Reklama

Natalia Grygny, Interia: Ile mówi o naszym społeczeństwie karetka? Twoje opowieści o polskiej ochronie zdrowia to w końcu nie tylko obraz medyków, ale i nas - społeczeństwa.

Yanek Świtała, ratownik medyczny, influencer, autor książki "Pędzę do ciebie na sygnale": - W zasadzie wszystko i nic. Wszyscy działamy w tym systemie, jesteśmy płatnikami i co za tym idzie - za nasze środki karetka jest kupowana i naprawiana. W 2026 roku pogotowie w Polsce zrealizowało ponad 3 mln wyjazdów, ja z tego wszystkiego miesięcznie realizuję jakieś 150-200. W nowej książce pokazuję najbardziej jaskrawe przykłady, ale kierując się przy tym dobrem pacjentów i bezpieczeństwem danych. Czasami z trzech historii powstaje jedna, a z jednej trzy. Sens pozostaje jednak taki sam. Pokazuję to wszystko raczej z niezbyt przyjemnej perspektywy. Nie wiem więc, czy komukolwiek można życzyć "miłej lektury" lub "dobrej zabawy", polecając mu tę książkę.

Reklama

Ja z pewnością bym nie życzyła.

- Sama widzisz. Pojawia się zatem pytanie, po co taką książkę pisać. Może dlatego, że nikt inny takiej książki nie pisze?

A może dlatego, że to tematy tabu, o których niezbyt często się rozmawia? Pamiętam twoją pierwszą książkę "Polski SOR". Tematykę ratownictwa medycznego rozkręciłeś na dobre w mediach społecznościowych. 

- Jeśli jest coś, z czego jestem dumny, to to, że jako pierwszy zacząłem "szczekać", kiedy większość co najwyżej skomlała. Jako pierwszy wyszedłem przed kamerę, pokazałem twarz i powiedziałem, że z niektórymi politykami nie chce mi się gadać, bo nie mamy o czym. W pandemii ludzie nie mieli za bardzo wyjścia i musieli się ochroną zdrowia zainteresować. Wraz z jej końcem zainteresowanie zmalało lub uległo zmianie. Z pewnością jest tak, że teraz już nie chce mi się szczekać. Wolę dyskutować, ale z tymi, którzy chcą ze mną dyskutować - i mają jakiekolwiek merytoryczne argumenty. Wiadomo przecież,  że nikt nie myśli po przebudzeniu: "jaka cudowna sobota, jestem ciekaw, co tam w hospicjum" albo "jakie nowe patologie w pogotowiu?". Zainteresowanie jest raczej punktowe. Skoro dostałem narzędzie, starałem się je wykorzystać , by w miarę możliwości budować narrację o ochronie zdrowia z naszej perspektywy.

- Moim zdaniem o ochronie zdrowia dowiadujemy się najczęściej, gdy lekarze z jakiegoś szpitala zrobili dziecku spektakularny przeszczep albo kiedy pracownicy zrobią coś niesamowitego. Nie ma miejsca na szarą rzeczywistość, w której prawie milion osób - bo tylu nas pracuje w tej "branży" - przychodzi codziennie do pracy i ją wykonuje. O wielu rzeczach mówi się dość sucho. Prosty przykład: wypadek. Tylko ratownicy biorący udział w akcji wiedzą, co tam się zadziało. Chcę mówić głośno, jakim hartem ducha się wykazali. Bez nawracania, w końcu każdy może się ze mną nie zgodzić. Staram się mówić o swojej rzeczywistości - jeśli coś mi nie pasuje to mi nie pasuje i tyle.

"W pracy robimy rzeczy, których normalny człowiek nie byłby w stanie znieść"*. Kiedy bywa najtrudniej?

