Próby odnalezienia krótszej drogi morskiej prowadzącej z Europy do Azji trwały już od czasów pamiętnej wyprawy Krzysztofa Kolumba w 1492 roku. Jak dotąd przeprawiano się tam niezwykle długim Szlakiem Południowym, przebiegającym dookoła dwóch Ameryk, którego pokonanie zajmowało ogrom czasu. Przepłynięcie dotąd w całości nieprzebytą trasą przez Przejście Północno-Zachodnie miało nie tylko prowadzić do przyspieszenia i obniżenia kosztów transportu towarów, ale i zapewnić Wielkiej Brytanii sławę i przewagę strategiczną nad innymi krajami. Ekspedycja badawcza Franklina wiązała się więc z ogromnymi kosztami, jednak jak okazało się później, żeglarze w niej uczestniczący przypłacili znacznie większą cenę. Statki z załogą nie tylko nie dotarły do upragnionego celu, ale i nigdy nie udało im się wrócić do domu. To, co działo się z uczestnikami wyprawy, przez wiele lat było owiane tajemnicą.
Zapasy miały wystarczyć na trzy lata
Ekspedycja z 1845 roku była wówczas najlepiej przygotowaną i najbardziej dofinansowaną tego typu wyprawą w historii Wielkiej Brytanii. Zadbano o niemal każdy szczegół, począwszy od wyposażenia statków po zgromadzony na pokładach ekwipunek. Dowództwo objął kapitan John Franklin, doświadczony żeglarz, badacz i oficer, który większość swojego życia spędził, pływając po morzach i oceanach. Do Royal Navy, czyli Królewskiej Marynarki Wojennej, wstąpił, gdy miał zaledwie 14 lat. Brał udział w wielu ważnych wyprawach i bitwach morskich, m.in. w ekspedycji do Australii. Mógł pochwalić się również wielokrotnym udziałem w ekspedycjach arktycznych. Niektóre z nich odbyły się pod jego dowództwem, zajmował się także badaniem i tworzeniem map północnego wybrzeża Kanady. Nie dziwi więc, że Brytyjska Admiralicja powierzyła tę misję właśnie 59-letniemu Franklinowi. Warto doprecyzować, że objął stery HMS Erebusa, a przedsięwzięcie miało stanowić wspaniałe zwieńczenie jego kariery.
Drugim kapitanem, któremu przypadło w udziale dowodzenie HMS Terrorem, był równie doświadczony polarnik, Francis Crozier. Z brytyjskiego portu łącznie wypłynęło 24 oficerów oraz 110 członków załogi. Warto dodać jednak, że już po upływie ok. dwóch-trzech miesięcy podczas uzupełniania zapasów na Grenlandii pięciu marynarzy trzeba było odesłać do domu z powodu pogorszenia stanu zdrowia. Właściwa wyprawa arktyczna liczyła 129 osób.
Trasa miała przebiegać przez Zatokę Baffina i Cieśninę Lancastera, Archipelag Arktyczny Kanady z Oceanu Atlantyckiego aż do Pacyficznego. Była to droga niezwykle niebezpieczna i wymagająca, nie tylko ze względu na surowe warunki, ale i swego rodzaju nieprzewidywalny labirynt, jaki tworzą arktyczne tereny. Zimą temperatura może spadać tu nawet do -50 stopni Celsjusza. Możliwość przepłynięcia przez lodową krainę istniała wówczas jedynie w czasie arktycznego lata, które trwało krótko. Nieroztropne decyzje czy opieszałość ze strony dowództwa statku mogły poskutkować utknięciem na zimę w pułapce zamarzniętych wód. Wydawało się jednak, że wyprawę przygotowano w każdym, nawet najmniejszym detalu, przez co pokładano w niej ogromne nadzieje. Brytyjczycy marzyli o tym, by pierwsi pokonać w całości Przejście Północno-Zachodnie, wiązało się to z otwarciem nowych możliwości handlowych pomiędzy krajami europejskimi a Orientem, a także ze sławą, honorami i zaznaczeniem swojej potęgi jako mocarstwa. Jednocześnie przygotowania oznaczały poniesienie przez państwo gigantycznych kosztów.
