w administracji, z czym był spory problem. Jak wyznał mu jeden z kandydatów na starostów: "Nie chcę, mam spokojne życie, jestem uważany za człowieka uczciwego, a jutro będę smarowany jako złodziej". Lepiej szło z naborem do policji - w październiku 1919 roku w formacji służyło 14 300 niższych funkcjonariuszy i 378 oficerów. Ze stanowiskiem Wojciechowski pożegnał się niecały rok później, w czerwcu 1920.


Za, a nawet przeciw Piłsudskiemu
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie było zwieńczeniem politycznej kariery byłego PPS-owca, ale przystankiem w drodze po najwyższy urząd w państwie. O prezydenturę Stanisław otarł się już przy wyborze pierwszej głowy państwa, przegrywając (jako kandydat PSL "Piast") w parlamentarnym głosowaniu z Maurycym Zamoyskim i Gabrielem Narutowiczem. Ten ostatni nie nacieszył się jednak długo zwycięstwem, ginąc po kilku dniach z ręki Eligiusza Niewiadomskiego.
Następcą Narutowicza został właśnie Wojciechowski, który miał już pewne doświadczenie w kierowaniu Polską. Jakim cudem? Otóż, gdy premier Paderewski przebywał poza krajem, czy to w związku z konferencją paryską, czy jakąś wizytą zagraniczną, swoim zastępcą czynił Stanisława. Podobnie robił zresztą Piłsudski, delegując na szefa MSW część swoich obowiązków w razie wyjazdów na front. Naszemu bohaterowi lepiej układała się współpraca z Naczelnikiem, z którym pozostawał w kontakcie niemal codziennie, za pomocą tzw. telegrafu (aparatu) Hughesa.
Premier wyjeżdżał zaś z Warszawy, nie pozostawiając Wojciechowskiemu ani wytycznych, ani posegregowanych dokumentów. Postawa, jak przystało na artystyczną duszę, tylko przydatna raczej w sali koncertowej, a nie w gabinecie premiera. Efekt? Jeden z liderów PSL "Piast", wspomniany już Maciej Rataj notował: "Wieści o tym, jak to terminowe noty nadchodzące do MSZ znajdowano po tygodniowych poszukiwaniach przypadkiem w prywatnym mieszkaniu premiera [...], między gaciami p. Heleny [Paderewskiej, żony Ignacego] - wieści te nie były plotkami wyssanymi z palca".
W grudniu 1919 Paderewskiego zastąpił Leopold Skulski, a po kilku miesiącach Piłsudski rozpoczął militarną ofensywę na Ukrainie, która przeszła do historii jako wyprawa kijowska. Co ciekawe, choć nasz minister utrzymywał wówczas z Komendantem pozytywne relacje i oficjalnie był wobec niego lojalny, prywatnie pozostawał bardzo krytyczny wobec poczynań Marszałka.
Dał temu wyraz po latach, pisząc we wspomnieniach m.in., że "wywiad zorganizował sobie Piłsudski zły, a przynajmniej gorszy od kontrwywiadu sowieckiego, skoro dał się wprowadzić błąd w tak ważnej sprawie, jak koncentracja głównych sił wroga. Był tak zaślepiony swoją koncepcją walki z Rosją, że odsuwał od siebie wszelką krytykę, a wyprawę na Kijów przygotowywał w takiej tajemnicy, że minister skarbu Grabski dopiero po rozpoczęciu akcji dowiedział się, na co ma dostarczyć nowych pieniędzy dla wojska".
I dodawał: "Faktem jest, że Ukraińcy okazali się niezdolni do utworzenia samodzielnego państwa nawet z taką pomocą, jakiej udzieliła im armia polska, zdobywając im stolicę i formując rząd Petlury. Zawiedli oni całkowicie nadzieje, jakie pokładał w nich Piłsudski, a tym samym zdyskredytowali jego plan utworzenia państwa ukraińskiego".
Już jako prezydent, Wojciechowski koncentrował się raczej na relacjach z Niemcami. Jeszcze w trakcie I wojny światowej uznał, że stanowią one większe zagrożenie dla odzyskania niepodległości niż Rosja i Polacy powinni popierać obóz ententy (Rosja-Francja-Wielka Brytania). Agitował nawet za tworzeniem w Imperium Rosyjskim polskich oddziałów, ale kolejne rewolucje wykluczyły ten scenariusz.