- Na tym samym dyżurze mogą stać się rzeczy, których nie wymyśliłby Monty Python, jeśli chodzi o surrealizm i nie powstydziłby się Tarantino, jeśli chodzi o drastyczność. Mówimy o jednym wyjeździe. Czasami dzieją się rzeczy wystawiające cię na nieprawdopodobne ciśnienie i presję. Pomyśl: prezydent ma kilku doradców, a my jesteśmy w dwuosobowym zespole o piątej nad ranem w melinie. Mamy trzy sekundy na podjęcie decyzji. Nie sześć, nie dziesięć. Nie ma kół ratunkowych jak w programie "Milionerzy" , w tym pytania do przyjaciela. Rzeczywistość zadaje pytania, na które żadne wytyczne nie znają odpowiedzi. Zdarzają się sytuacje bez dobrego wyjścia. Nieważne co zrobisz, zrobisz źle. Pytanie tylko, które "źle" jest dla ciebie jako człowieka, ratownika i pacjenta łatwiejsze do zaakceptowania. Z jednej strony to będą trudne decyzje na zasadzie: komuś trzeba coś wbić lub wyjąć. Z drugiej - książki mówią co innego, ale nie ma przy tobie ani jednego autora. A ty w tym momencie starasz się człowieka wytargać z objęć śmierci. Niektóre sytuacje okazują się trudne po czasie.

Masz taką, która najbardziej utkwiła ci w pamięci?

- Prowadziliśmy resuscytację w miejscu publicznym. Wszystko szło zgodnie z planem, pacjent w 30 sekundzie był monitorowany, wystąpiło migotanie komór,  200 dżuli z defibrylatora prosto w serce, akcja zaczęła się na dobre. Do tego koordynowałem kolegów z zespołu, angażowałem świadków, powiadomiłem szpital. Działania trwają, a w całym akcie robienia dziewięciu rzeczy naraz czułem się niczym władca piorunów. Nagle z ust pacjenta wypadła sztuczna szczęka. Nic takiego. Położyłem ją obok głowy, w międzyczasie wydałem cztery polecenia. Kątem oka zauważyłem rękę, która po nią sięgała. Odruchowo ją odtrąciłem i krzyknąłem: "odsuń się!". Zapomniałem o sprawie. Po wszystkim okazało się, że zwróciłem się tak do żony pacjenta. I co z tego, że wraz z kolegami zrobiłem "wspaniałą medycynę", dałem obcemu człowiekowi wszystko, co potrafiłem, całą swoją wiedzę. Po pierwsze: mężczyzna po czasie zmarł w szpitalu. Po drugie: ratownicy, czyli ludzie, którzy powinni się kojarzyć z profesjonalizmem i tym, że są super, kazali się kobiecie po prostu odsunąć. W najbardziej traumatycznym dniu jej życia. Nie dostaliśmy informacji, że jest na miejscu. Wiedzieliśmy jedynie, że mężczyzna nagle osunął się na ziemię i stracił przytomność.

Stałeś się jednym z najbardziej znanych ratowników medycznych w Polsce. Ostatnio sporo mówi się o hejcie. Jak sobie z nim radzisz czy już po tylu latach masz to po prostu gdzieś?

- Mam to już gdzieś. Trzeba mieć naprawdę nudne życie, skoro ma się jeszcze czas i przestrzeń do zwyzywania obcego gościa w sieci. W pandemii kilkaset tysięcy osób napisało mi, że mnie zabije. Wtedy byłem przerażony. Ale tak się składa, że żaden z nich nie przyszedł.

- Skupiam się na czym innym. Po wydaniu pierwszej książki "Polski SOR" napisał do mnie pewien facet: "stary, dzięki tobie przeprowadziłem resuscytację!". Leciał z żoną na wakacje i na Okęciu kupił akurat moją książkę. Skończył ją czytać w trakcie powrotu do Polski, a tak się składało, że ostatni rozdział dotyczył pierwszej pomocy. Wylądowali, poszli do samochodu i ruszyli do domu. Na trasie trafili na wypadek samochodowy. Godzinę wcześniej facet skończył czytać wątek, co należy robić przy zatrzymaniu krążenia. Kluczowa zasada: ewakuujesz pacjenta metodą "noga-but karoseria", nie patrzysz na kręgosłup. Tak też zrobił, poszkodowany trafił do szpitala. Facet zrobił coś, czego wielu ludzi w Polsce pewnie by nie zrobiło. Mi to daje poczucie "wow" - dzięki temu wiem, że to, o czym mówię i piszę, ma sens.

Zdobyłeś się na szczere wyznanie, że mierzyłeś się z depresją. I to w kraju, w którym raczej panuje przekonanie, że "chłopaki nie płaczą, a potem rzucają się pod pociąg"*. Z badań WHO wynika, że około 50 proc. lekarzy i pielęgniarek w Polsce cierpi na depresję, co czyni nas jednym z krajów o najwyższym wskaźniku w Europie.