Oba okręty przez wiele lat były unowocześniane i uzbrojone w niezwykle mocne kadłuby, co miało im pomóc poradzić sobie z bezlitosnymi, arktycznymi warunkami. Wyposażono je w masywne belki, żelazne osłony, a także nowoczesne silniki parowe. Z uwagi na to, że trasa przebiegała przez tereny, na których panowała bardzo niska temperatura, zapewniono również centralne ogrzewanie parowe, a kabiny były wyposażone w kanały wentylacyjne. Terror i Erebus były uważane za współczesne cuda techniki, nad którymi pracowali najlepsi inżynierowie. Wyprawę planowano na około trzy lata, aby przetrwać tak długi czas, zadbano o zaopatrzenie załogi w wiele ton żywności oraz węgla. Co ciekawe, sam Franklin miał uznać, że w razie kryzysu, przy racjonowaniu jedzenia oraz wspomaganiu się połowami czy polowaniem na tamtejszą zwierzynę, zapasów mogło wystarczyć nawet na pięć lat. Na statkach znalazły się suszona wołowina, suchary, kasze, suszone owoce, a także tysiące puszkowanych mięsnych i warzywnych konserw. Niestety, innowacyjne rozwiązanie w postaci lutowanych puszek, które doskonale chroniły jedzenie przed psuciem się i szkodnikami, jak się później okazało, stało się niebezpieczną pułapką dla uczestników wyprawy.
Planując ekspedycję, pomyślano niemal o wszystkim, także o zagwarantowaniu żeglarzom rozrywki. Długie dni spędzone na morzach i oceanach wiązały się z monotonią. Dlatego na pokładzie jednego ze statków znalazła się biblioteka zaopatrzona w tysiące książek, a nawet katarynka (organy baryłkowe), czyli mechaniczny instrument muzyczny z kilkudziesięcioma wgranymi utworami. Podobno zabrano również psa oraz małpkę kapucynkę, która była prezentem dla Franklina.
Mroczne strony wyprawy
O ile kapitanowie Terroru i Erebusa mogli poszczycić się niemałym doświadczeniem w arktycznych ekspedycjach, dla większości załogi była to pierwsza okazja do zmierzenia się z nieprzyjaznymi, polarnymi warunkami. Mowa tu nie tylko o stałej ekspozycji na zimno, ale i przytłaczającej ciemności. W tamtym rejonie świata panuje zjawisko nocy polarnej, podczas której słońce nie wznosi się ponad linię horyzontu, przez co najmniej dobę, a czasem potrafi nie wyłaniać się nawet przez kilka miesięcy. Co jak można się domyślić, ma fatalny wpływ na stan psychiczny człowieka.
Mimo nowoczesnego wyposażenia okrętów panowały na nich niedostateczne warunki sanitarne, a duża ilość osób stłoczona w małych przestrzeniach kajut sprzyjała rozwojowi wielu chorób. Zagrożeniem dla zdrowia marynarzy stało się także spożywanie puszkowanej żywności, które stopniowo doprowadzało do zatrucia ołowiem. Ponadto, chociaż wśród zapasów zgromadzonych na statku znalazł się sok z cytryn i limonek, u członków załogi i tak rozwijał się szkorbut. Prawdopodobnie obecna w nim witamina C ulegała częściowej degradacji z powodu nieodpowiedniego lub zbyt długiego przechowywania. Być może też serwowana ilość kwasu askorbinowego w diecie była niewystarczająca. Stałym elementem żeglarskiej codzienności były również szczury, źródło wielu groźnych chorób zakaźnych i pasożytów.
