Rok 2026 jest bez wątpienia przełomowy dla jego kariery. Michael B. Jordan, świeżo upieczony, tegoroczny zdobywca Oscara za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Męską, idzie jak burza. Złota statuetka najwyraźniej dodała mu skrzydeł, bo po długich przymiarkach stanął na planie niełatwego projektu w podwójnej roli - reżysera i głównego aktora. A mowa o remake'u dzieła kultowego. W dodatku nie pierwszym.
Fani Jordana na pewno już wiedzą: chodzi o "Aferę Thomasa Crowna" z 1968 roku nakręconą przez Normana Jewisona z wielkim Steve'em McQueenem w głównej roli. Film opowiadał o milionerze, który dla sportu organizował skoki na banki. Trzydzieści lat później John McTiernan nakręcił jego udany remake. Rolę McQueene'a przejął z wdziękiem Pierce Brosnan, który w filmie kradł dzieła sztuki. Zarówno w oryginale jak w remake'u złodziej popada w kłopoty, gdy jego tropem rusza piękna i błyskotliwa pani detektyw. (W oryginale Faye Dunway, w drugim filmie Rene Russo).
Teraz, kolejne trzy dekady później, pałeczkę od Brosnana przejmuje Jordan, a piękną detektyw zagra Adrii Arjona ("Hit Man"). Na tegorocznym CinemaConie - corocznym zjeździe właścicieli kin, odbyła się już prezentacja trailera filmu. Michael B. Jordan zapewnił, że jest on "jego własną interpretacją historii zapoczątkowanej przez Normana Jewisona". Zdradził też, że to dla niego szczególny projekt. Remake z Brosnanem z 1999 roku zrobił bowiem na nim, (wtedy dwunastolatku) tak wielkie wrażenie, że przesądził o wyborze drogi życiowej. Podobało mu się, że bohater potrafi ograć wszystkich, pozwalając im wierzyć, że go przechytrzyli.
Obok Jordana w roli Crowna i Arjony jako pani detektyw na dalszym planie zobaczymy m.in. Kennetha Branagha i Lily Gladstone. Premierę filmu zapowiedziano na marzec 2027 roku.
Tymczasem na Jordana, (jak mówi, kalendarz ma rozpisany drobnym maczkiem na najbliższe półtora roku), czeka już kolejny projekt, w którym też pojawi się po obu stronach kamery. Po sukcesie kasowym trzeciego filmu o losach młodego boksera Adonisa, (będącego jego reżyserskim debiutem), aktor wyreżyseruje także czwarty. O nim więcej później, ale już wiemy, że skupi się na córce Adonisa, Amarze i wprowadzi nowych bohaterów.
W międzyczasie Jordan "wskoczy" na plan sequela przebojowego horroru "Jestem legendą", gdzie zagra u boku Willa Smitha. I to wciąż nie wszystko. Jego fani już zacierają ręce na samą myśl o tym, że pojawi się jako Ricardo Tubbs, w nowej, kinowej wersji "Policjantów z Miami" Josepha Kosinskiego. Partnerować mu będzie Austin Butler, który zagra Sonny'ego Crocketta. (Cztery dekady wcześniej wcielał się w niego Don Johnson, zaś zapomniany już Philip Thomas grał Tubbsa).
Jeśli faktycznie zdoła pogodzić z sobą terminy zdjęć i wywiąże się z tych ambitnych planów, przez kolejne osiemnaście miesięcy ma szanse stać się najbardziej zapracowanym aktorem w Hollywood.
Stary, choć młody laureat
Powiedzmy wprost: obfitość (i co ważne -różnorodność) propozycji, to bez wątpienia "efekt Oscara". Zwykle trwa dwa, trzy lata i jeśli zdobywca złotej statuetki mądrze pokieruje swoją karierą w tym czasie, nie grozi mu bezrobocie przez następne lata.
Nie wszyscy zapewne wiedzą, że Michael B. Jordan mimo dość młodego wieku (39 lat), jest "starym" aktorem - gra od 28 lat. Zaczęło się od tego, że ktoś podrzucił mamie pomysł, by z przystojnego, 11-letniego syna spróbowała zrobić…modela. Dzieciństwo zapamiętał więc jako podróż od castingu do castingu. Pojawił się w wielu kampaniach reklamowych, a stamtąd trafił do telewizji.
Swoje pierwsze, małe role epizodyczne grał już w 1999 roku, pojawiając się jednorazowo w kultowych serialach "Bill Cosby Show" i "Rodzina Soprano". Debiut na dużym ekranie przyszedł dość szybko, bo już w 2001 roku. Zagrał wtedy w dramacie sportowym "Krótka piłka" u boku Keanu Reevesa, gdzie wcielił się w jednego z "trudnych chłopców", z drużyny baseballowej.