- Zawody medyczne na świecie są obarczone największym ryzykiem samobójstwa. Dlaczego? Taki sobie system stworzyliśmy, trwamy w nim, kultywujemy i mało co robimy. robimy. Wykonujemy pracę momentami naprawdę ekstremalną. Fizycznie i psychicznie. Może nie jest to najtrudniejsza robota na świecie, ale bywa hardkorowo.

- Najfajniejszą pracę na świecie wykonuje się w Polsce najczęściej w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Ktoś odbije piłeczkę i powie, że panie w sklepie też mają "JDG". Oczywiście. Tylko pani w sklepie nie staje przed wyborem, czy zaryzykować skręcenie sobie kolana lub wejść w ryzykowne miejsce. Niech to będzie podwórko przed domem, w którym mieszka starsze małżeństwo, gdzie nikt nie odśnieża. Brzmi jak błaha sprawa? A ja muszę tak jak dzisiaj w nocy, przeprowadzić ewakuację. Oczywiście możesz wezwać pomoc, ale w ramach oszczędności jesteś w zespole dwuosobowym - takie są w Polsce dominujące. W dwie osoby to można sobie do nadciśnienia pojechać. Wszyscy o tym wiemy, ale udajemy, że jest inaczej.

- Dookoła przewija się kwestia jakości, "pacjenta w centrum zainteresowania". Tylko jak pacjent może być w centrum zainteresowania, skoro tworzymy system w poprzek wytycznych? Mamy twarde dane, a z uporem maniaka różne rzeczy i tak robimy inaczej: system, który jest nieludzki dla medyków i nieludzki dla pacjentów. Oderwany od rzeczywistości. W każdej z książek starałem się wskazać i wypunktować to przykładami z życia wziętymi. W takim systemie spędzasz rok, dwa, pięć. Po tym czasie już nie jesteś dobrej myśli i uważasz, że życie jest do kitu. Jest we mnie wiele pokory, wiem, muszę się uczyć cały czas, parę rzeczy mi się udało, parę nie, jak każdy lekarzyk ma własny cmentarzyk. Potem ciężko się przyznać, że gdy jesteś sam, masz nocne koszmary. Albo, że od trzech tygodni nie potrafisz wyjść z kumplem na piwo lub z dziewczyną do kina. Nie postrzegasz tego jako objawy problemu. Gdy sześć lat temu wyznałem, że mam depresję, duża część środowiska patrzyła na mnie z politowaniem.

- Gdy miałem depresję, chodziłem do psychiatry i na terapię. Aby było mnie stać na leczenie tego, co zafundowała mi praca, musiałem brać dodatkowe dyżury. Miałem taką możliwość,  co było ważne, gdy musiałem zapłacić 1,5 tys. więcej. Co ma zrobić człowiek na śmieciówce pracujący 60 godzin tygodniowo? Dlaczego nikt inny o tym nie mówi, tylko my? Ile jeszcze osób mamy odciąć z klamek, ile mamy jeszcze intubować w pokojach? Ile osób ma nam patrzeć prosto w twarz, bo próbowali popełnić samobójstwo? Przestańmy udawać, że samo się zepsuło. O rzeczach, o których mówię ja i inni medycy prawie tak samo mówią prezydent, premier, resort zdrowia. Będą dziewiąty raz się spotykać i robić konferencję? O czym chcą jeszcze gadać? Jeżeli do kogokolwiek mam negatywne uczucia, to do polityków.

Zastanawiasz się, ilu ludzi będziecie jeszcze odcinać z klamek. Też wspominasz w książce historię, kiedy to rodzina szukała swojego bliskiego. Został znaleziony po kilku dniach w komórce na łopaty.

- Zostawię tu tylko statystykę: w Polsce samobójstwo codziennie popełnia 12 mężczyzn.

Co zostawiasz w głowie, a co z niej wyrzucasz?

- Już teraz staram się wyrzucać chyba wszystko. Gdy pisałem "Pędzę do ciebie na sygnale", było mi 300 razy trudniej dobrać do niej historie. Wypieram zarówno te dobre, jak i złe. Ktoś mnie znajduje na Facebooku i pisze do mnie z podziękowaniem. A ja nie pamiętam w ogóle tych wyjazdów i nie wiem o co chodziło. To nie jest tak, że ja się obrażam czy coś. Moja głowa już po prostu czegoś nie przyjmuje, bo to za dużo. Oczywiście niektóre rzeczy w nas zostają, chociaż bardzo tego nie chcemy. Czasami chcemy coś pamiętać, ale to i tak umyka w prozie życia codziennego. Staram się nie pamiętać adresów, wypieram pewne obrazki, bo z tego nic dobrego nie wynika.