Okręty zaklęte w lodzie
Pierwsze miesiące wyprawy prawdopodobnie przebiegały bez większych trudności. Ostatni raz ich obecność była odnotowana przez statki wielorybnicze latem 1845 roku na Morzu Baffina. Kresem wyprawy okazała się Wyspa Króla Williama, obecne tam zlodowacenia uniemożliwiły kontynuowanie przeprawy. Jak wynika z odnalezionych zapisków we wrześniu 1846 roku Terror i Erebus zostały uwięzione przez lód. Nie pomogło świetne wyposażenie i umocnienia statków, napierające lodowe masy niszczyły nie tylko konstrukcje, ale i udaremniały próby wydostania się okrętów. Pozostawało jedynie liczyć na to, że za jakiś czas mrozy nieco odpuszczą, co umożliwi uwolnienie się z lodowych uścisków. Okręty utknęły na ponad rok. Topniejące zapasy, w przeciwności do otaczających statki mas lodu, skłoniły załogę do podjęcia decyzji o sprowadzeniu pomocy drogą lądową. Marynarzy czekało śmiertelnie niebezpieczne zadanie. Długie miesiące spędzone na oczekiwaniu w ekstremalnie trudnych warunkach odcisnęły piętno na ciałach oraz umysłach żeglarzy. Nie bez znaczenia była przewlekła ekspozycja na ołów z puszek żywnościowych. Chociaż obecna wiedza nie uznaje ołowicy za główną przyczynę złego stanu marynarzy, warto mieć na uwadze, że ekspozycja na ten pierwiastek skutkuje anemią, problemami neurologicznymi, a także dezorientacją i paranoją. Osłabieni, oszołomieni, cierpiący z powodu wygłodzenia i mrozu członkowie załogi wyruszyli w drogę do faktorii Kompanii Zatoki Hudsona nad rzeką Back, co oznaczało wędrówkę śnieżnym pustkowiem przez sporo ponad tysiąc kilometrów. Załoga uzbrojona w sanie z zapasami wyruszyła w śnieżną niewiadomą.
Szokujące odkrycia
Lady Jane Franklin, żona kapitana Franklina, po trzech latach bez wieści o załodze Erebusa i Terroru postanowiła nakłonić Admiralicję do zorganizowania poszukiwań. Brytyjskie władze były przekonane, że tak doświadczone dowództwo oraz doskonale przygotowana i wyposażona ekspedycja z pewnością poradzi sobie świetnie, dlatego przez długi czas nie widziały konieczności wysyłania pomocy. Warto dodać, że John Franklin stał się wówczas niezwykle cenioną i rozpoznawalną osobistością w Wielkiej Brytanii, co ostatecznie ułatwiło zgromadzenie środków oraz ludzi potrzebnych do podjęcia próby ratunku. By skłonić śmiałków do udziału w ekspedycji, wyznaczono wysokie nagrody pieniężne.
Przez wiele lat podejmowano liczne próby ustalenia, co stało się z załogą zaginionych okrętów, jednak większość z nich nie przynosiła żadnych faktów. Spory przełom nastąpił w 1854 roku, kiedy podróżnik John Rae w pobliżu kanadyjskiego wybrzeża natrafił na miejscowych Inuitów, którzy pomogli w ustaleniu, jaki los prawdopodobnie spotkał nieszczęsnych żeglarzy. Dowodem na faktyczny kontakt z załogą były pozostawione przez nich przedmioty. Spotkanie to pozwoliło na dotarcie do przerażających informacji. Tamtejsi mieszkańcy wspominali o grupie wychudzonych, przemarzniętych do szpiku kości, padających ze zmęczenia białych ludzi, którzy mieli ciągnąć ze sobą ciężkie sanie i łodzie. Podobno wśród członków załogi, która postanowiła opuścić zakotwiczony w lodzie statek i udać się po pomoc ku granicy obecnej Kanady, miało dochodzić do aktów kanibalizmu. Doniesienia te wywołały spore oburzenie, a wręcz odrzucenie przedstawionych faktów przez angielską socjetę, do której należał między innymi powieściopisarz Charles Dickens. Padały oskarżenia jakoby przerażające opowieści były jedynie wymysłami "dzikich ludzi", a nawet podejrzenia, że to oni sami mieli skusić się na zakosztowanie w brytyjskich żeglarzach.