Jego pierwszym, znaczącym dokonaniem, które przyniosło mu uznanie krytyków, była rola nastoletniego Wallace'a w legendarnym serialu "Prawo ulicy". Zagrał tam wrażliwego, nastoletniego chłopaka uwikłanego w handel narkotykami w Baltimore. Choć pojawił się tylko w jednym sezonie, postać ta stała się jedną z bardziej ikonicznych w historii serialu. W dodatku jej los był dramatyczny.
W tym czasie Jordan uczył się w prestiżowej, elitarnej szkole średniej Arts High School w Newark, w New Jersey. Na wydziale dramatu. Łączenie nauki z pracą na planie nie było jednak łatwe i w efekcie uniemożliwiło mu potem pójście na studia.
W 2003 roku Jordan dołączył do obsady popularnej opery mydlanej "Wszystkie moje dzieci". Mówi, że to była "ekspresowa nauka zawodu". Praca na planie telenoweli trwała aż do ukończenia szkoły średniej w 2006 roku. Wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że to właśnie ten plan zdjęciowy był jego "prawdziwym uniwersytetem". Praca nad nakręceniem 1,5 odcinka dziennie (serial wyświetlany był codziennie), dała mu twardą szkołę rzemiosła aktorskiego.
Jak przystało na posiadacza nazwiska i imienia słynnego koszykarza NBA, grał też w drużynie koszykówki i przez moment rozważał sportową karierę. By odróżniać się od słynnego zawodnika, dodał do imienia i nazwiska literkę B., za którą kryje się jego drugie imię - Bakari. (W języku suahili znaczy "szlachetna obietnica", co było dla niego ważne).


Niczym wybuch wulkanu
Mimo popularności, po kilkunastu latach w zawodzie Jordan wciąż nie był pewien, czy zdoła się w nim utrzymać. Czekał na swoją wielką szansę, na główną rolę. I wtedy na jego drodze pojawił się reżyser, który miał go wywindować na szczyt. Był rok 2012, a spotkanie z Ryanem Cooglerem było niczym wybuch wulkanu. Ich pierwszy, wspólny film "Fruitvale" był tym, na co czekał.
Jego scenariusz Coogler pisał, gdy Amerykanie żyli śmiercią Trayvona Martina - czarnoskórego 17-latka zastrzelonego w Orlando podczas powrotu do domu. Coogler w filmie pokazał ostatni dzień z życia Oscara Granta - młodego Afroamerykanina, zakutego bez powodu w kajdanki i powalonego na ziemię, który zginął od policyjnej kuli. Wydarzenie na stacji Fruitvale nagrali telefonami świadkowie. Winny jego śmierci policjant dostał śmieszny wyrok, co wywołało falę zamieszek i protestów w całym kraju. Film miał premierę na Sundance w 2013 roku, gdzie otrzymał Główną Nagrodę Jury i Publiczności. Jordana uhonorowano prestiżową Gotham Award w kategorii "Aktorski przełom". Nareszcie wiedział, że dobrze wybrał. Uwierzył w siebie.
Dwa lata później Coogler odważył się tchnąć nowe życie w kultową serię "Rocky", znów z Jordanem w głównej roli, mimo że sercem filmu pozostawał Sylvester Stallone. "Creed: Narodziny legendy" to opowieść o poszukiwaniu tożsamości i odkrywaniu siebie. Jako stary mistrz i trener głównego bohatera, stary aktor znów był wielki w roli życia. Dostał nawet nominację do Oscara. Ale brawa należały się też młodemu aktorowi.
Do wejścia na plan, (i na ring) Jordan przygotowywał się przez rok. Wyciskał kilogramy i niemal mieszkał w siłowni, jak sam żartował. Było warto, bo jego muskulatura robiła wrażenie na ekranie. Jako Adonis, nieślubny syn Apolla Creeda, legendarnego mistrza świata, który zginął na ringu w "Rockym", stąpał po śladach bohatera tamtego, pierwszego filmu. Tak samo samotny, po śmierci matki wychowywał się w sierocińcach i domach poprawczych. Dopiero wdowa po Apollu odnalazła go i przygarnęła. Nauczyła miłości i godności, choć wciąż nosił w sobie niepokój. Dopóki nie odkrył, że jego miejsce jest na ringu - tam, gdzie ojca. Odnalazł Rocky'ego Balboę, dawnego przyjaciela i rywala Apolla, który został jego duchowym ojcem.
Ich więź to najmocniejszy i najlepszy wątek filmu. Adonis odkrywa, że zwycięstwo to nie tylko znokautowanie przeciwnika, że najważniejsze jest pokonanie samego siebie.