Sytuację zaognia też fakt, że ratownicy medyczni nie zawsze mogą czuć się bezpieczni podczas interwencji. Pokazują to ostatnie wydarzenia, w tym tragedia w Siedlcach, kiedy to ratownik został ugodzony nożem i zmarł w szpitalu. Policja zatrzymała 57-letniego sprawcę. Był pod wpływem alkoholu.

- Teraz wielu ratowników jeździ z gazami, pałkami teleskopowymi czy taserami. Sam mam zakładać prywatną kamizelkę kuloodporną. Agresja wobec nas z czegoś wynika. Część rzeczy to alkohol, inne - źli ludzie. Ale też medycy, którzy z różnych powodów nie potrafią deeskalować konfliktu. Nie powiedziałbym o sobie, że jestem święty, ale też nie jest tak, że każdy jest potencjalnym wrogiem. Czasami z automatu wiadomo, że zaraz będzie bijatyka. Są też sytuacje, które być może zakończyłyby się inaczej. Ale skąd mamy o tym wiedzieć, skoro nie mamy żadnego nadzoru nad jakością w ochronie zdrowia?

Obowiązują już surowsze kary za ataki na ratowników, policjantów i strażaków. Pytanie: czy to coś da?

- Dziesięć lat temu dostałem w twarz podczas interwencji. W liście od prokuratora dowiedziałem się, że spoliczkowanie ratownika medycznego to ryzyko wpisane w zawód i stanowi przestępstwo o niskiej szkodliwości. Sami sobie budujemy takie społeczeństwo. Nie wierzę w surowsze kary i staram się mocno pilnować, by minimalizować do zera ryzykowne sytuacje. Cokolwiek mi nie pasuje, krok do tyłu. Mam dla kogo żyć. Mam żonę, dwa koty, plany, marzenia. Nie mam zamiaru zginąć na dyżurze, bo akurat miałem pecha.

W nowej książce sporo miejsca poświęcasz problemowi alkoholizmu. Pracujesz w powiecie, gdzie  obowiązuje prohibicja. Czy zmniejszyła liczbę interwencji?

- Pracuję w powiecie, w którym prohibicja obowiązuje. Problemu nie zlikwidowała, bo ludzie jak pili tak piją, ale trochę usunęli się w cień. Wiedzą, że muszą kupić alkohol wcześniej i spożywają go w domach. Nie wychodzą na miasto, nie przewracają się na chodnikach, nie biją się z nikim, nie awanturują pod sklepami, nie ma zjawiska porannych padaczek. Prohibicja to schowała i co za tym idzie, interwencji mamy mniej. Takie mam odczucia jako ratownik medyczny. 

- W kraju, w którym prawie 3 mln ludzi jest dotkniętych bezpośrednio lub pośrednio chorobą alkoholową, nie kupisz bułek, nie patrząc na alkohol. Gdybyśmy w Polsce mieli 3 mln ludzi chorych na HIV, jestem w stanie zaryzykować hipotezę, że prezerwatywy i ulotki byłyby na każdym kroku. Każde dziecko wiedziałoby, że nie zarazi się HIV, podając rękę, ale już przez kontakt seksualny lub krew jak najbardziej. Jedno jest chorobą, a drugie nie? Czy mamy alkoholizm wpisany w nasz kod kulturowy? A może ściąganie dziadka sprzed sklepu monopolowego to część naszego dziedzictwa? Niedobrze mi się robi, gdy pomyślę, ilu fajnych ludzi poszło w piach, bo przegrali walkę z chorobą. A my jako państwo i społeczeństwo nie daliśmy tym ludziom nic, co mogłoby dać im szansę. Jak masz wytrzeźwieć w kraju, w którym prędzej kupisz wódkę niż śrubokręt czy wspomniane bułki? Jesteśmy 20. gospodarką świata, wysyłamy drugiego Polaka w kosmos, a nadal dyskutujemy, czy alkohol ma być dostępny zawsze i wszędzie.

Wspominasz  o jednej z takich interwencji. Przygotowywaliście mężczyznę do transportu,  na ścianach wisiały zdjęcia pokazujące jakim był człowiekiem kilkanaście lat temu. A tu ciało, które go nie przypomina. Piszesz, że czasami na twarzach rodzin takich pacjentów maluje się zarówno poczucie wstydu, jak i ulgi.