Do dokładnych informacji pozostawionych przez załogę feralnej wyprawy udało się dotrzeć dopiero w 1859 roku. Na Wyspie Króla Williama ekipa badawcza pod kierownictwem poszukiwacza Francisa Leopolda McClintocka odnalazła usypany kopiec, który stanowił powszechny znak rozpoznawczy pozostawiany przez polarników. Znajdowała się w nim szczegółowa notatka, wśród zapisków znalazły się informacje, z których wynikało, że do zimy 1846 roku ekspedycja przebiegała zgodnie z założeniami. Druga wiadomość pochodziła z 25 kwietnia 1848 roku, wówczas brytyjskie okręty od półtora roku pozostawały uwięzione w lodzie. W tym okresie załoga udała się na poszukiwanie pomocy drogą lądową. Zapisano także dokładną datę śmierci kapitana Franklina, która miała nastąpić 11 czerwca 1847 roku. Niepokojący może być fakt, dlaczego nie odnotowano, co dokładnie przytrafiło się żeglarzowi. Według zapisków na tamten moment oprócz kapitana śmierć poniosło 24 członków załogi Erebusa i Terroru.
Przez lata poszukiwania śladów po tragicznej ekspedycji trwały nie tylko na wodach, ale i lądzie. W latach 80. grupa naukowców prowadzonych przez profesora antropologii z Uniwersytetu Alberty w Kanadzie Owena Beattie odnalazła groby na Wyspie Beechey na archipelagu arktycznym, w których znajdowały się szczątki trzech żeglarzy. To właśnie tam załoga Terroru i Erebusa miała przeczekać, zanim okręty zostały uwięzione przy Wyspie Króla Williama. Podczas przeprowadzonej analizy zwłok wykazano, że prawdopodobnie przyczyną zgonu marynarzy było zapalenie płuc i gruźlica. Wszystkie szczątki nosiły także znamiona zatrucia ołowiem i szkorbutu. Późniejsze badania prowadzone już w XXI wieku wskazywały również, że mężczyźni zmagali się z niedożywieniem oraz niedoborem cynku. Co więcej, naukowcy przeprowadzili także badania na kościach znalezionych na Wyspie Króla Williama. Okazało się, że użyto na nich piły, łamano je i cięto, co potwierdziło akty kanibalizmu, do których dochodziło wśród członków załogi.
Poszukiwania zaginionych okrętów trwały przez ponad sto lat, jednak dopiero w 2014 roku grupa badawcza pod kierownictwem Agencji Parków Kanady trafiła na wrak Erebusa, który znajdował się we wschodniej części Zatoki Królowej Maud w Archipelagu Arktycznym. Terror odnaleziony został w 2016 roku przez członków Arctic Research Foundation w zatoce Wyspy Króla Williama. Co ciekawe, statek zachowany był niemal w idealnym stanie.
Horror, który stał się inspiracją
Poruszające losy załogi Terroru i Erebusa stały się inspiracją do tworzenia piosenek, wierszy, powieści, a później również filmów. Pomimo katastrofalnych skutków wyprawy, sam kapitan Franklin w epoce wiktoriańskiej był pewnego rodzaju bohaterem-celebrytą. Mroczna historia nieszczęsnej wyprawy zainspirowała także twórców amerykańskiego serialu "Terror" z Jaredem Harrisem w roli kapitana Francisa Croziera oraz Ciaranem Hindsem, który wcielił się w Johna Franklina.
Co złożyło się na klęskę wyprawy Franklina? Trudno wskazać jedną konkretną przyczynę. Przecenienie możliwości statków w starciu z lodowym bezkresem, śmiertelnie niebezpieczne warunki, a w końcu pułapka w postaci chorób, głodu i powoli zatruwającego organizmy ołowiu. Ostatecznie wyprawa, która miała stać się przypieczętowaniem potęgi brytyjskiego imperium, okazała się wyrokiem śmierci dla 129 osób.