Śladami Rocky'ego Balboa
Film odniósł wielki sukces, a producenci postanowili pociągnąć opowieść, dokładnie tak, jak w "Rockym". Wkrótce powstał "Creed II", w którym bohater mierzy się z synem człowieka, który zabił mu ojca. Mowa o największym rywalu Rocky'ego - rosyjskim kolosie, Ivanie Drago, zepsutym do szpiku kości, jak to gość zza żelaznej kurtyny. Ta konfrontacja staje się emocjonalnym rozliczeniem z przeszłością zarówno dla syna Apolla, jak też dla Rocky'ego. Za kamerą nie stanął, niestety Coogler, a mniej zdolny Steven Caple Jr., ale duet Jordan-Stallone spisał się doskonale.
Ostatnią część trylogii, w której Adonis jest już mężem i ojcem, Jordan wyreżyserował sam. Nie palił się do tego, ale była to dla niego wielka szansa. Po raz pierwszy stanął po obu stronach kamery. Tym razem walczył na ringu z przyjacielem z dzieciństwa, który spędził lata w więzieniu i obwiniał za to właśnie jego. Poradził sobie nieźle jak na debiutanta, nawet jeśli do pierwszej, znakomitej części sagi porównać filmu nie sposób. Na skutek konfliktu o prawa autorskie do postaci - między producentem a Stallone - ten ostatni wycofał się niestety z filmu. I ten brak mocno wadził historii. Mimo to, o dziwo, produkcja okazała się najbardziej dochodową ze wszystkich części trylogii, zarabiając prawie 300 mln dolarów.
Jordan jako Adonis Creed okazał się godnym następcą Rocky'ego, nawet jeśli oryginał pozostał niedoścignionym dziełem. Czy IV część "Creeda" ma sens? Miejmy nadzieję, że Jordanowi posłuży radą Coogler, który sam jednak nie chce wracać za kamerę projektu. Dziś już wiadomo, że producenci z Warner Bros. mają pomysł na rozbudowę całego uniwersum "śladami Rocky'ego". I temu właśnie posłuży czwarta odsłona opowieści o jego uczniu. Mało tego, Amazon planuje już odrębne produkcje, m.in. serial skupiony na dorastającej, głuchoniemej córce Adonisa.


Jak Scorsese i De Niro?
Na długo przedtem nim Coogler i Jordan znów mieli się spotkać na planie "Grzeszników", ten pierwszy dostał propozycję od Marvela i nakręcił kultową dziś "Czarną panterę". Pierwszy film o czarnoskórym superbohaterze, który zarobił 1 miliard 400 milionów dolarów. Oczywiście nie zapomniał o ulubionym aktorze. Tym razem obsadził go w roli złoczyńcy. Jordan wypadł tak znakomicie, że przesłonił postać głównego bohatera - księcia T'Challa granego przez zmarłego przedwcześnie Chadwicka Bosemana.
"Czarna Pantera" to kolejna opowieść science-fiction będąca częścią filmowego Universum Marvela. Jej wyjątkowość polega na tym, że stowarzyszenia amerykańskich krytyków uznały film za najlepszy w historii marvelowskich produkcji i doceniły jego "wyjątkowe znaczenie kulturowe". Była to też pierwsza produkcja o superbohaterach, która otrzymała nominację do Oscara w głównej kategorii "Najlepszy film".
Jordan zagrał śmiertelnego wroga głównego bohatera, króla Wakandy. Jak pisano, dzięki wysiłkowi Jordana i Cooglera jego postać to "najbardziej wyrazisty antagonista w całym Uniwersum Marvela". Jak przekonująco wypadła współpraca tego duetu w tym rozrywkowym projekcie, niech świadczy fakt, że krytyk "Variety" porównał ją do najbardziej ikonicznego duetu w historii kina: Martina Scorsese i Roberta De Niro. Dotyczyło to ich wszystkich ich wspólnych filmów, ale porównanie pojawiło się po premierze "Czarnej pantery".
A przecież największe ich wspólne dzieło - czyli "Grzesznicy" - miało powstać dopiero siedem lat później.


Oscar i rekordowe 16 nominacji
Choć kurz po tegorocznych Oscarach opadł już dawno, trudno zapomnieć zaciętą walkę między dwoma tytułami, idącymi do końca "łeb w łeb". Mowa o zwycięskim ostatecznie tytule "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona i o nominowanych do rekordowej liczby 16 złotych statuetek "Grzesznikach" Ryana Cooglera. Ostatecznie filmowi przypadły 4 statuetki- w tym za Najlepszy Scenariusz dla Cooglera i za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Męską - Jordanowi.