- Masz obok siebie człowieka, którego choroba niszczy przez całe życie. Gdy umiera, czujesz żal, bo to ktoś, kogo kochasz, ale i ulgę, bo niszczył ci życie. Piekło choroby doprowadza ludzi do takich stanów. Brzmi strasznie, ale tak jest. W dyskusji o alkoholu poruszany jest wątek wolności. Szkoda, że jest większy problem z ponoszeniem odpowiedzialności za swoje wybory, które prowadzą do choroby. Na pewnym etapie pojawia się frustracja. Zwłaszcza, jeśli spotykasz gościa młodszego od siebie, do którego pogotowie wzywa matka. Widzisz młodego faceta, który jest jedną nogą w grobie. Próbujesz tłumaczyć, że jeśli nie zacznie się leczyć, nie dożyje kolejnych świąt. Potem się okazuje, że pomyliłeś się o miesiąc, bo facet nie umarł po roku, tylko po 11 miesiącach.

Przyznajesz, że alkoholizm wśród kobiet nie jest glamour.

- Nieważne, od czego zaczynasz, zawsze kończysz tak samo. Czyli na podłodze we własnych wymiotach, stolcu, krwi. Robi się jakoś tak trzy razy smutniej, jeśli wyciągasz kobietę z tego bałaganu, patrzysz na PESEL i nie wierzysz w to, co widzisz. Okazuje się, że jest w wieku twojej młodszej siostry, a wygląda jak koleżanka twojej mamy.

Wśród trudnych interwencji z pewnością są te z przemocą domową w tle. Piszesz, że "w takich domach dzieci są zawsze ciche. Są jak duchy - patrzą, ale nie reagują"*.

- Najgorsze, że w takich sytuacjach jako ratownik medyczny mam związane ręce. Mogę powiadomić MOPS, wezwać policję, ale to niczego nie zmienia. Życia nie ratuje ratownik, konkretna pielęgniarka. Tak jak życie ratuje system, dzieci chroni system. W idealnym świecie do dziecka zagrożonego przemocą jesteśmy w stanie w kilka minut lub maksymalnie kilka godzin wysłać pomoc. Kogoś, kto popchnie całą sprawę do instytucji, która się zajmie takim przypadkiem. U nas tego nie ma. MOPS odpowiada za jedną część, pogotowie za inną część. Odpowiedzialność się rozmywa. A ty patrzysz na 12-letniego dzieciaka, który za chwilę będzie dorosły. Widzisz młodego człowieka, który nie jest niczemu winny i niebawem będzie wchodził z tym bagażem w dorosłość. Bo dorośli, rodzice, którzy powinni go chronić, mu to zrobili.

Czy jest coś takiego jak nieuzasadnione wezwanie karetki?

- Nie ma czegoś takiego. Jedyne, czego nie wolno robić, to kłamać. Nie możesz powiedzieć, że człowiek nie oddycha, a na miejscu okazuje się, że pies ci umarł. Za to jest mandat. Nie musisz się znać, nie musisz wiedzieć, jak coś nazwać. Wystarczy, że coś cię niepokoi. Po to są ludzie, którzy biorą pieniądze za weryfikowanie takich rzeczy. Zgadzam się, że pacjenci kłamią, a ludzie wzywają pogotowie z bezsilności. Jednak straszenie ludzi mandatami, które nie istnieją za to , że wezwą pogotowie, gdy być może potrzebują pomocy, jest dość słabe. Nie da się stworzyć systemu, który pomoże wszystkim. W żadnym kraju na świecie pogotowie nie przyjedzie zawsze na czas. Nie da się stworzyć procedur na wzywanie pogotowia, które sprawią, że kartka zawsze przyjedzie. Natomiast trzeba mówić głośno, że nawet w najlepszym systemie na świecie zawsze jest jakiś margines błędu. Trzeba za to wziąć odpowiedzialność, ale to jest odpowiedzialność medyków i ludzi, którzy ten system organizują. Nie jest to odpowiedzialność Janiny Kowalskiej patrzącej na męża i zastanawiającej się: "udar, padaczka, zatrzymanie krążenia a może wszystko na raz".