Zdania na temat zagrożenia niemieckiego jednak nie zmienił i jako głowa państwa pozwalał sobie na wypowiedzi w stylu "Zdobyliśmy okno do morza [chodzi o Gdynię], a pracą naszego pokolenia i pokoleń następnych musimy to okno zamienić w drzwi, tak aby nie ciasno nam było". W ten sposób wchodził w zwarcie z rządem, gdyż nie miał mandatu do prowadzenia polityki zagranicznej. Zgodnie z konstytucją marcową prezydent pełnił bowiem głównie funkcje reprezentacyjne i ostatecznie ustalono, że Wojciechowski swoje mowy na tematy zagraniczne ma wcześniej konsultować z rządem, zwłaszcza szefem dyplomacji.
Prezydent oszczędny do bólu
Prócz zagadnień międzynarodowych polityk interesował się też sprawami skarbu i gospodarki. Do Belwederu zapraszał np. naukowców, którzy prowadzili wykłady dotyczące różnych aspektów życia gospodarczego. Jako były dyrektor Związku Spożywców, chętnie spotykał się też z wszelkiej maści spółdzielcami. Wreszcie, wspierał kulturę, organizując w swojej siedzibie - wzorem króla Stanisława Augusta - "czwartki", czyli występy wybitnych pianistów, skrzypków, śpiewaczek itd. Koncerty podziwiało kameralne grono, złożone z naukowców, wojskowych czy ludzi sztuki, na których prócz strawy duchowej czekał poczęstunek dla ciała.
Mylił się jednak ten, kto oczekiwał po gospodarzu wystawnego stołu: Wojciechowski w tym i nie tylko tym przypadku, stawiał na skromność. Głodni goście mieli więc do dyspozycji ciasta i owoce, a spragnieni kawę i herbatę. Z podobnym "rozmachem" odbywały się też przyjęcia większego kalibru, jak powitalny obiad dla marszałka Francji, Ferdynanda Focha. Jednym, jak politykowi endeckiemu, Juliuszowi Zdanowskiemu, taka prostota głowy państwa przypadała do gustu - "Raut na Zamku bardzo miły. Żadnej przesadnej pompy, naturalność powitania Prezydenta, masa znajomych".
Częstsze jednak były komentarze w rodzaju notatki posła i ekonomisty, Stanisława Wachowiaka: "To nie był człowiek nawet z cienia podobny do Narutowicza lub Piłsudskiego. [..] Urządzał wieczorki dla posłów na skromniuteńkich, jak w małomieszczańskich domach podwarszawskich, przyjęciach i - czytał nam dzieła Mickiewicza! Z rewerencji dla najwyższego włodarza Rzeczypospolitej chodziłem na te odczyty nauczyciela wiejskiego, ale niedobrze się czułem".
Na obronę pierwszego obywatela RP można dodać, że ta skromność nie była tylko na pokaz i nie ograniczała się do sfery spotkaniowo-towarzyskiej. W trakcie prezydentury Wojciechowski potrafił bowiem ograniczyć wydatki na funkcjonowanie Belwederu o 40%. Z kolei w 1926 roku, w imię solidarności z biedującymi rodakami, zrzekł się 10% swojego wynagrodzenia.
Zarazem potrafił korzystać z uroków władzy, a jego prawdziwą namiętnością był brydż. Tylko jedna sytuacja - kiedy pociąg z naszym bohaterem przejeżdżał przez Kutno i na dworzec wyszły władze miasta i zwykli ludzie, aby go powitać, pochłonięty był właśnie grą w karty. Do tego stopnia, że polecił adiutantowi, aby wyszedł do tłumu i powiedział, że prezydent niestety nie wyjdzie na zewnątrz, bo był strasznie zmęczony jazdą i obecnie śpi.
Wojciechowski podczas sprawowania urzędu dał się również poznać otoczeniu z tego, że nie zawsze jest mu po drodze z etykietą. Począwszy od stroju - pierwsze tygodnie spędził na przekonywaniu pracowników kancelarii, że niepotrzebny mu frak i cylinder, skoro ma w szafie własny, elegancki strój. Gdy w końcu skapitulował, przyszła pora na pierwsze spotkania z ambasadorami i posłami, a wraz z nimi pierwsze faux pas. Głowa państwa nie zamierzała się bowiem przejmować jakimś tam protokołem i potrafiła podczas oficjalnych obiadów przesadzać dyplomatów, jak jej się żywnie podobało. Dodajmy, ku wesołości niektórych ambasadorów, zgorszeniu innych i przerażeniu Polaków.