Niewiele było ostatnimi laty filmów, które miałyby taki oddźwięk jak "Grzesznicy" Ryana Cooglera. Gatunkowy mix filmu, który do połowy jest dramatem obyczajowym, by niespodzianie zmienić się w horror, przyprawia o zawrót głowy. Ale to także znakomity film muzyczny i kino gangsterskie, a wreszcie przejmująca opowieść o kulturowym zawłaszczeniu. Pokazuje, co się dzieje, gdy tracimy własną tożsamość, historię, a wreszcie pamięć o nich.
Historia braci bliźniaków, Smoke i Stack granych przez (jednego) Jordana, po latach gangsterki pod okiem Ala Capone, pragnących zrobić coś dla czarnoskórej społeczności, urzekła wszystkich. Nawet tych, którzy za horrorami nie przepadają. Bracia zakładają klub z muzyką i tańcem, zatrudniając w nim utalentowanego muzycznie syna pastora. To on stanie się zapalnikiem niespodziewanych wydarzeń, które spowodują ową gatunkową "przewrotkę". Duszą tego niezwykłego filmu jest muzyka, będąca sposobem dla wyrażania kulturowej odrębności czarnoskórej społeczności. Muzyka jest tu także bramą oddzielającą świat realny od metafizycznego. Jej kompozytor Ludwig Goransson zdobył za ścieżkę dźwiękową zasłużonego, trzeciego Oscara dla filmu.
Wszystkie wydarzenia - wątki miłosne, opowieści o stracie - przepełnione są głęboką tu symboliką. Sercem filmu jest rola, a raczej dwie role, Jordana. Aktor świetnie radzi sobie z przypisaniem każdemu z bliźniaków odrębnej osobowości. Gdy widzimy ich razem na jednym planie, choć fizycznie są identyczni, różnice są wyraźne. Smoke - poważny i pragmatyczny, Stack - pogodny i czarujący. Jordan mówi tu z południowym akcentem. Świetnie też śpiewa i tańczy. Trudno oderwać od niego wzrok. Sam film to istna kinowa euforia - pełna emocji pieśń pochwalna o życiu i miłości. Także o miłości do filmów.
To piąty wspólny film Cooglera i Jordana. Najlepszy, z najwybitniejszym występem tego drugiego. Reżyser pytany, co sprawia, że Jordan jest tak przekonujący na ekranie, odpowiada: "Mike ma w sobie ten rodzaj magii, który moim zdaniem posiada Tom Hanks - widzisz go i od razu ci na nim zależy. To rzadki dar. Ma też niesamowitą determinację".
Zawsze sprawiedliwość
Można by pomyśleć, że Michael B. Jordan jest wyłącznie aktorem Ryana Cooglera, co oczywiście nie jest prawdą. Zagrał z powodzeniem w wielu produkcjach innych reżyserów, choć kamieniami milowymi jego kariery są ich wspólne tytuły. Warto jednak wspomnieć też o chwytającym za serce (choć ckliwym) filmie Denzela Washinghtona "Dziennik dla Jordana", a nade wszystko o dramacie sądowym "Tylko sprawiedliwość" Destina Crettona. Ten ostatni to kino rodem z ekranowego świata Spike'a Lee.
To historia młodego prawnika Bryana Stevensona (Jordan) i jego walki o sprawiedliwość. Po ukończeniu studiów na Harvardzie Bryan porzucił lukratywne oferty pracy i pojechał ma amerykańskie Południe do Alabamy, bronić niesłusznie skazanych. Jedną z jego pierwszych i zarazem najgłośniejszych spraw, jest ta Waltera McMilliana (Jamie Foxx), skazanego na karę śmierci w 1987 r. za morderstwo białej,18-letniej dziewczyny. Mimo że większość dowodów świadczyła o jego niewinności, został skazany. Bryan z pomocą miejscowej adwokatki, udowadnia jego niewinność, jednocześnie wykazując skorumpowanie tamtejszego sądownictwa.
Warto wspomnieć, że sam Jordan również jest człowiekiem niezwykle zaangażowanym w kwestie społeczne. Nie ukrywa wcale, że jako aktor, stosuje taktykę konia trojańskiego: grane przez siebie postacie napełnia doświadczeniami Afroamerykanów. Przed laty założył firmę produkcyjną Outlier Society Productions, która promuje różnorodność w branży filmowej i słynie ze stosowania klauzuli "Inclusion Rider" (różnorodność płci czy koloru skóry przy zatrudnianiu). Słynie również z działalności charytatywnej, (długo udawało mu się wspierać potrzebujących anonimowo).


Wypada też odnotować, że w 2020 roku Jordan został wybrany przez magazyn "People" - Najseksowniejszym Żyjącym Mężczyzną. Doceniony "za charyzmę, wygląd oraz transformację sylwetki do ról filmowych". Jest trzecim z rzędu czarnoskórym laureatem tego prestiżowego tytułu.
I szóstym w historii, który zdobył Oscara za główną rolę męską.