Jednym ze słów, które czasami przewija się w kontekście polskiej ochrony zdrowia jest znieczulica. Nie można mierzyć wszystkich tą samą miarą, sytuacje są różne. Twoim zdaniem jest coś na rzeczy?

- Nie. Jestem ostrożny, jeśli chodzi wszystkie doniesienia typu: "byłem u lekarza i olał mnie". Wiem, że pracujemy w takim a nie innym systemie. Oczywiście znam ludzi, którzy w ogóle nie powinni w nim pracować. Medyk nie przychodzi do pracy po to, by się wyżyć albo kogoś torturować. Prawda jest taka: im szybciej załatwisz temat i pacjent pójdzie do domu, tym lepiej. Im lepiej się pacjentem zaopiekujesz, tym lepiej. Masz też poczucie, że zrobiłeś coś super. Gdy czytasz komentarze o SOR-ach, najczęściej pada słowo: "umieralnia". Komentarze piszą jednak ci, którzy przeżyli. Zdaję sobie sprawę, że dla osoby z zewnątrz coś wygląda jak dobre rozwiązanie, np. podczas interwencji. Tylko że kasę bierzemy za to, by każda mama, każdy tata czy brat wrócił do domu. Za to, żeby wrócił w jak najlepszym stanie i cały kontakt z nami był jak najlepiej wspominany. Trzymanie za rękę jest na trzecim miejscu. Ma ono oczywiście znaczenie, bo gdy czujesz się zaopiekowany, to jest po prostu lepiej.

- W kontrze do przekonania o panującej znieczulicy dam przykład. Na SOR przyszła matka z córką. Powód? Dziewczynę zadrapał kot, a jej mamę zaniepokoiła opuchlizna. Faktycznie, okazało się, że w okolicy kciuka znajdowało się 2-centymetrowe zadrapanie, a wokół niego miejscowy stan zapalny. Na tym jednak nie koniec. Na ręce były ślady po samookaleczeniach, przypaleniach papierosami, blizny po żyletce. Nie zostawiliśmy tego. I to ja jestem znieczulony? Jeśli boli cię brzuch i się boisz, to dla siebie jesteś najważniejsza na świecie. Ciężko oczekiwać, że jeśli cierpisz, będziesz mieć jakiekolwiek pokłady empatii wobec tego, że ktoś za ścianą umiera.

Czasami przychodzi moment, w którym trzeba przekazać rodzinie pacjenta najgorsze wieści.

- Jestem kiepski w wygłaszaniu kwiecistych przemów. Mówię prosto z mostu, profesjonalnie i z zachowaniem należytego szacunku. Jeśli widzę kogoś, kto jest w agonii, to mówię, że to agonia. Jeśli widzę kogoś, dla kogo nie ma żadnej szansy, a dalsze eskalowanie naszych czynności niesie ryzyko wystąpienia terapii uporczywej, też mówię. Czasami trzeba pozwolić odejść w spokoju.

"Na każdy sukces - 10 porażek, na 30 resuscytacji - 10 powrotów do zdrowia"*. Co po latach sprawia, że nadal chcesz wykonywać "najfajniejszy zawód świata"?

- Mam takie hobby: nie lubię chodzić głodny. Lubię to, co robię. Po naszej rozmowie jadę na kolejny dyżur. Jestem zmęczony, nie chce mi się. Gdy wróciłem dziś do domu o 10 to chciało mi się płakać ze zmęczenia. Mimo wszystko nikt mi nie przykłada pistoletu do głowy. Po prostu idę na dyżur. Fajnie powiedzieć, że ta praca ma sens. Raz na jakiś czas ma. Większość ratowników medycznych ma na koncie takie historie, że "Ostry dyżur", "Dr House" i "Na dobre i na złe" to jest pikuś. Każdy z nas zrobił taką medyczną akcję, że jakby ktoś to puścił w telewizji z komentarzem, to ludzie by nas całowali po rękach. Nie mamy wpływu na wszystko, to też nie jest praca w której w Polsce można być do końca życia. Jestem świadomy, że dzisiaj na dyżurze może doświadczę czegoś, co zegnie mnie tak, że z niego zejdę, wyloguję się i powiem "do widzenia". A może w karetce będę jeszcze z pięć lat? Jedno jest pewne: nie będę pracował w niej do końca życia. Kiedyś powiem sobie dość.

*cytaty pochodzą z książki Yanka Świtały "Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki"(Wydawnictwo Mando)