Inny przykład: skoro prezydent spędził w młodości kilka lat w Londynie, nie dziwi specjalnie fakt, że pałał sympatią do przedstawicieli Wielkiej Brytanii. I to tak bardzo, że gdy poseł Max Muller stawił się u niego na audiencji, w pewnym momencie poczuł prezydencką rękę na plecach. Wojciechowski poklepał go tak, że Brytyjczyk się zachwiał, a na koniec uraczył go oryginalnym pożegnaniem. Mówiąc wschodniolondyńską gwarą, polski przywódca miał stwierdzić, że "Jakby ci się coś przydarzyło, z czym miałbyś urwanie łba, to wal do mnie, a ja już z portek wylizę, by ci pomóc".
Maj i po maju
W bardziej napiętej atmosferze odbywały się za to spotkania z polskimi politykami. Socjaliści i endecy, spolaryzowani jeszcze bardziej niż KO i PiS dziś, z trudem (jeśli w ogóle) dochodzili do porozumienia nawet w kluczowych kwestiach. Do tego partie centrum i formacje mniejszości narodowych, wreszcie Piłsudski - na pozór "samotnik z Sulejówka", w rzeczywistości prowadzący misterną grę na rzecz powrotu do władzy.
Prezydent nieraz wcielał się w rolę mediatora między zwaśnionymi stronami, ale gdy 12 maja 1926 Marszałek wkroczył do Warszawy na czele wiernych sobie oddziałów, przekroczył Rubikon. Dla Wojciechowskiego tego rodzaju szantaż, aby wymusić dymisję rządu Wincentego Witosa, był nie do zaakceptowania. Podczas słynnej rozmowy na moście Poniatowskiego nie dyskutował zatem z Komendantem, zażądał zaś wycofania wojsk. Piłsudski odmówił, co było równoznaczne z wybuchem krótkiej, ale intensywnej i krwawej wojny domowej.
Wojny, która mogłaby się zakończyć rozpadem państwa i/lub agresją Niemiec oraz ZSRR, gdyby nie odpowiedzialna postawa prezydenta. Nie uległ on namowom generałów, aby przenieść się do Wielkopolski i dalej walczyć. Zamiast tego, zrezygnował z urzędu i przekazał władzę marszałkowi sejmu, Maciejowi Ratajowi, który nakazał zawieszenie broni. "Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety" - tak miał podsumować swoją rezygnację Wojciechowski.
Swoją dymisją pożegnał się ze światem polityki. Co prawda spotkał się jeszcze z następcą, Ignacym Mościckim, ale dość niechętnie i był to gest czysto kurtuazyjny. W kolejnych latach skoncentrował się natomiast na wykładach, prowadzonych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i Wyższej Szkole Handlowej. Publikował też prace naukowe z zakresu spółdzielczości, konsekwentnie odmawiał za to udziału w inicjatywach opozycyjnych. Z jednym wyjątkiem - w 1937 roku był obecny na kongresie założycielskim Stronnictwa Pracy. Ale tylko tyle, żadnego dalszego zaangażowania w życie partii.
Niestety, byłemu prezydentowi nie było dane w spokoju spędzić starości. Musiał bowiem zmierzyć się z uwięzieniem syna, Edmunda, którego Niemcy w 1940 roku zesłali do Auschwitz. Młodszy Wojciechowski trafił tam, bo stanął w obronie kolegów po fachu, adwokatów żydowskiego pochodzenia. Okupanci pozbawili ich prawa wykonywania zawodu, a protest Edmunda skończył się dla niego pobytem za obozowymi drutami. Wówczas Niemcy postawili Stanisława przed najtrudniejszym w życiu wyborem. Zaproponowali mu mianowicie układ: podpis pod oświadczeniem o niekonstytucyjności rządu Władysława Sikorskiego w zamian za uwolnienie syna.
Były prezydent pozostał lojalny wobec polskich władz, w związku z czym Edmund pozostał w obozie. Zmarł w lutym 1941 i nie sposób uniknąć pytania, czy gdyby nie patriotyczna postawa ojca, mógłby przeżyć? Nigdy się nie dowiemy, ale do oceny Wojciechowskiego może nas przybliżyć fakt, że synowa nie miała do niego pretensji o podjętą decyzję. Co więcej, w pamiętniku wyrażała się o teściu dość ciepło, a sam prezydent dożył 84 lat i zmarł w podwarszawskich Gołąbkach, w kwietniu 1953 roku.
